Nasz test: Czekoladowy zabieg brązujący z peelingiem

W najbliższym czasie przetestujemy gabinetowe zabiegi służące nawilżeniu i regeneracji skóry po lecie. Zaczęłyśmy od zabiegu na ciało i obalenia jednego z największych wakacyjnych mitów, dotyczących opalenizny.

Powrót z wakacji - świeże jeszcze wspomnienia, zrelaksowany organizm, błoga równowaga endorfin, których poziom już wkrótce zacznie opadać. Która z nas nie zna tego uczucia? Z wakacji przywozimy pamiątki, znalezione na plaży muszle i jeden z najcenniejszych kobiecych skarbów - szlachetną złotą opaleniznę, której chcemy strzec jak najdłużej. I tu właśnie większość z nas popełnia największy błąd. Jak ognia boimy się peelingów i jakiegokolwiek złuszczania skóry, które jawią nam się jako największy wróg pięknie przyciemnionej karnacji.

Lula postanowiła obalić ten najpopularniejszy wakacyjny mit kosmetyczny. Przetestowałyśmy zabieg, który mimo złuszczenia naskórka, podkreśli opaleniznę. Masz ochotę na czekoladowy brąz? Przeczytaj, jak sprawdziłyśmy go na własnej skórze.

Opis: Zabieg mający na celu odnowienie naskórka i podtrzymanie opalenizny za pomocą kosmetyków z zawartością wysokiego stężenia naturalnych składników. Składają się na niego następujące etapy:

- peeling całego ciała poprawiający mikrokrążenie,

- profesjonalna maska z ziarnami kakaowca aktywizowana pod kocem termalnym

- wmasowanie nawilżającego masła za pomocą masażu z elementami fizjoterapii.

Działanie:

- złuszczenie martwego naskórka i regeneracja skóry
- poprawa mikrokrążenia
- ekstremalne nawilżenie skóry
- delikatny efekt brązujący

Czas trwania: 1 godzina 15 minut

Cena: 260 zł

Miejsce: Ambasada Urody, Warszawa, ul. Wilcza 9a

Osoba testująca: Marta, redaktorka serwisu Groszki.pl

Na zabieg pobiegłam prosto po pracy. Na miejsce jego wykonania wybrano przytulny gabinet z przeszkloną częścią przeznaczoną na prysznic. Kosmetyczka podała mi ręcznik, jednorazową bieliznę, kapcie i czepek, który miał ochronić fryzurę przed oleistą konsystencją kosmetyków. Nie czułam się skrępowana - podczas przebierania się, byłam w pokoju jedynie w towarzystwie relaksującej muzyki. Gdy dałam znać, że już jestem gotowa, kosmetyczka poprosiła mnie położenie się na specjalistycznym łóżku.

 materiały Ambasady Urody

Etapy zabiegu

1. Peeling czekoladowy

Po założeniu jednorazowych rękawiczek, kosmetyczka stopniowo nakładała na moje ciało warstwę gruboziarnistego peelingu. Ekspresowo rozprzestrzenił się wokół zapach czekolady, co było bardzo, bardzo przyjemne - szczególnie dla niepoprawnego łasucha, jakim jestem. Skład peelingu służył wybitnie odnowieniu naskórka. Kryształki cukru w połączeniu z drobinkami ziaren kakaowca oczyściły powierzchnię skóry z martwych komórek i, jak usłyszałam od samej specjalistki, poprawiły mikrokrążenie. Zawartość wosku pszczelego i masła shea pozwoliła na intensywne wygładzenie ciała, jego natłuszczenie i odżywienie. Moja skóra dostała więc porządną dawkę witamin C i E, które miały nadać jej zdrowy wygląd i elastyczność.

Następnie miałam wejść pod prysznic. Moje pierwsze spostrzeżenie? Muszę z przykrością przyznać, że kosmetyki drogeryjne nigdy nie dorównają tym profesjonalnym. Nigdy wcześniej po wykonaniu peelingu moja skóra nie była tak nawilżona! Miałam wrażenie, że nawet sam pierwszy etap wystarczyłby za cały zabieg. Poza tym kolejna pozytywna niespodzianka - pozbyłam się większości zaskórników i wrośniętych włosków, które ukryły się w naskórku po depilacji.

2. Brązująca maska na ciało

Spod prysznica wyszłam więc w doskonałym nastroju, choć większość zabiegu była jeszcze przede mną. Kosmetyczka wręczyła mi nowy komplet jednorazowej bielizny i kapcie. Teraz moja skóra doświadczyła prawdziwej czekoladowej uczty. Na całe ciało nałożono mi kakaową maskę o działaniu odżywczym, ujędrniającym i co ważne - dzięki zawartości erytulozy poprawiającym koloryt skóry. Preparat posiada też lekkie działanie wyszczuplające, więc nie tylko byłam spokojna o opaleniznę, ale uspokoiłam też sumienie - wokół zapach czekolady a obok obietnica jędrnego ciała. To nie zdarza się często!

 Shutterstock

Po nałożeniu maski kosmetyczka przykryła ciało kocem termalnym. Podczas 20 minut odpoczynku i głębokiego relaksu, ciepło zaktywizowało składniki.  Łatwo przyswajalne masło kakaowca wzmocniło skórę, a masło shea pomogło odbudować jej warstwę ochroną. W takich okolicznościach łatwo było uciąć sobie słodką drzemkę.

3. Wsmarowanie masła pomarańczowego (lub innego - równie apetycznego)


Po kolejnym prysznicu i kolejnej zmianie bielizny czekał na mnie finał zabiegu, który zazwyczaj jest opcjonalny, choć zawarty w cenie. Skóra po dwóch poprzednich etapach miała już tak wysoki stopień nawilżenia, że nie potrzebowała niczego więcej. Mimo to, zdecydowałam się na masło pomarańczowe, wspominając, jak smaczne są cytrusy w gorzkiej czekoladzie. Kosmetyczka wmasowała tłusty preparat w moją skórę, wykonując przy tym elementy masażu fizjoterapeutycznego. Po ośmiu godzinach spędzonych w pracy przed komputerem ta część z pewnością najbardziej spodobała się mięśniom karku i pleców. Po kilku minutach byłam już ekstremalnie nawilżona, pachnąca czekoladą, delikatnie brązowa i gotowa do wyjścia.

 Shuuterstock

Wrażenia po zabiegu

Cały dzień towarzyszył mi delikatny zapach czekolady. Ale co ważniejsze - moja skóra była nawilżona jeszcze dwa dni, bez wklepywania balsamu po kąpieli. Takiego efektu z pewnością nie uzyskałabym przy pomocy kosmetyków drogeryjnych. Potem jedynie podtrzymywałam nawilżenie balsamem z mocznikiem. Złotobrązowa poświata na ciele była dodatkową atrakcją, bo odświeżyła matową już nieco opaleniznę.

Uwaga: Przed zabiegiem nie musisz się przygotowywać. Pamiętaj tylko, żeby udać się na niego po pracy, bo szalenie rozgrzewa i słodko rozleniwia!

Zabieg przeprowadzony w Salonie Kosmetycznym & SPA - Ambasada Urody w Warszawie
Ambasada Urody

Zobacz także:

Zrób sobie krem!

Czytaj w Znam.to: Niesamowity różowy błysk

 

Więcej o: