Wygraj buty od Manolo Blahnika

I poznaj pierwsze wybryki bohaterki "Seksu w wielki mieście".
data premiery: 20 maja 2010

Carrie Bradshaw to najsłynniejsza dziewczyna w Nowym Jorku. Jej styl i słabość do najdziwniejszych butów vintage zawsze wzbudzały kontrowersje. Jej poczucie humoru i cięty dowcip wyróżniały ją z tłumu. Zanim jednak została słynną autorką felietonów, pisała dzienniki.

Ulubione buty Carrie Bradshaw mogą być Twoje! Wydawnictwo Znak przygotowało konkurs, w którym masz szansę je wygrać. Lula.pl jest oficjalnym partnerem konkursu. 

Co należy zrobić:

  1. Przeczytaj fragment książki Candace Bushnell Dzienniki Carrie.
  2. Wymień jedną ze "złotych zasad" Carrie Bradshaw i napisz jedną własną zasadę, którą warto się  kierować w relacjach z przyjaciółkami.
  3. Wyślij odpowiedź na adres carrie@znak.com.pl w terminie do 13 czerwca 2010 r.

Rozstrzygniecie konkursu nastąpi 14 czerwca 2010 r. Jeśli wygrasz, wówczas sama wybierzesz buty MANOLO BLAHNIKA, które spodobają ci się najbardziej. Wystarczy, że wejdziesz na stronę www.barneys.com (sklep rekomendowany przez producenta) i w ciągu 48 godzin od otrzymania potwierdzenia o wygranej, prześlesz na wskazany przez organizatora adres mailowy informację o modelu i numerze butów.

I to tyle, aby buty MANOLO BLAHNIKA były Twoje!

 

Drogie Czytelniczki!

W imieniu wydawcy książki "Dzienniki Carrie" informujemy, że w konkursie "Wygraj buty Manolo Blahnika" nagrodą będą buty dostępne w sklepie rekomendowanym przez producenta www.barneys.com. Za wcześniejsze podanie błędnego adresu sklepu najmocniej przepraszamy i dziękujemy za wpisy, dzięki którym udało się szybko naprawić ten błąd.

 

Oto fragment, w którym należy szukać "złotych zasad" Carrie:

- Sebastian Kydd chodzi ze mną na matematykę - syczę do Walta, wciskając się za nim do kolejki w stołówce.

- Chryste, Carrie - Walt przewraca oczami. - Ty też? Wszystkie dziewczyny w szkole mówią o Sebastianie Kyddzie. Nawet Maggie.

Na obiad serwują pizzę - tę samą, którą system szkolnictwa raczy nas od lat, która smakuje jak rzygi i najprawdopodobniej powstaje w wyniku zastosowania jakiegoś tajnego szkolnego przepisu. Sięgam po tacę, a potem biorę jabłko i kawałek cytrynowego ciasta bezowego.

- Przecież Maggie chodzi z tobą.

- Wytłumacz to Maggie.

Niesiemy tace do tego samego stolika co zawsze. Śmietanka towarzyska siedzi na drugim końcu stołówki, niedaleko automatów z jedzeniem. Jako uczniowie ostatniej klasy powinniśmy zająć stolik obok nich. Jednak ja i Walt już dawno temu doszliśmy do wniosku, że liceum niepokojąco przypomina Indie - jest doskonałym przykładem systemu kastowego - i przysięgliśmy sobie, że się nie ugniemy i nigdy nie zmienimy stolika. Niestety, podobnie jak większość protestów przeciwko przytłaczającym instynktom ludzkiej natury, nasz także w zasadzie nie został dostrzeżony.

Dołącza do nas Mysz, która zaczyna rozmawiać z Waltem o kursie łaciny - w tym przedmiocie oboje są ode mnie lepsi. Potem przychodzi Maggie. Maggie i Mysz darzą się sympatią, ale Mysz twierdzi, że za nic nie chciałaby się zaprzyjaźnić z Maggie, która jej zdaniem jest przesadnie uczuciowa. Ja uważam, że przesadna uczuciowość jest interesująca i odwraca uwagę od własnych problemów. Tym razem Maggie też jest bliska płaczu.

- Przed chwilą zostałam wezwana do gabinetu pielęgniarki. Znowu. Powiedziała, że mój sweterek ma za duży dekolt!

- Oburzające - mówię.

- Jakbym nie wiedziała - ciągnie Maggie, wciskając się między Walta i Mysz. - Naprawdę jest na mnie cięta. Powiedziałam jej, że regulamin nie wspomina o strojach obowiązujących w szkole, więc nikt nie ma prawa mi mówić, jak mam się ubierać.

Mysz napotyka mój wzrok i parska śmiechem. Pewnie przypomniało jej się to samo co mnie - dzień, w którym Maggie odesłano do domu ze zbiórki skautów, bo miała na sobie zbyt krótki mundurek. Jasne, to było jakieś siedem lat temu, ale kiedy od urodzenia mieszkasz w tym samym miasteczku, takie rzeczy się pamięta.

- I co ona na to? - pytam.

- Powiedziała, że tym razem nie odeśle mnie do domu, ale jeśli jeszcze raz zobaczy mnie w tym sweterku, zawiesi mnie w obowiązkach ucznia.

- Co za suka.

- Jak może dyskryminować zwykły sweterek?

- Może powinniśmy złożyć skargę do rady szkoły. Niech ją zwolnią - mówi Mysz.

Wiem, że stara się stłumić nutkę sarkazmu w swoim głosie, ale nie bardzo jej się udaje. Przewrażliwiona Maggie wybucha płaczem i biegnie w stronę damskiej toalety. Walt patrzy na nas:

- Która z was, podłe baby, ma ochotę za nią pobiec?

- Powiedziałam coś złego? - pyta Mysz niewinnym tonem.

- Ja pójdę. - Odgryzam kawałek jabłka i pędzę za Maggie. Z impetem otwieram drzwi stołówki.

I wpadam prosto na Sebastiana Kydda.

- Powoli - woła. - Gdzie się pali?

- Przepraszam - bąkam. Nagle cofam się w czasie i znowu jestem dwunastolatką.

- To jest stołówka? - pyta, wskazując wahadłowe drzwi. Zerka przez malutkie okienko. - Wygląda paskudnie. Czy poza kampusem jest jakieś miejsce, gdzie można coś zjeść?

Poza kampusem? Od kiedy liceum w Castlebury jest kampusem? I czy on przypadkiem nie zaprasza mnie na lunch? Nie, to niemożliwe. Ale może nie pamięta, że już kiedyś się spotkaliśmy.

- Na końcu ulicy jest lokal z hamburgerami. Ale żeby się tam dostać, potrzebny ci będzie samochód.

- Mam samochód - mówi.

A potem stoimy i gapimy się na siebie. Czuję, że mijają nas inni uczniowie, ale nie dostrzegam ich.

- Dobra. Dzięki - mówi.

- Nie ma sprawy. - Kiwam głową, przypominając sobie o Maggie.

- Do zobaczenia - mówi i odchodzi się.

Zasada numer jeden: zawsze kiedy zaczepia cię jakiś fajny facet, jesteś potrzebna przyjaciółce, która akurat przechodzi kryzys.

Biegnę do damskiej toalety:

- Maggie? Nie uwierzysz, co się stało. - Zaglądam pod drzwi kabin i pod ścianą odnajduję buty Maggie. - Mags?

- Zostałam totalnie  upokorzona - jęczy.

Zasada numer dwa: upokorzona najlepsza przyjaciółka zawsze jest ważniejsza niż fajny facet.

- Magwitch, nie możesz pozwalać, żeby słowa innych ludzi tak bardzo cię dotykały. - Wiem, że to nic nie pomoże, ale mój ojciec ciągle to powtarza i nic innego nie przychodzi mi akurat do głowy.

- Niby jak miałabym to zrobić?

- Traktuj ich wszystkich z przymrużeniem oka. Daj spokój, Mags. Wiesz, że liceum to absurd. Za kilka miesięcy już nas tu nie będzie i nigdy więcej nie będziemy musiały oglądać tych ludzi.

- Muszę zapalić - jęczy Maggie.

Otwierają się drzwi i wchodzą dwie Jeny.

Jen S. i Jen P. to cheerleaderki należące do szkolnej śmietanki towarzyskiej. Jen S. ma proste ciemne włosy i wygląda jak śliczna mała kluseczka. Jen P. była moją najlepszą przyjaciółką w trzeciej klasie. Wydawała się całkiem w porządku, dopóki nie poszła do liceum i nie skupiła się na awansie społecznym. Dwa lata trenowała gimnastykę, żeby zostać cheerleaderką, i nawet chodziła z najlepszym kumplem Timmy'ego Brewstera, z tym, który ma zęby jak koń. Nie wiem, czy Jen zasługuje na współczucie, czy może na podziw za tak rozpaczliwą determinację. W ubiegłym roku jej starania w końcu zostały nagrodzone i przyjęto ją do śmietanki, co oznacza, że teraz może ze mną rozmawiać, tylko jeśli czegoś chce.

I najwidoczniej dzisiaj czegoś potrzebuje, bo na mój widok woła:

- Cześć! - jakbyśmy były naprawdę dobrymi przyjaciółkami.

- Cześć! - odpowiadam z równie fałszywym entuzjazmem.

Jen S. wita mnie skinieniem głowy, po czym obie zaczynają wyjmować z torebek szminki i cienie do powiek. Kiedyś słyszałam, jak Jen S. mówiła innej dziewczynie, że jeśli chcesz zdobywać chłopaków, musisz mieć jakiś ?znak firmowy? - coś, co towarzyszy ci zawsze i sprawia, że zapadasz ludziom w pamięć. W przypadku Jen S. najwidoczniej jest to gruba kreska zrobiona granatową kredką do oczu na górnej powiece. To widać. Zbliża twarz do lustra, chcąc się upewnić, że kreska wygląda bez zarzutu. Wtedy Jen P. zwraca się do mnie:

- Zgadnij, kto wrócił do liceum w Castlebury? - pyta.

- Kto?

- Sebastian Kydd.

- Seeerio? - spoglądam w lustro i odchylam dolną powiekę, udając, że coś mi pod nią wpadło.

- Nie znasz go? - Wciąga brzuch i zerka na swój profil.

- Czemu pytasz?

- Chcę z nim chodzić - mówi z całkowitą, absolutną pewnością siebie. - Z tego, co słyszałam, będzie do mnie doskonale pasował. Jeśli to twój kolega, mogłabyś nas sobie przedstawić.

- Jak możesz chcieć chodzić z kimś, kogo nawet nie znasz?

- Po prostu chcę, i tyle. Nie potrzebuję powodu.

Uśmiecham się. Jasne, że znalazła powód, tyle że ten powód nie ma nic wspólnego z samym Sebastianem Kyddem.

- Maggie? - pytam.

Maggie milczy. Nie znosi dwóch Jen i nie wyjdzie, póki nie opuszczą łazienki.

- Najfajniejsi chłopcy w historii liceum w Castlebury - mówi Jen S., jakby intonowała piosenkę cheerleaderek.

- Jimmy Watkins.

- Randy Sandler.

- Bobby Martin.

Jimmy Watkins, Randy Sandler i Bobby Martin grali w drużynie futbolowej, kiedy chodziłyśmy do drugiej klasy. Ukończyli liceum co najmniej dwa lata temu. Mam ochotę krzyknąć: co oni mnie obchodzą?

- Sebastian Kydd - woła Jen S.

- Skazany na miejsce w galerii sław. Hej, Carrie?

- Uhm? - pytam, myśląc o tym, że dwie Jeny to okropnie puste dziewczyny.

- Jeśli przypadkiem będziesz z nim rozmawiać, powiedz, że jestem zainteresowana, dobrze? Możesz mu dać mój numer telefonu.

- Komu? - pytam, żeby ją trochę podrażnić.

- Sebastianowi Kyddowi - mówi Jen P., a potem dwie Jeny wypadają na korytarz jak burza.

Maggie wydaje z siebie westchnienie ulgi:

- Poszły sobie?

- Tak.

- Dzięki Bogu. - Maggie wychodzi z kabiny i zbliża się do lustra. Przeczesuje włosy grzebieniem. - Nie do wiary: Jen P. myśli, że może dostać Sebastiana Kydda. Ta dziewczyna ma zaburzony kontakt z rzeczywistością. No więc co chciałaś mi powiedzieć?

- Nic - mówię, bo nagle zaczynam mieć dość Sebastiana. Jeśli jeszcze raz usłyszę jego imię, palnę sobie w łeb.

 

- O co chodzi z tym Sebastianem Kyddem? - pyta Mysz kilka minut później. Siedzimy w bibliotece i próbujemy się uczyć.

- Jak to: ?o co chodzi?? - Zakreślam równanie żółtym flamastrem, przekonana, że zakreślanie jest kompletnie bez sensu. Myślisz, że się uczysz, ale tak naprawdę uczysz się tylko używania flamastra.

- Puścił do ciebie oczko. Na matematyce.

- Naprawdę?

- Bradley - mówi Mysz z niedowierzaniem. - Nawet nie próbuj mi wmówić, że nie zauważyłaś.

- Skąd mam wiedzieć, że mrugnął do mnie? Może mrugał do ściany.

- A skąd wiemy, że nieskończoność istnieje? To wszystko tylko teoria. A moja teoria mówi, że on ci się podoba.

Czuję nagłe drapanie w gardle, prowadzące do dramatycznego ataku kaszlu. Ale to na nic. Mysz przejrzała mnie na wylot.

- Myślę, że powinnaś się z nim umówić - ciągnie niewzruszona. - Pasowałby do ciebie. Jest ładniutki i bystry.

- I każda dziewczyna w szkole ma na niego ochotę. Łącznie z Jen P.

- Co z tego? Ty też jesteś ładniutka i bystra. Dlaczego nie mielibyście ze sobą chodzić?

Zasada numer trzy: najlepsze przyjaciółki zawsze uważają, że zasługujesz na najlepszego faceta, nawet jeśli ten facet nie wie o twoim istnieniu.

- Bo pewnie jemu podobają się tylko cheerleaderki?

- Błędne rozumowanie, Bradley. Tego nie możesz wiedzieć. - Nagle Mysz robi rozmarzoną minę, opierając brodę na dłoni. - Faceci bywają pełni niespodzianek. - To rozmarzenie nie jest w stylu Myszy. Ma mnóstwo kolegów, ale zawsze była zbyt praktyczna, żeby zaangażować się w jakiś romantyczny związek.

- Co masz na myśli? - pytam, zaintrygowana tą nową Myszą. - Poznałaś ostatnio jakichś zaskakujących facetów?

- Tylko jednego - mówi.

I zasada numer cztery: najlepsze przyjaciółki też mogą skrywać wiele niespodzianek.

- Bradley. - Na chwilę milknie. - Mam chłopaka.

Co? Jestem w tak wielkim szoku, że nie mogę wydusić z siebie słowa. Mysz nigdy nie miała chłopaka. Nigdy nie była nawet na poważnej randce.

- Jest całkiem elegancki - mówi.

- Elegancki? Elegancki? - bąkam, odzyskawszy głos. - Kto to taki? Chcę wiedzieć wszystko o tym eleganckim typie.

Mysz chichocze, co również jest do niej zupełnie niepodobne:

- Poznałam go latem. Na kempingu.

- Aha. - Jestem trochę oszołomiona i odrobinę urażona, że nie dowiedziałam się o tym wcześniej, ale teraz wszystko nabiera sensu. Nigdy nie widuję się z Myszą latem, bo ona zawsze jeździ na jakiś specjalny kemping w Waszyngtonie.

I nagle zaczynam się cieszyć jej szczęściem. Zrywam się na równe nogi i ściskam ją, podskakując jak małe dziecko w bożonarodzeniowy poranek. Nie wiem, o co tyle zamieszania. Przecież to tylko głupi chłopak. Ale jednak.

- Jak ma na imię?

- Danny. - Jej wzrok odpływa i Mysz uśmiecha się jak urzeczona, jakby oglądała jakiś tajemniczy film lecący w jej głowie. - Jest z Waszyngtonu. Paliliśmy razem trawkę i

- Zaraz, zaraz. - Unoszę ręce. - Trawkę?

- Powiedziała mi o niej moja siostra Carmen. Twierdzi, że trawka pozwala się odprężyć po seksie.

Carmen jest trzy lata starsza od Myszy i to najporządniejsza dziewczyna, jaką kiedykolwiek widziałam. Nosi rajstopy latem.

- Co Carmen ma wspólnego z tobą i Dannym? Carmen pali trawkę? Carmen uprawia seks?

- Posłuchaj, Bradley. Nawet inteligentni ludzie pewnego dnia zaczynają uprawiać seks.

- Czyli my też powinnyśmy zacząć uprawiać seks.

- Mów za siebie.

Co proszę? Odsuwam od Myszy jej podręcznik do matematyki i zamykam go z hukiem.

- Słuchaj, Mysz. O czym ty mówisz? Uprawiałaś seks?

- Tak. - Kiwa głową, jakby to nie było nic wielkiego.

- Jak to możliwe, że ty uprawiałaś seks, a ja nie? Podobno jesteś mózgowcem. Powinnaś pracować nad lekarstwem na raka, a nie uprawiać seks na tylnym siedzeniu jakiegoś samochodu wypełnionego dymem marihuany.

- Zrobiliśmy to w piwnicy domu jego rodziców - uściśla Mysz, przysuwając podręcznik z powrotem.

- Serio? - Próbuję wyobrazić sobie nagą Mysz na tapczanie jakiegoś kolesia w wilgotnej piwnicy. Wyobraźnia odmawia mi posłuszeństwa. - Jak było?

- Na kempingu?

- Nie, w łóżku - prawie krzyczę, próbując sprowadzić Mysz z powrotem na ziemię.

- Aaa, mówisz o tym. Było miło. Naprawdę spoko. Ale to coś, nad czym trzeba pracować. Nie wystarczy zacząć. Trzeba eksperymentować.

- Serio? - podejrzliwie mrużę oczy. Nie jestem pewna, jak powinnam przyjąć takie wieści. Przez całe wakacje, kiedy ja pisałam jakieś głupie opowiadanie, żeby dostać się do głupiego programu dla młodych pisarzy, Mysz traciła dziewictwo. - Skąd w ogóle wiedziałaś, jak to zrobić?

- Przeczytałam książkę. Moja siostra powiedziała, że wszyscy powinni przeczytać podręcznik z instrukcjami, zanim to zrobią. Żeby wiedzieć, czego się spodziewać. W przeciwnym razie mogą się bardzo rozczarować.

Mrużę oczy, dodając podręcznik o seksie do obrazka, na którym Mysz i ten jej Danny biorą się do dzieła w piwnicy jego rodziców.

- Myślisz, że będziecie kontynuować?

- O tak - mówi Mysz. - On idzie na Yale, tak jak ja. - Uśmiecha się i wraca do podręcznika matematyki, jakby sprawa była przesądzona.

- Hmmm. - Splatam ręce na piersi. Ale to chyba ma sens. Mysz jest tak dobrze zorganizowana, że z pewnością zaplanuje sobie całe życie intymne jeszcze przed ukończeniem osiemnastki.

A ja nadal jestem w lesie.

Candace Bushnell

Dzienniki Carrie (fragment książki)

tłum. Anna Gralak

 

Regulamin konkursu znajdziesz TUTAJ.

Więcej o: