Ten obcy, Jurgielewiczowa, Irena

Jarosław Mikołajewski
17.02.2005 , aktualizacja: 06.05.2011 10:32
A A A Drukuj

Rys. Adam Kilian

Zenek budzi w dzieciach konieczność samodzielnego myślenia i decydowania, uświadamiając im równocześnie, że każda myśl i decyzja ma swoje realne konsekwencje
Już prawie od trzech lat Ireny Jurgielewiczowej tutaj nie ma, ale to, że umarła po setnych urodzinach, można uznać za znak wielkiej woli. Woli przeżycia wszystkiego - całego cyklu istnienia aż do chwili, kiedy staje się ono prawie wyłącznie pamięcią. I nie dość było jej tego, by pamięcią stało się dla niej, zdobyła się jeszcze i na ten wysiłek, by się pamięcią podzielić - napisała piękną książkę "Byłam, byliśmy", która w 1998 r. została nominowana do nagrody Nike. Powiedziała wtedy: "Dokonałam w swoim życiu tylko jednego odkrycia - staram się być jak najbardziej uczciwym człowiekiem. Nie robić przykrości innym. Nie dochodzić swego, pogodzić się z tym, że krzywdy bywają w życiu. Lepiej wybaczyć, aniżeli czuć się wiecznie skrzywdzonym".

Portret życiowej woli Ireny Jurgielewiczowej - wierności i konsekwencji - dwa lata temu sporządziła Magdalena Grochowska dla "Dużego Formatu". Ta dzielna pani, Irena Jurgielewiczowa, urodziła się w 1903 r. Wychowała się w Warszawie na Wiejskiej, była w Powstaniu Warszawskim, przez co znalazła się w obozie jenieckim w Niemczech. Żyła przejęta naukami i książkami Żeromskiego, a w późnym wieku, po śmierci ukochanego męża, postanowiła, że jej "mieszkanie nigdy nie będzie domem starej kobiety", choć długowieczność wyrzuciła ją w świat "nieznanego gatunku ludzkiego". Która jednak godzi się z losem, bo potrafi zapytać: "Czyż uczucie obcości i zbędności nie jest sprawiedliwą odpłatą za to, kim niegdyś byli w moich oczach ludzie wiekowi?".

Dożyła wieku, kiedy można na swoje życie spojrzeć z zewnątrz, ale materiał do obserwacji zbierała na bieżąco. Patrzyła uważnie - jej mądrość łatwo wyczytać nie tylko z późnych konstatacji, lecz również z powieści. Zwłaszcza z tej najsłynniejszej - "Ten obcy" - przetłumaczonej na kilkadziesiąt języków, wyróżnionej wpisaniem na Listę Honorową im. H.Ch. Andersena i wcale niepostarzałej, choć już ponad 40-letniej.

Jak prawdziwa to powieść, zaświadcza profesor Joanna Papuzińska, mówiąc Magdalenie Grochowskiej, że dzieci wciąż pytają nauczycieli, czy tytułowy "obcy" - Zenek - to postać autentyczna. "Dzieci - dodaje pani profesor - odbierają tę książkę jak kawałek prawdziwego życia; ona budzi wrażliwość na innych, uczy ich obserwowania".

Sama Jurgielewiczowa nie negowała autentycznych źródeł tej książki - mówiła, że pomysł zrodził się w niej pod wpływem pewnego chłopca, który przed wojną błąkał się po Polsce.

Obcy na wyspie

Powieść zaczyna się jak autentyk - krótkim wprowadzeniem, gdzie mowa jest o rzece Młynówce i o wyspie, która powstała na niej w czasie wiosennej powodzi. O żerdziach przerzuconych pomiędzy nabrzeżną topolą a brzegiem wysepki. O dzieciach, które te żerdzie przerzuciły, które odkryły tę wyspę i uważają ją za swój obszar. Dzieci te nie są "jakimiś dziećmi" - mają imiona i nazwiska. Są to cioteczni bracia - Marian Pietrzyk i Julek Miler - oraz Pestka Ubyszówna i Ula Zalewska. A wydarzenie, do którego dojdzie na wyspie, ma ścisły, kalendarzowy czas - zaczyna się "11 lipca, we wtorek, w dzień dżdżysty i chłodny". Wydarzeniem tym jest odkrycie na wyspie "tego obcego" - nieznajomego chłopca, który nie wiadomo skąd się wziął, kim jest i dlaczego się ukrywa.

Irena Jurgielewiczowa skonstruowała swoją powieść tak, żebyśmy dokładnie zobaczyli, jakim zdarzeniem w życiu każdego z czwórki dzieci spędzających wakacje w Olszynie nad Młynówką jest spotkanie z "obcym". I sprawia, że ich losy są interesujące same w sobie. Ula - skryta i nadwrażliwa - przebywa u ojca lekarza, który porzucił ją i jej mamę dla innej kobiety. Pestka - odważna i wysportowana - przeżywa czas buntu wobec matki. Julek podziwia starszego od siebie Mariana, lecz chce już dokonywać własnych wyborów. Najmniej wiadomo o Marianie, ale to nic dziwnego - on jest już małym mężczyzną, który wszystko, co czuje, chowa w sobie. Mówi nie słowami, lecz gestem. A Zenek... Ma skaleczoną nogę, ale nie chce się leczyć. Nie chce mówić o swoim domu, o rodzinie. A przecież czwórka dzieci, dla których przez swą dojrzałość i tajemniczość Zenek szybko staje się kimś bardzo ważnym, żyje wśród swoich bliskich i - chcąc nie chcąc - musi się z nimi liczyć. Ula, Pestka, Julek i Marian chcą się przyjaźnić z "tym obcym", ale nie mogą o nim mówić. Chcą mu pomóc, ale on nie chce pomocy. Jest dla nich przygodą, lecz również problemem. Niekiedy bywa próbą dla ich wzajemnej przyjaźni - zwłaszcza wtedy, gdy kradnie jabłka i twierdzi, że kto z nim nie wedrze się do cudzego sadu, jest tchórzem. Albo wtedy, gdy wyznaje miłość Uli, a Ula powierza ten sekret Pestce, przyjaciółce, której nie podejrzewa o zazdrość...

A jak ocenić "obcego", kiedy się okazuje, że ukradł kobiecie na targu 50 złotych? I jak to pogodzić z faktem, że na ich oczach uratował brawurową akcją dziecko od śmierci i wcale nie chciał, żeby o jego odwadze napisano w gazetach? Czy pytania, jakie Jurgielewiczowa stawia w imieniu swoich dziecięcych postaci, są pytaniami, które tkwiły w dzieciństwie w niej samej? Może tak, skoro sama dzieci nie miała?

Buntownik nie bez powodu

Nie sądzę, żebym posunął się za daleko, gdybym powiedział, że - w skali dziecięcego świata - Zenek jest postacią na miarę rzadkich w literaturze i filmie, lecz niezmiennie poruszających postaci wywołujących skandal. Od kiedy on zjawia się na ich drodze, ich życie nie będzie już nigdy takie samo jak wcześniej. Samym swoim istnieniem i dramatem wymusi na nich rewolucję relacji i wartości. Będą musieli na nowo - lub po raz pierwszy naprawdę, a nie tylko bezwładną siłą przedłużonego dzieciństwa - odpowiedzieć sobie na pytanie, kim dla nich jest ojciec, kim mama. Na czym polega przyjaźń w rodzinie. Kim trzeba być i co samemu trzeba dawać, żeby mieć prawo prosić o pomoc. Wreszcie - jak z chaosu wydarzeń wyłowić problem dobra i zła. Co trzeba wiedzieć o innym człowieku, żeby go szanować albo potępiać. Jak unikać potępienia. Mówiąc najprościej - Zenek obudzi w dzieciach konieczność samodzielnego myślenia i decydowania, uświadamiając im równocześnie, że każda myśl i decyzja ma swoje realne konsekwencje. A on sam? Cóż - on sam pokazuje, że buntownik bez powodu to raczej legenda niż prawda. Bo tak naprawdę to Zenek ma powody do buntu - nie ma matki, za to ma ojca, który pije i z którym mieszkać już nie chce. I on również dojrzewa, spotykając na swojej drodze czwórkę dzieci z wyspy. Przełamuje chłód, odkrywa ciepło, poddaje się uczuciu, uczy się je wyrażać... Konflikty i olśnienia postaci z "Tego obcego" stały się na tyle nośne dla czytelników i samej autorki, że ich losy zostały przedłużone w powieści "Inna?" z 1975 r.

Magdalena Grochowska przypomniała takie słowa Ireny Jurgielewiczowej: "Za szczególnie ważny problem literatury dla ludzi bardzo młodych uważam zagadnienie dobroci: dawniej, przed wojną, nadmiernie eksploatowane w kierunku sentymentalnej słodyczy, dziś - zupełnie przez współczesne wychowanie zagubionej". Mówiąc tak, czuła, że idzie "przeciw fali". I pewnie dlatego jest czytana do dzisiaj. Ja przeczytałem tę książkę z całkiem dorosłym zainteresowaniem i uwagą.

* Irena Jurgielewiczowa "Ten obcy", seria "Kanon książek dla dzieci i młodzieży"