Jestem dumny z sukcesów żony

Sukces żony to dla związku ważny sprawdzian. Staje się raptem sławna, popularna, a może nawet bardziej ceniona od swojego męża. A on? Jeśli się z tego cieszy, jest naprawdę świetnym facetem.
Wciąż jeszcze rzadkość - kobieta odnosząca znaczący sukces. W relacjach z Sejmu, naukowych konferencji i posiedzeń zarządów, na uroczystościach wręczenia prestiżowych nagród - rzędy męskich garniturów. Damska garsonka błyska tam niczym rzadki okaz. Wciąż łatwiej sobie wyobrazić żonę sławnego męża prasującą ten wyjściowy garnitur niż męża, który przed wyjściem do pracy powie słynnej żonie: "Jestem z ciebie dumny, pokaż im, co potrafisz". Który u znajomych lub na oficjalnym bankiecie chwali jej sukcesy, przyznając, że czasem bywają większe niż jego własne. Potrafi oddać palmę pierwszeństwa, rozumie, że rozwój zawodowy jest warunkiem jej szczęścia. I dostosuje się do napiętego terminarza żony. Który szczerze potrafi cieszyć się z jej sukcesów. Udało się nam znaleźć takich mężów. Posłuchajmy ich.

Ona dominuje i dobrze mi z tym

Henryk Orfinger, absolwent Politechniki Warszawskiej, przewodniczący rady nadzorczej i właściciel firmy Laboratorium Kosmetyczne Dr Irena Eris SA

Irena Eris, dr farmacji, właścicielka firmy Laboratorium Kosmetyczne Dr Irena Eris SA, w której pełni funkcję dyrektora ds. badań i rozwoju

Henryk Orfinger:

Poznaliśmy się 33 lata temu przez wspólnych znajomych. Irena zawsze wiedziała, czego chce. Jej siła od razu rzucała się w oczy, choć jak ją lepiej poznałem, zorientowałem się, że są to pozory. Na pierwszą randkę wybraliśmy się na "Fausta" do Teatru Polskiego. Okazało się, że trafiłem w zainteresowania przyszłej żony, która bardzo lubi teatr.

Jestem zdominowany przez żonę, czasami nie daje mi nawet dojść do słowa, ale mnie to nie przeszkadza. Dominacja nie oznacza, że Irena trzyma wszystko twardą ręką, ale że decyduje o kształcie naszego życia. Konsultuje się ze mną tylko wtedy, gdy ma jakieś wątpliwości. Jeśli ich nie ma, nie znosi wtrącania się. Nie ustępuje.

Zawsze chciała robić to, na co może mieć wpływ od początku do końca. Dlatego postanowiła założyć swoje laboratorium kosmetyczne. Wtedy oboje pracowaliśmy na państwowych posadach i nie mieliśmy żadnego kapitału. Dopiero kiedy mama Ireny dostała niewielki spadek i zdecydowała się pożyczyć nam pieniądze, zrodziła się szansa na zrealizowanie marzeń żony.

Od początku jej pomagałem. Zająłem się finansami i dystrybucją. Tworzyliśmy coś wspólnie, ale nie wchodziliśmy sobie w drogę. Irena mogła zająć się tym, co najbardziej lubiła, czyli pracą w laboratorium. Od początku cieszyło mnie, że razem tworzymy coś, co rośnie i rozwija się. Oboje mieliśmy z tego satysfakcję. Nigdy nie rywalizowaliśmy. Współpracowaliśmy zgodnie, bo obszary naszej działalności są zupełnie różne. Ja działam "na zapleczu" i choć to Irena jest "twarzą firmy", ona odbiera gratulacje i na nią spływają wszystkie splendory - mnie to zupełnie nie przeszkadza. Nigdy nie chciałem być na pierwszym planie. A to, że firma się rozwija, że żona odnosi sukcesy, to jest także mój sukces.

Dziś zatrudniamy 350 osób. Mamy spółkę hotelową, nasza działalność się poszerza. Irenie od początku przyświecała idea holistycznego podejścia do piękna. Nie wystarczał jej detaliczny produkt, chciała zapewnić kobietom profesjonalną obsługę kosmetyczną. Pierwszy hotel zaczęliśmy budować dziesięć lat temu, wtedy o SPA nikomu się nie śniło. Teraz na Wzgórzach Dylewskich otwieramy drugi. Biznes jest ryzykiem i Irena nigdy nie dzieli włosa na czworo, ale też nigdy nie ryzykuje bez potrzeby.

Mimo upływu lat jest nam dobrze ze sobą. Nauczyliśmy się akceptować siebie. Radzę sobie z tym, że żona dominuje w naszym związku. Znamy swoje mocne i słabe strony. Czy mam receptę na sukces? Według mnie nie ma takiej recepty. Sukces to zbieg sprzyjających okoliczności. Oczywiście ważne są tu też cechy charakteru osoby, która ten sukces odnosi. Irena imponuje mi umiejętnością wykorzystywania swojej wiedzy, kreowaniem wizji, pasją tworzenia czegoś nowego.

Irena Eris:

W naszym związku nikt nie dominuje. To związek partnerski. Mąż nigdy ze mną nie rywalizował, nie walczył, zawsze mnie wspierał. Bardzo tego potrzebuję. Dzięki niemu nie zabrakło mi odwagi, żeby zrobić ten pierwszy krok. To nie było proste. Miałam doktorat i możliwość naukowej kariery. Tymczasem, chcąc się uniezależnić, weszłam w strefę działalności rzemieślniczej. Razem podjęliśmy tę decyzję. Nazwałam firmę własnym nazwiskiem, bo w nasz pierwszy produkt - krem półtłusty - włożyłam całe swoje serce, siły i wiedzę, dlatego chciałam się pod nim osobiście podpisać. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że zaczynamy budować markę. Czyli to, co w biznesie liczy się najbardziej. Jestem wdzięczna mężowi, że zdjął ze mnie ciężar zarządzania i mogłam zająć się tym, co kocham. Pracą naukowo-badawczą i wytyczaniem nowych kierunków w kosmetologii. Mąż jest dla mnie niekwestionowanym autorytetem. Jeśli mam problem, zwracam się właśnie do niego. On jest racjonalny, ja bardziej emocjonalna. Poza tym mam do niego absolutne zaufanie.

Ona jest moją królową!

Daniel Olszewski, przedsiębiorca, prowadzi własną firmę motoryzacyjną

Marta Borkowska-Olszewska, ekonomistka i muzyk, od sześciu lat współwłaścicielka Szkoły Języków Obcych i Biura Tłumaczeń LINGWEJON zajmujących się organizacją szkoleń językowych w Warszawie (filie w Łodzi, Krakowie i Olsztynie) oraz specjalistycznymi tłumaczeniami. Wiceprezes Międzynarodowego Forum Kobiet, w 2005 roku zdobyła tytuł Kobiety Przedsiębiorczej przyznawany przez firmę Avon

Daniel Olszewski:

Zwróciłem uwagę na Martę, ponieważ była wyjątkową osobą. Piękna, inteligentna, o niesamowitej osobowości, z czasem stała się moim najlepszym przyjacielem i partnerem. Dla mnie małżeństwo to związek wolnych ludzi. Jest to wspaniałe, jeśli mają swoje niezależne od siebie sfery działalności, w których mogą się realizować. Uważam, że jeśli kogoś kochamy i jest to nasz wybór, wtedy staramy się robić wszystko, żeby tej osobie było dobrze. Najbardziej w żonie cenię to, że jest szczera i ma "jedną twarz". Nie zakłada masek, nie jest fałszywa. Prawa i uczciwa. Nigdy się na niej nie zawiodłem.

Życie składa się z pięknych chwil, lubię więc żonie robić przyjemności - choćby czekać na nią z kolacją, którą sam przygotowałem. Miłość jest to też usługiwanie tej drugiej osobie, dawanie części siebie.

Do małżeństwa podchodzę bardzo poważnie. Dla mnie jest to decyzja na całe życie, ale jednocześnie wiem, że jest to ciężka praca każdego dnia. Z upływem lat więzi między mną a żoną są dojrzalsze i o wiele mocniejsze. Teraz rozumiem, że czasem okazaniem miłości jest wyniesienie śmieci, podanie kawy do łóżka. Kocham każdą chwilę, którą możemy spędzić razem. Na świecie jest mnóstwo pięknych kobiet, ale właśnie ona jest kobietą mojego życia! Jestem dumny, że mam taką żonę.

W naszym życiu ważna jest szczerość, mówienie sobie prawdy, nawet jeśli byłaby ona trudna. Mam do żony nawet 200 procent zaufania. Nie mamy względem siebie kompleksów, dlatego żadne z nas nie zazdrości drugiemu sukcesu. Sukces żony jest moim sukcesem. Choć w wielu sprawach jesteśmy "jedno", to każde z nas ma wolność i robi to, co lubi. Czasem mamy różne zdania na wiele tematów, ale miłość sprawia, że chcemy się porozumieć. Słuchamy swoich argumentów i najczęściej jedno drugiemu ustępuje.

Sukces to dla mnie osobiste szczęście, czyli poczucie, że nawet gdyby stało się coś złego czy coś smutnego, nie jestem sam, jest ta druga osoba, która troszczy się o mnie, rozumie mnie. Codziennie dziękuję Bogu, że dał mi prezent, jakim jest moja żona.

Marta Borkowska-Olszewska:

Mąż motywował mnie do działania i dodawał siły. Podobnie jak ja jest optymistą i widzi świat w różowych barwach. Rzadko zasięgam jego opinii w sprawach związanych z prowadzeniem firmy, ponieważ uważam, że każde z nas ma swą przestrzeń zawodową. Staramy się też nie przynosić do domu problemów związanych z pracą. Mąż wspiera mnie we wszystkim, co robię. To wsparcie jest bardzo cenne, motywuje i dodaje sił do dalszych działań. Czasami udziela mi konstruktywnych porad, ale przede wszystkim jest moim przyjacielem. Mamy wspólne zainteresowania. Oboje gramy na fortepianie i muzyka jest na co dzień obecna w naszym życiu. Nie wyobrażam sobie życia bez pracy, bez samorealizacji i satysfakcji, jaką daje mi to, co robię. Harmonia między sferą prywatną a zawodową jest w życiu najważniejsza. Jeśli to uda się nam osiągnąć - a mnie się udało - to właśnie jest sukces.

Zawsze wyróżniała się z tłumu

Jerzy Paweł Nowacki, dr n. technicznych PAN, rektor Polsko-Japońskiej Wyższej Szkoły Technik Komputerowych

Izabela Jaruga-Nowacka, etnograf, polityk, wicepremier w rządzie Marka Belki, poseł V kadencji Sejmu

Jerzy Nowacki:

Poznaliśmy się w 1972 roku. Była i jest jedną z piękniejszych kobiet. Wyróżniała się z tłumu. Studiowaliśmy na tym samym uniwersytecie, choć na innych wydziałach. Zawsze miała swoje zdanie i była wrażliwa społecznie. Przez pierwszy okres naszego małżeństwa zajmowała się pracą naukową i wychowywaniem naszych córek. Jej system ocen i wartości został ukształtowany bardzo wcześnie, wyniesiony z domu i podobny do mojego. Zarówno jej, jak i mój ojciec działali w PPS-ie. Nasz rodowód jest lewicowy.

Po 1989 roku, kiedy zmieniła się sytuacja w kraju, żona zostawiła pracę naukową i włączyła się w nurt działalności społecznej i politycznej. Teraz mogła zrobić coś więcej dla naszej upragnionej demokracji. Spełniły się przecież nasze wspólne marzenia. Wybór był oczywisty. Ja polityką zawsze się interesowałem, ale z dystansu.

Wydarzenia polityczne, w których uczestniczyła, podejmowanie kluczowych decyzji odbijało się na naszym życiu codziennym. Kiedy była wicepremierem, mieliśmy najmniej czasu dla siebie. Po raz pierwszy nie wyjechaliśmy na wakacje, a zawsze razem spędzamy urlop. Odbiło się to też na naszym życiu towarzyskim. żona pracowała po 14-16 godzin dziennie, nie upiekła żadnego placka, ale śniadania nadal jedliśmy razem. Nasza prywatność była bardzo ograniczona, ale dawało mi satysfakcję, że żonę spotkało takie wyróżnienie i praca w najważniejszych instytucjach demokratycznych. Byłem z niej dumny. Cieszyłem się, że współdecyduje o losach państwa.

Kiedyś, w czasie brydża, sprowokowany do odpowiedzi, jakie cechy u żon są najważniejsze, zażartowałem, że żona musi być robotna.

Cenię w niej też konsekwencję i mądrość. Realizuje swoim życiem swoje zasady moralne. Nigdy nie czułem, że jestem w jej cieniu, zdominowany przez nią. Nasze sfery działań zawodowych są niezależne - ja ze swojej jestem bardzo zadowolony.

Izabela Jaruga-Nowacka:

Rozmawiam z mężem przed podjęciem każdej istotnej decyzji. Jest mi to potrzebne. Idziemy na spacer i ta rozmowa pomaga mi samej ze sobą dojść do porozumienia. Potrzebuję takiej porady. Jerzy niezwykle trafnie formuje pytania, zmusza do przemyśleń. Niektóre wybory są bardzo trudne, a ja do męża nie tylko mam zaufanie, ale też wierzę w jego intelekt. Potrafi jasno wyznaczyć kierunek działań. Jerzy jest osobą wielkiej dobroci, łagodności, ale i mądrości. Nigdy mnie nie krytykuje, ale jeśli pytam go o ocenę moich działań, jest skłonny podzielić się refleksją. Natomiast jest skory do gratulowania, jeśli coś mi się uda. Niełatwo przeżyć ze sobą 30 lat i być dla siebie atrakcyjnym, a dla mnie on jest. Jest ciekawy świata, dużo czyta. Jego wiedza prawie codziennie mnie zaskakuje. Choć z wykształcenia jest matematykiem, to w życiu jest humanistą. Potrzebuję partnera, który mnie fascynuje i jest dla mnie autorytetem. Myślę, że Jerzy, który założył jedną z pierwszych w Polsce szkół uczących praktycznego wykorzystywania wiedzy komputerowej, zostawi na ziemi trwalszy ślad niż ja, która piastowałam urząd wicepremiera.

Powinna dostać Nobla... za ukraiński barszcz!

Grzegorz Litwinienko, dr nauk chemicznych

Maria Ciemerych--Litwinienko, dr nauk biologicznych, laureatka stypendiów FNP, "Polityki" oraz L'Oréal Polska. Brała udział w badaniach nad cyklinami D, które przyczyniły się do odkrycia roli tych białek w rozwoju zarodkowym ssaków oraz namnażaniu się komórek rakowych. Daje to nadzieję na opracowanie nowych metod leczenia m.in. raka.

Grzegorz Litwinienko:

Sukces w nauce - o tym można powiedzieć, gdy człowiek znajdzie się w podręcznikach... ale to chyba jeszcze nie dotyczy mojej żony? Publikacje naukowe w dobrych czasopismach są nieodłącznym elementem działalności naukowej i jest to efekt ciężkiej pracy. Awans naukowy jest również takim elementem. Oczywiście jest to powód do radości, tak jak powodem do radości jest brak porażek.

Chociaż bardzo bym się starał, nie będę nigdy miał osiągnięć w badaniach nad funkcjonowaniem komórek - ponieważ nie jest to moja specjalność badawcza. Nie zazdroszczę więc żonie osiągnięć w tej dziedzinie. Jeśli mowa o czymś zbliżonym do zazdrości, to zazdroszczę jej, że ma prawo jazdy... a ja dopiero zrobię.

Zresztą wszystkie osiągnięcia naukowe mojej żony bledną w porównaniu z jej osiągnięciami kulinarnymi! Barszcz ukraiński, sernik oraz niektóre specjały kuchni francuskiej - za to moja żona powinna otrzymać Nagrodę Nobla! Oczywiście z osiągnięć niekulinarnych też jestem dumny i je doceniam, a nawet wspieram, w myśl zasady, że "najlepsza pomoc to nieprzeszkadzanie".

Oboje jesteśmy pracownikami naukowymi, więc jedziemy na tym samym wózku. Każde z nas zrozumie problemy związane z pracą naukową i dydaktyczną współmałżonka i wspieramy się nawzajem w ich rozwiązywaniu. Lecz gdybyśmy obydwoje byli ogrodnikami, rolnikami, nauczycielami, rencistami albo artystami cyrkowymi, też byśmy zapewne rozumieli swoje problemy.

Z działalnością naukową związane są wyjazdy i to jest dla nas rzecz naturalna. W każdej pracy można być wyrobnikiem i pracować od 8 do 16. Można również być zaangażowanym, pracować z powołania. Jeśli jedno z nas wyjeżdża na miesiąc lub dwa, to dlatego, że taka podróż ma konkretny cel, którego realizacja jest czymś intrygującym, pasjonującym, otwiera nowe perspektywy. Jestem pewien, że podróże w celu naukowym są znacznie bardziej bezpieczne niż kilkumiesięczne wyprawy w Himalaje lub rejsy dookoła świata. Te to dopiero potrafią odmienić ludzkie życie...

Czy mam duży wpływ na decyzje, które podejmuje żona? Niestety, nie mogę jej pomóc w specjalistycznych kwestiach naukowych. W kwestiach ubierania się też nie. Nie udało mi się też namówić jej do przeczytania dzieł wszystkich Szekspira. Bezskutecznie też namawiam ją do słuchania Prokofiewa i Strawińskiego (żona woli muzykę dawną). Wychodzi na to, że ma silną osobowość i nie ulega tak łatwo wpływom, nawet ze strony własnego męża.

Cenię w żonie szczerość, pogodę ducha, poczucie humoru, zdrowy stosunek do ludzi, jej doskonałe zdolności organizacyjne, a także umiejętność nawiązywania kontaktów z osobami widzianymi po raz pierwszy.

Maria Ciemerych-Litwinienko:

Nie zgadzam się z poglądem, że odniosłam sukces. Może mam więcej przebojowości i tupetu niż mąż, ale to on jest bardziej kreatywny i ma znaczne osiągnięcia w swojej dziedzinie naukowej. Mąż bywa moim pierwszym recenzentem, przed nim mam najmniej oporów. Nie boję się, że się zbłaźnię. Czasem recenzuję pierwsze wersje jego prac, ale to, czym się on zajmuje (antyutleniacze), jest dla mnie zrozumiałe jedynie na poziomie popularnonaukowym. Oboje nie pochodzimy z wygodnych rodzin i nie wygoda życia jest dla nas najważniejsza. Działalność naukowa daje nam coś, co jest o wiele ważniejsze. Swobodę myślenia, decyzji. I to jest pociągające! Moja praca to moja pasja, choć trzeba jej poświęcić mnóstwo czasu i zaangażowania. U męża najbardziej cenię spokój połączony z dystansem do rzeczywistości. Ja jestem ekstrawertykiem, on introwertykiem. Dlatego nie udaje mi się wyprowadzić go z równowagi. Daje mi poczucie bezpieczeństwa i opiekę. Jest po prostu dobrym człowiekiem.

Więcej o: