To wielki banał, że są pytania, na które nie ma odpowiedzi. Ale tym razem chodzi mi o takie, które co prawda nie należą do najważniejszych w życiu, za to są dokuczliwe, bo dotyczą sytuacji, z których nie ma dobrego wyjścia. Jedno z takich pytań skłoniło Ryśka, żeby po kilkuletnim nieodzywaniu się do mnie przyjść po jakąś radę czy wskazówkę. Myślałam, że coś mu się w życiu nie układa, ale chodziło o jego koleżankę z pracy Kasię, od lat zaprzyjaźnioną z nim i jego rodziną. Zwykle odmawiam zajmowania się sprawami osób trzecich, jednak Ryszard był tak poruszony, że nie ulegało wątpliwości: ta sprawa jest dla niego głęboko osobista.
Najpierw myślałam, że Rysiek - przedstawiający się od lat jako miłośnik własnej żony - nieoczekiwanie się zakochał i ma romans. Tymczasem okazało się, że to całkiem nie on, tylko mąż Kasi. Co gorsza, ona o tym nie wie, za to Ryszard owszem, tak, bo znalazł się na szkoleniu w ośrodku za miastem, gdzie ów romans - jak się wyraził - rozgrywał się niemal na jego oczach. Najpierw miał poczucie, że to jakiś kiepski film, ale potem zaczął go nękać dylemat: powiedzieć czy nie powiedzieć Kasi? Dlatego przyszedł do mnie, a ja miałam na to odpowiedź, która nie mogła go zadowolić, mianowicie: "Nie wiem". Mogłam mu tylko zaproponować, żebyśmy rozważyli razem różne "za" i "przeciw".
Najpierw jednak potrzebowałam odpowiedzi na pytanie, dlaczego dla Ryśka jest to taki duży problem. "No przecież sama wiesz - wybuchnął. - Nie mogę znieść, że ktoś jest tak oszukiwany. Przecież ona mu wierzy, ma do niego zaufanie. Patrzę na nią i nie potrafię uwolnić się od myśli, że moja żona mogłaby tak postąpić ze mną. Wolałbym każdą prawdę od takiego oszustwa".
"To ty byś wolał, ale czy na pewno Kasia?" - wyglądał na zaskoczonego moim pytaniem. Przekonanie, że "każda prawda" czy "cała prawda" jest nadrzędną wartością w małżeństwie, podziela tysiące ludzi. Zwłaszcza kiedy jest teoretyczne: romans współmałżonka (zdrada) nam się nie przydarzył, a powodem naszych rozważań jest to, że w takiej sytuacji znalazł się kto inny. Inaczej jest, kiedy rozmawia się z kobietą lub mężczyzną, którzy sami doświadczyli takiej sytuacji. Jednych zmusiła ona do rzetelnego przyjrzenia się, co tak naprawdę dzieje się w ich małżeństwie, a w ślad za tym dokonania w nim poważnych zmian, innych rozdzieliła. Trudno orzec, czy więcej jest tych pierwszych, czy tych drugich, ale jedno jest pewne - są tacy, którzy woleliby nie znać całej prawdy.
I spośród ludzi, którzy zostali razem, i spośród tych, którzy się rozwiedli, spora część jest z tego powodu nieszczęśliwa i żałuje takiej decyzji. Przypomina mi się, co po kilkunastu latach powiedział pewien mężczyzna, do którego dotarła informacja o zdradzie żony i który zażądał wtedy natychmiastowego rozwodu: "Z dzisiejszej perspektywy myślę, że wolałbym się o tym nie dowiedzieć". On akurat, chociaż tak to oceniał, nie najgorzej ułożył sobie życie. Znam jednak i mężczyzn, i kobiety, którzy zostali sami i nie czują się z tym najlepiej. Ich doświadczenie życiowe - tak wyjaśniałam Ryszardowi - zdołałoby może zachwiać jego pewnością, że osoba trzecia natychmiast powinna informować o zdradzie drugą stronę.
Niemal każdy zna kogoś, komu przydarzyła się pozamałżeńska przygoda, a czasami i dłużej trwający związek, lecz dla kogo bez wątpienia małżeństwo było najważniejsze i kto nawet przez moment poważnie nie myślał o rozwodzie. Druga strona nigdy się o tym nie dowiedziała i małżeństwo już wiele lat dobrze się układa, chociaż w przypadku ujawnienia zdrady mogłoby się rozpaść. Co więcej, niektórym parom to - paradoksalnie - posłużyło, bo strona zdradzająca przekonała się, że woli swoją żonę czy swego męża. Przedtem był to układ oparty na poczuciu przymusu czy obowiązku, teraz - po wypróbowaniu alternatywy, która wydawała się ogromnie atrakcyjna - zaczął być wynikiem wyboru, a zatem źródłem dużo większego zadowolenia.
Nie chciałabym, żeby ktoś pomyślał, że jestem zwolenniczką zdrad, byle się tylko nie wydały. Ależ skąd! Byłoby najlepiej , gdyby wszystkie pary pozostawały sobie wierne i szły przez życie, darząc się nawzajem miłością i dostarczając wsparcia. Tylko że to się - niestety - często nie udaje. Tak więc może nam się to nie podobać, nawet wręcz nas oburzać, ale zdrady zdarzały się, zdarzają i będą się zdarzać, jak długo będą istniały związki. Możemy i powinniśmy starać się umacniać małżeństwo, ucząc i młodych, i dorosłych znajomości swoich potrzeb i rozumienia potrzeb drugiej strony, sztuki porozumiewania się, tolerancji, życzliwości w codziennych kontaktach (tak, tak, tego też można się nauczyć) i wielu innych umiejętności potrzebnych w związku. Możemy i powinniśmy troszczyć się o rodziny w kryzysie, w tym zwłaszcza takie, które borykają się z biedą albo z chorobą. Możemy wskazywać młodzieży - oby w sposób, który ma szanse do niej dotrzeć - jakie wartości i pożytki wiążą się z wiernością i lojalnością. Powinniśmy to robić, ale nie chowając głowy w piasek i nie odżegnując się od racjonalnego myślenia o tym, że wokół nas będą zdarzały się i pozamałżeńskie przygody, i wieloletnie również pozamałżeńskie związki.
Czy miałoby to oznaczać dla Ryszarda i dla osób w podobnym kłopocie, że nic nie trzeba mówić, zachowując w tajemnicy wiadomość o romansie żony lub męża osoby, z którą jesteśmy zaprzyjaźnieni? I to też - tak jak informowanie zawsze i bez względu na okoliczności - nie może być regułą. Przypomina mi się sytuacja Anny, która przez kilkanaście lat była zdradzana przez męża. Jej środowisko aż huczało od plotek, a ona miała wrażenie, że coś się jej wymyka z rąk, coś niezrozumiałego się wokół niej dzieje, że może jest nienormalna, skoro czuje się cały czas niezadowolona i zagrożona. Annie wiadomość o wyczynach męża przyniosła ulgę i otworzyła przed nią różne perspektywy: leczenia ran, pracy zarobkowej na własny rachunek, układania sobie po nowemu kontaktów z ludźmi, robienia tego, na co naprawdę ma ochotę. Anna mówiła mi, że poczuła się tak, jakby wyszła ze szpitala, gdzie długo leżała bez diagnozy i bez widoków na leczenie, a potem wreszcie przeszła operację i może zacząć wracać do zdrowia i normalnego życia.
Spróbowałam całą tę złożoność uzmysłowić Ryszardowi. "No tak - powiedział - jeżeli to nieznacząca przygoda, to moje wtrącenie się mogłoby rozwalić ich małżeństwo, które w sumie chyba jest dobre, i unieszczęśliwić Kasię i jej męża. Jednak wydaje mi się, że gdyby jego romans ciągnął się dalej ze szkodą dla Kasi, zdecydowałbym się jej o tym powiedzieć".
A po chwili dorzucił: "Kiedy się do ciebie wybierałem, miałem przynajmniej jakąś jasność, co chcę zrobić, teraz już niczego nie jestem pewien". Był zirytowany i trochę udzieliła mi się jego irytacja: "To może w ogóle nie byłam do niczego potrzebna?". Rysiek zastanowił się i zaczął wyliczać swoje opory: "Nie miałem ochoty być donosicielem. Poza tym bałem się, że wiadomość o romansie męża mocno zrani Kasię - rozumiesz, przecież nikt nie lubi przynosić złych wieści. Trochę się też obawiałem, że to popsuje stosunki pomiędzy nami. Dlatego zwlekałem i szukałem rady". Rysiek był zły, że jej nie dostał, ale chyba zrozumiał - nie mogłam dać mu żadnej recepty, bo jej zwyczajnie nie ma. I potrafię mu powiedzieć tylko to, że trzeba się uważnie przyglądać sytuacji i decydować, co jest lepsze dla danej pary.
Muszę powiedzieć, że wniosek Ryszarda z naszej rozmowy bardzo mi się spodobał: "Przynajmniej tyle się dowiedziałem, że nie można mierzyć innych własną miarką, nawet kiedy rzecz wydaje się najbardziej oczywista, jak mnie się wydawała w sprawie Kasi i romansu jej męża"