Nie możemy mieć dzieci

Kiedy kobieta i mężczyzna bezskutecznie starają się o dziecko, wszystko wytrąca ich z równowagi. A im bardziej się napinają, tym trudniej osiągnąć cel.- O niepłodności, z psychoterapeutką Tatianą Ostaszewską-Mosak rozmawia Joanna Sokolińska
Joanna Sokolińska: Któregoś dnia ona i on postanawiają mieć dziecko. I wtedy...

Tatiana Ostaszewska-Mosak, psycholog z warszawskiej lecznicy Invimed specjalizującej się w leczeniu niepłodności:

Zaczynają się spokojnie starać. Łagodnie, bez stresu. To trwa trzy-cztery miesiące, potem ona - bo zwykle to kobieta pierwsza się denerwuje - zaczyna się niepokoić. Liczy: "Kaśka zaszła w ciążę już za pierwszym razem, Beata - w drugim miesiącu starań. Może ze mną jest coś nie tak?".



Co mogło być "nie tak"?

Może nie trafili ze współżyciem w dni płodne? Może była przeziębiona, brała jakieś leki? Ona się tym zajmuje, bo ze względu na cykl miesiączkowania jest jej łatwiej zapanować nad czasem. Mężczyzny na tym etapie ten problem jeszcze nie dotyczy, jeszcze nie przychodzi mu do głowy, żeby się martwić. Mijają kolejne miesiące, ona coraz więcej czyta - w jakich pozycjach najlepiej się kochać, jaka dieta sprzyja zajściu w ciążę, jak rozpoznać dni płodne. Zaczyna inicjować współżycie w "te" dni...

I wtedy automatycznie zaczynają się problemy z seksem?

Tak, bo na seks bardzo źle wpływa racjonalizacja. Nadmiar myślenia o tym, jak, gdzie, kiedy, zabija spontaniczność i radość ze współżycia. Ona proponuje, żeby się kochać we wtorek i czwartek, bo wtedy będzie płodna, a on zaczyna uważać, że jest traktowany instrumentalnie, że jest jej potrzebny jako narzędzie do osiągnięcia celu, którym jest dziecko.

Ale przed chwilą, te cztery-pięć miesięcy temu, oboje chcieli dziecka. Co takiego się stało, że teraz to ona chce, a on jest wykorzystywany?

Właśnie, warto się w tym momencie zastanowić, czy to rzeczywiście tak było, że oni oboje tego chcieli. A może jedno chciało, a drugie się tylko zgodziło? Zwykle w związku to kobieta zaczyna wcześniej pragnąć dziecka, wcześniej o tym mówi. Może było tak, że ona powiedziała: "Kochanie, tak bym chciała, żebyśmy mieli dzidziusia, czuję, że to ten moment", a on odpowiedział: "OK, czemu nie"? Może wcale nie czuł się gotowy? Poza tym on ma inne podejście do upływu czasu, łatwiej mu też zobaczyć, że są także inne fajne rzeczy - że można wyjechać, kupić nowy samochód. Ona w tym momencie jest już skoncentrowana na zajściu w ciążę.

Ale też realnie ona ma mniej czasu.

Tak, to prawda. Dla niej trzydziestka to zwykle "pierwszy z ostatnich dzwonków", jeśli chodzi o dziecko, on ma dużo więcej czasu.

Co się dzieje dalej?

Ona się denerwuje, on to widzi, więc proponuje: "Odpuśćmy sobie, przynajmniej na jakiś czas". Mówi tak, bo chce, żeby ona znów była sobą. Taka fajna jak wtedy, kiedy jeszcze się nie starali. Czasem on myśli: "Jeszcze nie ma dziecka, a ona już jest zestresowana. To co będzie, jak się pojawi na świecie? Może lepiej, żebyśmy go nie mieli?".

Ona wyczuwa jego wahanie i napięcie wzrasta. Zaczynają się kłócić...

To jest dla nich obojga moment próby. Być może pierwszy tak poważny kryzys w ich dotychczas dobrym, zadowalającym związku. W zależności od tego, jaką strategię zastosują i co uznają za najważniejsze dla nich, wyjdą z tego etapu albo wzmocnieni, albo osłabieni i niezdolni do dalszego zmagania z kłopotami. Żeby się w tym wszystkim nie pogubić, trzeba więcej uwagi zacząć poświęcać sobie nawzajem, swojemu partnerowi. Nie skupiać się tylko na sobie i swoim odbiorze tej trudnej sytuacji. Dużo i spokojnie rozmawiać i szukać różnych sposobów na radzenie sobie z napięciem i stresem. Zacząć również wspólnie robić rzeczy, których do tej pory nie robiliśmy. To tylko niektóre propozycje...

Potem ona idzie do lekarza...

W 99 proc. przypadków to kobieta pierwsza decyduje się na wizytę u specjalisty. Idzie do swojego ginekologa, prosi, żeby sprawdził, czy wszystko jest w porządku.

Czy jemu już świta, że być może on też będzie musiał się zbadać?

Pewnie choć raz mu przez głowę taka myśl przebiegła, ale jeszcze się nie denerwuje, uważa za pewnik, że wszystko - i z nim, i z nią - jest w porządku. Ja w ogóle bym nie demonizowała sprawy badania nasienia. Owszem, mężczyźni bardzo to przeżywają, denerwują się, ale przecież wiedzą, że to normalne, że różne rzeczy się bada. Plemniki też.

Plemniki zostały zbadane, diagnoza postawiona i zaczyna się proces leczenia. Jak ono wpływa na związek?

Zatrzymałabym się jeszcze na etapie diagnozy. Czasami sprawa jest jasna po podstawowych badaniach - na przykład ona nie jajeczkuje albo on ma za słabe plemniki. Ale postawienie diagnozy może trwać nawet kilka lat. To oznacza ciągłe badania, poszukiwanie przyczyny, zmiany lekarzy. Dla wielu osób to jest najtrudniejszy etap, kiedy nie wiadomo, co się dzieje, dlaczego im nie wychodzi. Kiedy słyszą diagnozę, czują ulgę - wreszcie wiadomo, wreszcie będzie jakaś strategia leczenia. A w innym związku wtedy właśnie zaczynają się problemy. Jedna osoba, ta, która jest zdrowa, czuje ulgę, spada jej kamień z serca, a druga...

...czuje się winna?

Tak. Jeśli odpowiedzialność za kłopoty z naturalnym poczęciem leży po stronie kobiety, ona zaczyna się zastanawiać, co takiego zrobiła, że teraz nie może mieć dziecka bez pomocy lekarza.

A pewnie nic nie zrobiła...

Oczywiście! Ale nie daj Boże, żeby miała w swojej przeszłości jakiekolwiek "podejrzane" wydarzenie - jakąś chorobę, przypadkowy seks, który mógł sprawić, że coś się za nią wlecze, jakąś aborcję... Jeśli coś takiego było, to ona się tym teraz zadręczy.

Na forum www.bocian.pl wiele osób pisze, że boi się świąt, życzeń, spotkań rodzinnych, bo wszyscy będą pytać, kiedy dziecko. Dlaczego nie można im po prostu powiedzieć, że jest z tym mały problem?

To ukrywanie przed rodziną kłopotów z zajściem w ciążę jest rzeczywiście powszechne. Płodność wydaje nam się czymś naturalnym, prostym. A jeśli mamy kłopot z czymś, co innym przychodzi bez trudu, to ten swój problem zaczynamy wyolbrzymiać. Jeśli jestem jedyną osobą w klasie, która ma problem z matematyką, to czuję się gorzej niż wtedy, gdy takich osób jest kilka.

A tu w dodatku problem dotyka czegoś bardzo ważnego, intymnego.

Tak, tu chodzi o potwierdzenie swojej kobiecości, męskości. On od zawsze słyszał, że mężczyzna musi zbudować dom, posadzić drzewo i spłodzić syna. Ją od dziecka przygotowuje się do roli matki - dostaje lalki, wózek. Jeśli pojawia się problem ze spełnieniem tych ról, człowiek zadaje sobie fundamentalne pytania: jaki to wszystko ma sens? Po co istnieję? Czy moje życie nie jest jałowe? Być może bez tego doświadczenia byśmy sobie tych pytań nie zadali?

I to jest powód, dla którego ukrywa się przed rodzicami kłopoty z zajściem w ciążę?

Także ze strachu przed sensacją, przed tym, że po takich zwierzeniach znajdziemy się nagle w centrum zainteresowania. Wiele osób nie chce porad ani wścibskich pytań. A czasem trudno powiedzieć dlaczego. Można przypuszczać, że skoro tak bardzo nie chcę nikomu powiedzieć, że nie mogę zajść w ciążę, to pewnie te relacje z najbliższymi nie są najlepsze.

A jeśli już ona lub on zwierzą się komuś, to usłyszą z pewnością: "Wyluzuj się, to zajdziecie".

To bardzo denerwujące. I sprzyja nakręcaniu się, jak podczas rozmowy w rodzaju: "Nie denerwuj się, kochanie", "Ależ ja się wcale nie denerwuję. NIE DENERWUJĘ SIĘ, SŁYSZYSZ?!". Kiedy kobieta i mężczyzna starają się o dziecko i im to nie wychodzi, wtedy każdy drobiazg wytrąca ich z równowagi. Bo są słabsi. Aczkolwiek...

...naprawdę warto się wyluzować?

Tak, bo to naprawdę ułatwia zajście w ciążę. Im bardziej się napinamy, im bardziej nam zależy, tym trudniej osiągnąć cel. A kiedy tego luzu jest więcej, to nawet jeśli się nie uda, to przynajmniej życie będzie milsze i prostsze.

Choć każdy ma na podorędziu historię o parze, która "zaciążyła" zaraz po podjęciu decyzji o adopcji, kiedy oboje się wyluzowali, nikt nie wie, jak to wyluzowanie osiągnąć na żądanie...

To prawda, nikt nie potrafi odpowiedzieć, co takiego się stało, że Anka odpuściła i dzięki temu ma teraz dziecko. Na to pytanie właściwie nie da się odpowiedzieć, bo wyluzowanie dla każdego oznacza co innego. Nie ma sensu dawać rady na takim poziomie ogólności, bo ona nic nie wnosi. Zamiast radzić przyjaciółce: "Wrzuć na luz", lepiej się zastanowić, jak to przełożyć na konkretne działanie. Co takiego mogę jej poradzić, żeby to na nią dobrze wpłynęło? Co ona może dla siebie zrobić, żeby się lepiej poczuć? Poradzenie medytacji komuś, kogo nosi, kto nie może pięciu minut usiedzieć w jednym miejscu, nie ma żadnego sensu.

Nie ma ogólnych zasad, ale może są jakieś pytania, które każdy może sobie zadać?

Są. Na przykład takie: po co chcę tego dziecka? I dlaczego go chcę? - bo to wbrew pozorom pytanie o co innego. Jedno mówi o przyczynach, drugie - o celach. To są wbrew pozorom różne kwestie - jedne mówią o emocjonalnych, czasem bardzo wewnętrznych, wręcz nieuświadomionych naszych pragnieniach, które swoje źródło mają w przeszłości. Drugie wybiegają w przyszłość i usiłują się wpasować w puzzle naszych planów, tego, jak widzimy swoje przyszłe życie, do czego dążymy i co jesteśmy w stanie zrobić, aby te cele osiągnąć. Kolejne ważne pytanie: co zrobię, jeśli nie będę miała dziecka? I co bym teraz robiła, gdybym się o nie nie starała? Na pewno warto, żeby oboje - ona i on - zastanowili się nad swoją hierarchią wartości, nad tym, czego naprawdę chcą od życia. To są trudne pytania, dlatego w moim gabinecie na stole zawsze są chusteczki.

Czemu te pytania mają służyć?

Mają one - paradoksalnie - ułatwić życie. Kiedy się je stawia, to faktycznie wydają się bardzo trudne i z początku nie do przejścia. Ale kiedy zaczynają się w nas krystalizować odpowiedzi - bo to zazwyczaj jest cały proces - wtedy uzyskuje się zupełnie inną perspektywę. Wiele rzeczy i spraw nabiera innego kolorytu. Stawiane są nowe cele albo na świeżo te stare, ale już inaczej. To jest taki moment, kiedy warto też sobie powiedzieć, że cóż, nasze ciało nie funkcjonuje teraz tak, jak byśmy chcieli. Warto uświadomić sobie i próbować się z tym pogodzić - co nie jest łatwe - że nie jesteśmy w stanie kontrolować wszystkiego. Warto też rozdzielić to, na co mam wpływ, od tego, na co go nie mam. Co mogę zrobić? Nie zmuszę siebie do zajścia w ciążę, ale mogę zwiększyć swoje szanse. Mogę poddawać się leczeniu i mogę próbować obniżyć swój poziom stresu.

Proszę zobaczyć: jeśli ona długi czas żyje w napięciu, do jej mózgu wciąż docierają dwa sprzeczne sygnały. Sygnał pierwszy: chcę zajść w ciążę, zależy mi na tym i jestem teraz gotowa. Sygnał drugi: coś mi zagraża - mózg tak przecież interpretuje stres - dzieje się coś złego, a więc to nie jest czas na powoływanie nowego życia. To widać na poziomie biochemii - stres podnosi poziom prolaktyny, a ona blokuje jajeczkowanie. Wiem, że to trudne, gdy szykuje się zabieg - inseminacja czy in vitro - ale warto próbować w takich momentach przekonać własny organizm, że nic mu nie grozi, że wszystko jest w porządku.

Jak to zrobić?

Ucząc się radzić sobie z trudnymi sytuacjami, znajdując sposoby, które poprawiają nam humor, nawet gdy wszystko inne zawiedzie. Komuś pomoże technika redukowania stresu, jaką może poznać na warsztatach psychologicznych, komuś - wypłakanie się przyjaciółce albo kolacja z mężem przy świecach. Wiele zależy przecież od tego, czy źródłem problemu jest zabieg, czy współżycie.

Znowu wracamy do seksu. Co oni mają zrobić, kiedy nadchodzi dzień zakreślony w kalendarzu przez lekarza, a tu brak ochoty na miłość?

Poszukać czegoś, co sprawi, że się fajnie poczują. Jeśli nadchodzi dzień, kiedy będziemy musieli współżyć, zastosujmy wszystkie możliwe sztuczki, jakie znamy, które poprawią nam nastrój, zróbmy coś, co lubimy, żeby ten seks nie był tylko dla dziecka, ale też dla przyjemności. Warto kochać się nie tylko w płodne dni, a przynajmniej pamiętać, że seks to nie tylko wymiana płynów ustrojowych, ale dużo, dużo więcej. Jeśli się kochamy, to dlaczego nie mielibyśmy współżyć właśnie dziś? W końcu w każdym związku ludzie czasem uprawiają seks, choć nie czują akurat wielkiej namiętności. Może to, że we wtorek jest owulacja, nie ma takiego znaczenia?

Różnica polega na tym, że tego wtorku za nic nie można przegapić, nawet jeśli wróci się z pracy przed północą. Bo następny będzie dopiero za miesiąc.

To prawda, jeśli już trwa leczenie, często para ma świadomość, że jeśli nie teraz, jeśli nie ten miesiąc, nie ten dzień, nie to popołudnie, to już nigdy. I czasem to jest prawda. Bo to leczenie jest drogie, wiele par nie może sobie pozwolić na powtarzanie np. zabiegu in vitro. Tylko że tym bardziej trzeba wtedy próbować zachować spokój, jak najwięcej tego znienawidzonego luzu. Warto przynajmniej na spokojnie się zastanowić, czy rzeczywiście musimy. Jaka jest presja czasu, pieniędzy? Kiedy będzie następna szansa, żeby się starać? Trzeba o tym rozmawiać. Czasami przychodzi do mnie pacjentka i skarży się: "Ja mu mówię, że trzeba teraz, a on, że nie, teraz to on nie chce, może w przyszłym miesiącu". Czasem niestety na tym etapie ich drogi zaczynają się rozchodzić. Ona by jeszcze chciała powalczyć, zrobić jeszcze jedno podejście, spróbować nowego leczenia, a on już ma dość, już chciałby, żeby sobie tę walkę odpuścili.

Bywa oczywiście i odwrotna sytuacja - kiedy to ona nie ma już siły, jej ciało i emocje już tej walki nie wytrzymują, a on z uporem dąży do "sukcesu". Jeśli daje jej dużo wsparcia i miłości, to jeszcze pół biedy, i ona raczej da się namówić na kolejne działania. Jeśli jednak nie ma tego wystarczającego poczucia bezpieczeństwa, pierwsza powie "dość". To jednak o wiele rzadziej spotykany scenariusz.

Co ona ma zrobić, jeśli on się wycofuje?

Rozmawiać. Warto, żeby oboje pamiętali, że to nie jest coś, co będzie trwało do końca życia, to się zamyka w policzalnej liczbie miesięcy. Nawet jeśli teraz nie wiadomo, czy i kiedy się uda. Ludziom w depresji wydaje się, że już zawsze będą czuli się tak źle. Tu jest podobnie. Wychodzenie z tej czarnej dziury można zacząć od zrozumienia, że to się kiedyś skończy.

A co, gdy do któregoś z nich przyplącze się depresja? Zmniejsza ona zainteresowanie seksem, zmniejsza też szansę na zajście w ciążę.

Lepiej by było na początek zająć się depresją, ale zwykle to jest etap, kiedy obie te sprawy są ze sobą ściśle związane, trudno je oddzielić. W dodatku jest już silna presja czasu, więc leczy się jedno i drugie naraz. Chyba że kobieta jest w tak złym stanie, że oprócz psychoterapii potrzebuje leków. Wtedy trzeba na kilka miesięcy przerwać starania o dziecko. To jest trudne, bo teraz bardzo często na niepłodność leczą się kobiety po trzydziestce, które późno zaczęły myśleć o dzieciach. Przedtem ich nie chciały, nie czuły się gotowe, nie miały z kim ich mieć albo czuły, że mają dużo czasu. A teraz liczy się każdy miesiąc. Ciąża ma być już, natychmiast.

Bo w ogóle większość z nas nie umie czekać?

Tak. Żyjemy w jakimś dziwnym, trochę odrealnionym świecie, gdzie wszystko ma być już, teraz, szybko i najlepiej przyjemnie. Każde niepowodzenie, każde utrudnienie to natychmiast katastrofa, kompletna porażka i czarna rozpacz. A to po prostu zwykłe życie, które buduje się zarówno na wzlotach, jak i upadkach. Do pewnego momentu naszej wytrzymałości to właśnie trudności nas hartują i wzmacniają.

Kiedy powinni pójść do psychologa?

To każdy musi ocenić sam. Nie ma reguły, że pacjenci najczęściej przychodzą na jakimś tam etapie leczenia. Nie każdy też potrzebuje wsparcia psychoterapeuty czy grupy.

Co grupa wsparcia może człowiekowi dać? To nie będzie wzajemne dołowanie się?

Daje możliwość podzielenia się swoimi problemami, uzyskania różnych informacji. Daje też szersze spojrzenie. Mogę się dowiedzieć, jak inni reagują na tę samą trudność. Grupa daje też możliwość dzielenia się tym, co ma się najlepszego - można komuś pomóc, dodać otuchy, przedstawić rozwiązanie, na jakie sam nie zwróciłby uwagi. A jeśli komuś pomogę, to i samą siebie wzmocnię. Grupa daje też poczucie przynależności i bardzo ważną dla człowieka możliwość porównywania się z innymi. Dziewczyna, która jest załamana po dwóch nieudanych zabiegach in vitro, może porównać się z taką, która ma za sobą jedno podejście, i tą, która aż trzy. To może dać jej nowy punkt widzenia - moja sytuacja jeszcze nie jest taka zła...

Czasami leczenie trwa kilkanaście lat, udaje się za piątą, szóstą próbą. Albo trzeba pożyczyć czyjeś plemniki czy komórkę jajową. Ludzie często pytają: "To nie lepiej adoptować?". Są przekonani, że sami by tak postąpili...

Ta walka, żeby jednak mieć biologiczne dziecko, jest bardzo silnym instynktem. To nie jest uświadomione, dotykamy tu bardzo głębokich, pierwotnych spraw. Ona chce móc powiedzieć: "Tak, urodziłam, wiem, jak to jest". On chce mieć poczucie, że to "jego".

Jak się dojrzewa do rezygnacji z dalszych starań, do odpuszczenia sobie?

W samym środku coś pęka i wtedy się wie, że już tego dość, że nie ma się siły, nie ma chęci i nie sposób już angażować się i brnąć dalej. Zdarza się, że ta myśl dojrzewa powoli, najpierw się ją odsuwa i odsuwa, ale ona powraca, aby zostać na dobre. Czasami samoistnie pojawia się postanowienie o zamknięciu pewnego etapu. Przypomina się również, że istnieje (lub kiedyś istniało) jakieś inne życie i chce się z niego korzystać, bo przecież jest się jeszcze młodym.

Na przykład adoptować dziecko? Kiedy człowiek zaczyna brać tę ewentualność poważnie?

Pewnie każdy inaczej. Bo decyzja o adopcji nie jest tak łatwa, jak się wydaje tym, którzy bez problemu urodzili dziecko. Trzeba sobie wiele poprzestawiać w głowie, żeby ją podjąć. Często na początku któreś z partnerów mówi: "Adopcja? O nie, ja się na to nie zgodzę!". A potem już tak bardzo chce mieć dziecko, że myśli sobie: "A tam, co za różnica".

Komu jest łatwiej - osobom niewierzącym czy wierzącym, które dodatkowo muszą się uporać ze sprzeciwem Kościoła wobec niektórych technik wspomaganego rozrodu?

Nie ma jednej odpowiedzi, zresztą są różne podejścia do wiary i nakazów religii. Zdarza się, że ortodoksyjni katolicy rezygnują właśnie z powodu nakazów religijnych z metod zakazanych przez Kościół. Bliższe stają im się takie decyzje jak adopcja, opieka pośrednia, poświęcenie się innej idei. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że jeśli tylko ludzie mają pieniądze i możliwości posiadania dziecka, zrobią dosłownie wszystko. Nawet ludziom głęboko wierzącym często trudno uwierzyć, że plan boski wobec nich był właśnie taki. Często mają poważny dylemat. Znowu z drugiej strony religia może człowieka w tych staraniach wspierać. Jeśli wierzą, że ich sytuacja ma głęboki sens, łatwiej im się z tym pogodzić, łatwiej czerpać satysfakcję z życia. Mimo uciążliwego leczenia lub mimo braku dzieci.

Więcej o: