Jazda samochodem - typowe pole małżeńskich niesnasek. Aż dziw bierze, dlaczego akurat ten problem (zdawałoby się dość niewinny w porównaniu z rodzinnym budżetem, wychowaniem dzieci czy seksem) budzi aż takie namiętności. Właściwie wszystkie znane mi pary, które dorobiły się samochodu, popadły w ostry, wciąż odnawiający się konflikt. Kłócą się w trakcie jazdy, obrażają na siebie, każde kieruje do partnera najcięższe zarzuty. Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, żeby domyślić się, że chodzi o coś więcej.
Jaki jest typowy przebieg zdarzeń? Asia i Paweł, których znam już wiele lat, często razem wyjeżdżają gdzieś za miasto, zabierając albo swoje dzieci, albo jakąś osobę z dalszej rodziny, czasem spośród przyjaciół. Byłam z nimi na wycieczce trzy razy i twardo postanowiłam, że więcej nie pojadę. Dlaczego? Bo mam dosyć zjadliwych dialogów typu: "Czy ty już całkiem oszalałeś i chcesz nas zabić?", "Oszalałem, oszalałem! Co ja jestem, stara babcia, żebym miał jeździć 20 kilometrów na godzinę?", "Uwielbiasz mieć mi za złe, co?", "Odczep się ode mnie, dobrze?", "Przecież się boję!", "To może wolisz iść na piechotę?".
Sytuacja powoli zaczyna dojrzewać do rozwodu, i tak za każdym razem: Asia milczy obrażona, Paweł wściekły zaczyna jechać jeszcze szybciej. W lesie czy nad jeziorem albo u znajomych, których postanowili odwiedzić, nie odzywają się do siebie, przechodzi im dopiero nazajutrz albo jeszcze następnego dnia, a przy kolejnej samochodowej wyprawie scenariusz powtarza się z niesłabnącą energią i temperaturą emocjonalną.
A skoro nie chodzi tylko o szybką jazdę samochodem, to o co? Asia mówi wprost: "On nie liczy się z moimi uczuciami", a więc czuje się przez męża lekceważona, skoro nie jest gotów zrobić dla niej rzeczy tak niewielkiej jak zmniejszenie szybkości jazdy. "Nie mam przy nim poczucia bezpieczeństwa" - dodaje.
I rzeczywiście, jeśli przyjrzeć się uważnie ich małżeństwu, znalazłoby się kilkanaście innych ważnych spraw, gdzie podobna różnica jest wyraźnie widoczna, na przykład: czy pozwolić dzieciom na odważne wakacje (w Tatry pod namiot tylko z rówieśnikami) albo czy wziąć kredyt i zainwestować, licząc na to, że konto znów się zapełni.
Są dni, kiedy Asia nie sypia z przerażenia, że dzieciom może stać się coś złego albo że rodzina zostanie bez zabezpieczenia finansowego. To podobne uczucia do tych, jakie przeżywa podczas wspólnej jazdy samochodem, po której wysiada zdrętwiała ze strachu i długo nie może dojść do siebie. Paweł czasem sobie z niej pokpiwa, a czasem, kiedy jest bardzo zły, rzuca krótkie: "Histeryczka". W innych sprawach trudno jej się zbuntować, więc nagromadzony zapas buntu i niezgody znajduje ujście w miejscu mniej istotnym, czyli w awanturach samochodowych.
Kiedy powiedziałam Asi, że dla mnie jej mąż też jeździ za szybko, zaczęła mnie wypytywać, dlaczego się tak zachowuje: "Może on tak specjalnie?". I tak, i nie. Bo jeżeli "specjalnie" oznacza przeciwko Asi, żeby ją rozzłościć czy poniżyć, to najwyraźniej Paweł nie ma takiego zamiaru. Jeżeli natomiast "specjalnie" to tak, żeby coś przez to pokazać czy udowodnić, to prawdopodobnie o to Pawłowi chodzi.
Ten cel wydaje mi się banalny - myślę, że chce on udowodnić sobie i otoczeniu, że jest prawdziwym mężczyzną. Tacy jeżdżą szybko i ostro, nie ulegając lękom i nie przyznając się do nich. A ponieważ tak naprawdę Paweł jest zgodny, dobry i czuły, też wybiera do potwierdzenia się w męskiej roli obszar w gruncie rzeczy mało ważny, a więc kłótnie podczas jazdy. Można powiedzieć, że w pewnym sensie takie kłótnie są w tym małżeństwie odgromnikiem, czy może raczej zaworem bezpieczeństwa, pozwalającym rozładować napięcia nie niszcząc więzi.
Swoją drogą może warto było uprzytomnić Asi, że - upominany co chwila - jej mąż czuje się krytykowany i niesprawiedliwie obrzucany zarzutami, które w jego przekonaniu nie mają cienia sensu. On przecież też zastanawia się: "Czy ona tak specjalnie?", żeby rozzłościć go i upokorzyć. Dlatego większą szansę dotarcia do Pawła mają argumenty typu: "Bardzo się boję, nawet jeżeli to jest nieracjonalne" czy "Tracę całą radość z naszej wspólnej wycieczki, którą przecież zaplanowaliśmy dla przyjemności". Natomiast komentarze z gatunku: "Czy ty zgłupiałeś..." albo "Opanuj się wreszcie", raczej go rozzłoszczą i nie będą w stanie skłonić do przyjęcia chociaż w niewielkim stopniu punktu widzenia Asi.
A sytuacja wymaga próby zrozumienia drugiej strony, ponieważ generalnie kobiety i mężczyźni mają inaczej ustawiony poziom bezpieczeństwa. Zapewne jest to kwestia odmiennego sposobu wychowania, ale zazwyczaj w kobiecie łatwiej wzbudzić poczucie zagrożenia, a jej działania są nastawione na ochronę przed niebezpieczeństwem, stabilizację, pewność.
Natomiast mężczyźnie takie działania jawią się jako niezrozumiałe i niepotrzebne, przesadne, czasami wręcz chore. Oczywiście, są tchórzliwi asekuranci i brawurowo odważne ryzykantki, są też pary, które nie różnią się pod względem poziomu bezpieczeństwa. Częściej jednak mamy do czynienia z sytuacją, jaką odtwarzają wciąż od nowa Asia i Paweł, uważając sposób przeżywania drugiej strony za nienormalny, absurdalny i wymagający natychmiastowej zmiany.
Pewnie uspokoiłoby ich nieco, gdyby spróbowali poznać nawzajem swoje racje. Mogliby przekonać się, że każde z nich jest - jak mawia pewien mój znajomy - "inaczej urządzone" i można tego nie lubić, ale trzeba się z tym liczyć.
A Asię muszę przy najbliższej okazji namówić na prosty zabieg logiczny: niech sprawdzi bardzo dokładnie, ile razy - przy swojej szybkiej jeździe - Paweł spowodował wypadek czy kolizję drogową. I czy w ogóle z wyjątkiem jej lęku cokolwiek złego z tego kiedykolwiek wynikło?