Czy powinnaś powiedzieć swojej przyjaciółce, że jest zdradzana?

Anna Dodziuk
03.03.2004 00:00
A A A Drukuj
Jedno z przyjaciół ma romans. Co zrobić? Pozostawić sprawy ich biegowi, czy uświadomić to drugie, oszukiwane? Czy na pewno wiemy, które rozwiązanie wolałaby nasza zdradzana przyjaciółka? Tekst Anny Dodziuk
To wielki banał, że są pytania, na które nie ma odpowiedzi. Ale tym razem chodzi mi o takie, które co prawda nie należą do najważniejszych w życiu, za to są dokuczliwe, bo dotyczą sytuacji, z których nie ma dobrego wyjścia. Jedno z takich pytań skłoniło Ryśka, żeby po kilkuletnim nieodzywaniu się do mnie przyjść po jakąś radę czy wskazówkę. Myślałam, że coś mu się w życiu nie układa, ale chodziło o jego koleżankę z pracy Kasię, od lat zaprzyjaźnioną z nim i jego rodziną. Zwykle odmawiam zajmowania się sprawami osób trzecich, jednak Ryszard był tak poruszony, że nie ulegało wątpliwości: ta sprawa jest dla niego głęboko osobista.

Najpierw myślałam, że Rysiek - przedstawiający się od lat jako miłośnik własnej żony - nieoczekiwanie się zakochał i ma romans. Tymczasem okazało się, że to całkiem nie on, tylko mąż Kasi. Co gorsza, ona o tym nie wie, za to Ryszard owszem, tak, bo znalazł się na szkoleniu w ośrodku za miastem, gdzie ów romans - jak się wyraził - rozgrywał się niemal na jego oczach. Najpierw miał poczucie, że to jakiś kiepski film, ale potem zaczął go nękać dylemat: powiedzieć czy nie powiedzieć Kasi? Dlatego przyszedł do mnie, a ja miałam na to odpowiedź, która nie mogła go zadowolić, mianowicie: "Nie wiem". Mogłam mu tylko zaproponować, żebyśmy rozważyli razem różne "za" i "przeciw".

Najpierw jednak potrzebowałam odpowiedzi na pytanie, dlaczego dla Ryśka jest to taki duży problem. "No przecież sama wiesz - wybuchnął. - Nie mogę znieść, że ktoś jest tak oszukiwany. Przecież ona mu wierzy, ma do niego zaufanie. Patrzę na nią i nie potrafię uwolnić się od myśli, że moja żona mogłaby tak postąpić ze mną. Wolałbym każdą prawdę od takiego oszustwa".

"To ty byś wolał, ale czy na pewno Kasia?" - wyglądał na zaskoczonego moim pytaniem. Przekonanie, że "każda prawda" czy "cała prawda" jest nadrzędną wartością w małżeństwie, podziela tysiące ludzi. Zwłaszcza kiedy jest teoretyczne: romans współmałżonka (zdrada) nam się nie przydarzył, a powodem naszych rozważań jest to, że w takiej sytuacji znalazł się kto inny. Inaczej jest, kiedy rozmawia się z kobietą lub mężczyzną, którzy sami doświadczyli takiej sytuacji. Jednych zmusiła ona do rzetelnego przyjrzenia się, co tak naprawdę dzieje się w ich małżeństwie, a w ślad za tym dokonania w nim poważnych zmian, innych rozdzieliła. Trudno orzec, czy więcej jest tych pierwszych, czy tych drugich, ale jedno jest pewne - są tacy, którzy woleliby nie znać całej prawdy.

I spośród ludzi, którzy zostali razem, i spośród tych, którzy się rozwiedli, spora część jest z tego powodu nieszczęśliwa i żałuje takiej decyzji. Przypomina mi się, co po kilkunastu latach powiedział pewien mężczyzna, do którego dotarła informacja o zdradzie żony i który zażądał wtedy natychmiastowego rozwodu: "Z dzisiejszej perspektywy myślę, że wolałbym się o tym nie dowiedzieć". On akurat, chociaż tak to oceniał, nie najgorzej ułożył sobie życie. Znam jednak i mężczyzn, i kobiety, którzy zostali sami i nie czują się z tym najlepiej. Ich doświadczenie życiowe - tak wyjaśniałam Ryszardowi - zdołałoby może zachwiać jego pewnością, że osoba trzecia natychmiast powinna informować o zdradzie drugą stronę.

Niemal każdy zna kogoś, komu przydarzyła się pozamałżeńska przygoda, a czasami i dłużej trwający związek, lecz dla kogo bez wątpienia małżeństwo było najważniejsze i kto nawet przez moment poważnie nie myślał o rozwodzie. Druga strona nigdy się o tym nie dowiedziała i małżeństwo już wiele lat dobrze się układa, chociaż w przypadku ujawnienia zdrady mogłoby się rozpaść. Co więcej, niektórym parom to - paradoksalnie - posłużyło, bo strona zdradzająca przekonała się, że woli swoją żonę czy swego męża. Przedtem był to układ oparty na poczuciu przymusu czy obowiązku, teraz - po wypróbowaniu alternatywy, która wydawała się ogromnie atrakcyjna - zaczął być wynikiem wyboru, a zatem źródłem dużo większego zadowolenia.

Nie chciałabym, żeby ktoś pomyślał, że jestem zwolenniczką zdrad, byle się tylko nie wydały. Ależ skąd! Byłoby najlepiej , gdyby wszystkie pary pozostawały sobie wierne i szły przez życie, darząc się nawzajem miłością i dostarczając wsparcia. Tylko że to się - niestety - często nie udaje. Tak więc może nam się to nie podobać, nawet wręcz nas oburzać, ale zdrady zdarzały się, zdarzają i będą się zdarzać, jak długo będą istniały związki. Możemy i powinniśmy starać się umacniać małżeństwo, ucząc i młodych, i dorosłych znajomości swoich potrzeb i rozumienia potrzeb drugiej strony, sztuki porozumiewania się, tolerancji, życzliwości w codziennych kontaktach (tak, tak, tego też można się nauczyć) i wielu innych umiejętności potrzebnych w związku. Możemy i powinniśmy troszczyć się o rodziny w kryzysie, w tym zwłaszcza takie, które borykają się z biedą albo z chorobą. Możemy wskazywać młodzieży - oby w sposób, który ma szanse do niej dotrzeć - jakie wartości i pożytki wiążą się z wiernością i lojalnością. Powinniśmy to robić, ale nie chowając głowy w piasek i nie odżegnując się od racjonalnego myślenia o tym, że wokół nas będą zdarzały się i pozamałżeńskie przygody, i wieloletnie również pozamałżeńskie związki.

Czy miałoby to oznaczać dla Ryszarda i dla osób w podobnym kłopocie, że nic nie trzeba mówić, zachowując w tajemnicy wiadomość o romansie żony lub męża osoby, z którą jesteśmy zaprzyjaźnieni? I to też - tak jak informowanie zawsze i bez względu na okoliczności - nie może być regułą. Przypomina mi się sytuacja Anny, która przez kilkanaście lat była zdradzana przez męża. Jej środowisko aż huczało od plotek, a ona miała wrażenie, że coś się jej wymyka z rąk, coś niezrozumiałego się wokół niej dzieje, że może jest nienormalna, skoro czuje się cały czas niezadowolona i zagrożona. Annie wiadomość o wyczynach męża przyniosła ulgę i otworzyła przed nią różne perspektywy: leczenia ran, pracy zarobkowej na własny rachunek, układania sobie po nowemu kontaktów z ludźmi, robienia tego, na co naprawdę ma ochotę. Anna mówiła mi, że poczuła się tak, jakby wyszła ze szpitala, gdzie długo leżała bez diagnozy i bez widoków na leczenie, a potem wreszcie przeszła operację i może zacząć wracać do zdrowia i normalnego życia.

Spróbowałam całą tę złożoność uzmysłowić Ryszardowi. "No tak - powiedział - jeżeli to nieznacząca przygoda, to moje wtrącenie się mogłoby rozwalić ich małżeństwo, które w sumie chyba jest dobre, i unieszczęśliwić Kasię i jej męża. Jednak wydaje mi się, że gdyby jego romans ciągnął się dalej ze szkodą dla Kasi, zdecydowałbym się jej o tym powiedzieć".

A po chwili dorzucił: "Kiedy się do ciebie wybierałem, miałem przynajmniej jakąś jasność, co chcę zrobić, teraz już niczego nie jestem pewien". Był zirytowany i trochę udzieliła mi się jego irytacja: "To może w ogóle nie byłam do niczego potrzebna?". Rysiek zastanowił się i zaczął wyliczać swoje opory: "Nie miałem ochoty być donosicielem. Poza tym bałem się, że wiadomość o romansie męża mocno zrani Kasię - rozumiesz, przecież nikt nie lubi przynosić złych wieści. Trochę się też obawiałem, że to popsuje stosunki pomiędzy nami. Dlatego zwlekałem i szukałem rady". Rysiek był zły, że jej nie dostał, ale chyba zrozumiał - nie mogłam dać mu żadnej recepty, bo jej zwyczajnie nie ma. I potrafię mu powiedzieć tylko to, że trzeba się uważnie przyglądać sytuacji i decydować, co jest lepsze dla danej pary.

Muszę powiedzieć, że wniosek Ryszarda z naszej rozmowy bardzo mi się spodobał: "Przynajmniej tyle się dowiedziałem, że nie można mierzyć innych własną miarką, nawet kiedy rzecz wydaje się najbardziej oczywista, jak mnie się wydawała w sprawie Kasi i romansu jej męża"

Zobacz także
Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX