"Ile można czekać" - taki tytuł daliśmy listowi, który kilka miesięcy temu napisała do nas Samotna. W sobotę, kiedy ukazały się tamte "Wysokie Obcasy", do Samotnej wysłała SMS-a koleżanka. Pytała, czy to ona jest autorką listu. Samotna wpierw się przestraszyła - list napisała pod wpływem impulsu, nie chciała, żeby rozpoznali ją wszyscy znajomi - a potem ucieszyła. Bo od dłuższego czasu próbowała tej akurat koleżance wytłumaczyć, dlaczego jest jej tak przykro, że koleżanka nie zaprasza jej na wydawane przez siebie i męża kolacje dla znajomych. Kolacje, podczas których samotna dziewczyna z dużego miasta mogłaby kogoś poznać. W poniedziałek, po sobocie, w którą ukazał się list Samotnej, u nas zaczęły się urywać telefony. Przyszło kilkanaście e-maili i drugie tyle listów. Mężczyźni pisali, że też są sami i że bardzo chcieliby Samotną poznać. "Ja też jestem Samotna" - pisały kobiety albo radziły, gdzie pójść, by poznać Tego Jedynego.
W końcu spotkałyśmy się z Samotną. Jest wysoką, atrakcyjną, otwartą, bardzo serdeczną dziewczyną. Na łamach "Wysokich Obcasów" zadebiutowała już wcześniej, w czerwcu 2002 r., listem pt. "Mam ochotę na wiśniowy stanik". Opisywała problemy, jakie ma dziewczyna o pokaźnym biuście z kupieniem biustonosza, który nie przypominałby siermiężnego gorsetu, ale byłby utkany z seksownej koronki.
Pisząc go, myślałam o innym liście, który kilka tygodni wcześniej ukazał się w "Wysokich Obcasach". Miał tytuł: "Na szlaku same pary". Autorka skarżyła się, że przyjechała na studia do innego miasta, gdzie nie ma znajomych. Nie ma z kim iść do kina, na spacer czy na lody. Potem pojawiły się listy, w których ludzie radzili jej, żeby się gdzieś zapisała. Jakaś dziewczyna napisała, że na spływie kajakowym poznała męża, inna zachęcała ją, żeby poszła na kurs angielskiego, i tak dalej. Myślę, że te wszystkie listy pisali ludzie, którzy kogoś mają. Widać było, że w ogóle jej nie rozumieją. A ja rozumiem.
Tego dnia miałam jakiś kiepski nastrój, siedziałam sama, pewnie nie miałam dokąd wyjść wieczorem. Postanowiłam im wytłumaczyć, że można, tak jak ja, chodzić kilka razy w tygodniu na różne zajęcia i też się czuć samotnym. Że nie o to chodzi.
Tak, czasu i przestrzeni emocjonalnej. Pracuję w szkole, wiadomo - mam tam same koleżanki. Większość to mężatki, inne mają chłopaków. Mogą się ze mną spotkać po pracy, pójść na kawę o godz. 15 albo na zakupy, a potem się spieszą ugotować obiad, wyszykować się na randkę. Wieczorami nigdy nie mają czasu, a to wtedy ludzie się spotykają, idą do kina, śmieją. Nawet w pracy, kiedy rozmawiamy podczas przerw, one żyją swoim życiem domowym, przeżywają tych mężów i narzeczonych. Także w tych listach do mnie nikt, kto jest sam, nie napisał: "Idź na kurs, zapisz się na coś".
Że rozumieją. Jedna pani z Krakowa przysłała bardzo sympatyczny list. Że ona ciągle gdzieś chodzi, na różne imprezy kulturalne, ale tam nikogo nie poznaje, nikt jej nie zaczepi. Ludzie nie podchodzą do innych samotnych osób, nie proponują: poznajmy się. Ja też - niby jestem wygadana, ale wśród bliskich osób. Nie podejdę do kogoś obcego, nie zagadam.
Sama chodzę na zajęcia - na aerobik, angielski i na salsę. Salsa to dobry taniec, bo nie potrzeba partnera. A już na normalny kurs tańca, powiedzmy towarzyskiego czy na tango, trzeba się zapisać z kimś. Bo jest więcej dziewczyn niż chłopaków i nie ma z kim tańczyć. Jak chcę iść na koncert, dzwonię do koleżanek, do każdej po kolei. Ta nie może, tamtej mąż nie pozwala... I chodzę oczywiście z samotnymi koleżankami, ale to nie ułatwia nawiązania kontaktu.
Nie proponują.
Może się boją? Ale znając mnie, nie powinny. Powinny wiedzieć, że ja nie jestem zainteresowana cudzym mężem, że ja chcę po prostu przebywać wśród ludzi, przyjaciół, poznawać ich, cieszyć się ich szczęściem, a smucić, gdy jest im źle. To jest bardzo dziwne z tymi zaproszeniami. Niby jesteś dobrą koleżanką, ale tylko na kawę albo na imprezę, a na inne spotkania, kameralne, nie jesteś zapraszana.
Do niedawna wynajmowałam mieszkanie z koleżanką, poznałam jej znajomych, wyciągnęłam dla siebie dwie perełki. Potem przez chwilę mieszkałam sama, a teraz ponownie mieszkam z dziewczyną, z którą bardzo dobrze się dogaduję. Mnie nie chodziło w tamtym liście o to, że ja nie wiem co ze sobą, co ze swoim czasem zrobić, raczej o to, że nie mam możliwości poznania kogoś. Kogoś, z kim mogłabym być.
Tak, lubię internet. Mam przyjaciela z internetu. Ktoś mi pokazał jego stronę, napisałam, że świetna, że bardzo mi się podoba, odpisał i od dwóch lat korespondujemy.
Brawo! Mieszka we Wrocławiu, daleko ode mnie. Po pół roku wymieniania e-maili spotkaliśmy się, teraz znów planujemy spotkanie. Ale wie pani, faceci poznani przez internet (z wyjątkiem niego) są dziwni. Jedno, dwa spotkania i po wszystkim, nic z tego. Umówiłam się z jednym panem, który do mnie napisał w odpowiedzi na mój list w "Obcasach". Spotkaliśmy się w kawiarni, było bardzo sympatycznie, ale jednak krępująco. Porozmawialiśmy, może znów się zobaczymy za jakiś czas? Ale on też jest z drugiego końca Polski. Z kolejnym wymieniam e-maile, też sympatycznie, ale nie zaiskrzyło.
Wstaję o godz. 6.15, prysznic, makijaż. Ubieram się i jadę do szkoły. Wracam o godz. 14-15, jem obiad, idę na spacer. Potem trochę popiszę na komputerze, przygotuję się do pracy, poczytam. We wtorki, czwartki i soboty mam basen, w poniedziałki - salsę. Ale wieczorkiem chciałabym gdzieś wyjść...
W sobotę jeszcze jest co zrobić. Budzę się, włączam "Trójkę", jem owoce w łóżku i idę po zakupy. Poczytam gazetę, posprzątam. No, ale niedziela jest fatalna. Najgorsza.
Nikt nie ma czasu, nikt się nie spotka, nie zadzwoni nawet, bo niedziela to dzień dla rodziny. A ja tu, gdzie mieszkam, nie mam nawet rodziców, bo wychowałam się i studiowałam w innym mieście, tutaj przyjechałam po studiach do pracy. Moja siostra też tu mieszka, ale ona jest mężatką i nie może się ze mną spotykać w każdą niedzielę.
Oglądanie wystaw, gdy nie można się podzielić wrażeniami, też za bardzo nie jest przyjemne.
Studiowałam. Poszłam na zaoczne studia podyplomowe, dzięki czemu miałam zajęty co drugi, czasem co trzeci weekend. Ale niestety, już je skończyłam. Może pójdę na następne studia? Lubię się uczyć. Chciałabym mieć konkretny papier z angielskiego, psychologia mnie interesuje.
Teraz chcę dać sobie trochę oddechu, takie pół roku dla siebie. No, potrzebuję tego oddechu także ze względów finansowych, muszę trochę pieniędzy na tę naukę odłożyć.
Może to tak brzmi, jak się opowiada. Ale ile można samemu chodzić po parku albo jeździć rowerem? Mam teraz podobno swój najlepszy czas, jestem wolna, przed trzydziestką, kilka razy w tygodniu chciałabym gdzieś wyskoczyć i nie mam z kim.
Próbują. Często się spotykamy we dwie albo trzy i rozmawiamy. Czasami robimy sobie wieczorki wideo, czasem wyjście do kina czy na koncert. Ale nadal jesteśmy samotne. Czasem myślę, że może ja za dużo oczekuję. Na studiach miałam świetną paczkę, cały czas żałuję, że tu nie mogę mieć takich znajomych. A może jest tak, że po studiach już jest na to za późno? Ludzie już nie szukają nowych znajomych.
Pomagają, spędzam z nimi dużo czasu. Ale chciałabym już przejść do następnego etapu w moim życiu, mieć rodzinę. Kiedy człowiekowi jest smutno, kiedy czuje się beznadziejny, a przecież są takie momenty, chciałby się do kogoś przytulić, niekoniecznie do przyjaciółki... Znam różnicę, bo był ktoś w moim życiu.