Z Agnieszką Major, psychologiem i założycielką londyńskiego stowarzyszenia polskich psychologów (Polish Psychologists' Club), rozmawia Magdalena Gignal
Po co w Londynie tylu polskich psychologów? Emigracja jest aż tak stresująca? Na emigracji jesteśmy narażeni na stres tak samo jak w kraju rodzinnym. Inne są tylko czynniki, które go wywołują. Największy problem stanowi zazwyczaj bariera językowa. Do tego dochodzi inna kultura, obyczaje, tryb życia, również prawo, którego nieznajomość prowadzi często do nieprzyjemnych sytuacji. Zdarza się, że mężczyźni trafiają do więzienia za molestowanie na tle seksualnym, podczas gdy ich zachowanie wydawało się im zaledwie niewinną zaczepką. I za taką prawdopodobnie uchodziłoby w kraju. Dodatkowo praca poniżej kwalifikacji i mieszkanie w warunkach gorszych niż te, do których przywykliśmy, wpływają na obniżenie poczucia własnej wartości. Ten sam efekt przynoszą wygórowane oczekiwania bliskich zostawionych w kraju.
Wydawałoby się, że bliscy będą raczej wspierać emigrantów Wielu moich pacjentów pochodzi z biednych rodzin, z małych miasteczek. W Polsce zostawili niepracujących rodziców, którzy ciągle proszą ich o pieniądze. Na prąd, na jedzenie, na ubranie, również na alkohol. Mamy tu do czynienia z częstym zjawiskiem wyuczonej bezradności, a czasem również szantażu emocjonalnego. Brutalne: 'Nie dasz mi, to umrę z głodu', nie należy wcale do rzadkości. W Polsce, zwłaszcza w środowiskach małych miasteczek, panuje przekonanie, że za granicą pieniądze leżą na ulicy. Rodzinie emigranta wydaje się, że 200 funtów na tydzień to dla niego pestka. On stara się zadowolić bliskich. Nie dopuszcza możliwości odmowy - nie tak go wychowano. Jeśli odmówi, zje go poczucie winy.
A jeśli nie odmówi, rodzina wejdzie mu na głowę? To druga typowa sytuacja. Taki pacjent pochodzi najczęściej z wielodzietnej rodziny. Oczekuje się od niego, że - skoro udało mu się 'ustawić' za granicą - pomoże wszystkim braciom i siostrom. Więc ściąga do siebie kolejnych członków rodziny, upycha ich w ciasnym mieszkanku, płaci za jedzenie, rachunki i coraz bardziej ma dość. Albo inaczej - nikt do niego nie przyjeżdża, ale wszyscy oczekują pomocy materialnej, bo 'rodzeństwo musi trzymać się razem'. Ci nie proszą o pieniądze, ale o komputer dla siostrzeńca, rower dla bratanicy. Jeśli emigrant nie potrafi sprostać tym oczekiwaniom, jego samoocena spada.
I trafia wtedy do psychologa? Do psychologa trafiają tylko ci, którzy z tym stresem sobie nie radzą. Bo emocje związane z wyjazdem do innego kraju wcale nie muszą być negatywne. Emigrację można porównać do narodzin dziecka. Cieszymy się, ale też obawiamy, czy poradzimy sobie z nowymi obowiązkami. Jesteśmy zestresowani w pozytywnym sensie. Taki stres nazywa się eurostresem. Eurostresu możemy też doświadczyć w zetknięciu ze zmianą pracy czy kupnem
mieszkania. To, czy pobudzi nas on do działania, czy spowoduje problemy, zależy od naszej osobowości i nastawienia.
Osoby myślące o wyjeździe są chyba nastawione na przeżywanie stresu? Ależ skąd! Gdyby przygotowywały się na to, że za granicą czekają na nie problemy, pewnie zostałyby w kraju. Do mnie trafiają zwykle ci, którzy wyjeżdżając, mieli wizję raju. Jedna z moich pacjentek przyjechała do Londynu, bo przez dwa lata obserwowała, jak jej sąsiadka emigrantka wraca do domu w coraz to lepszych ciuchach, remontuje kuchnię i wymienia okna. Sąsiadka barwnie opowiadała o swojej karierze na Wyspach. Moja pacjentka przyjechała w stanie euforii. Wierzyła, że i jej się uda. Tymczasem okazało się, że sąsiadka robi 'karierę' w domu opieki społecznej, a o pracę bez znajomości angielskiego wcale nie jest łatwo. Minął jeden, drugi tydzień i zaczęła się załamywać. 'Wszystkim, którzy wyjechali, się powiodło, tylko ja jestem takim nieudacznikiem' - myślała.
Skoro przeceniła swoje siły, powinna jak najszybciej wrócić? Niekoniecznie. Może spróbować przebudować swoją wizję raju. Inny pacjent był w Polsce szefem oddziału dużej firmy. Firma zaczęła przynosić straty i zamknęła oddziały. Dobrze wykształcony mężczyzna w średnim wieku nagle został bez pracy. W swoim miasteczku o znalezieniu nowej nie miał co marzyć. Przyjechał do Londynu z założeniem, że będzie pracował w zawodzie i świetnie zarabiał. Tymczasem pracuje na budowie. Jego angielski okazał się za słaby. Na początku się załamał. Teraz już jest lepiej - postawił sobie nowy cel. Uczy się języka i chce spróbować zmienić pracę za pół roku.
Nie każdy ma tyle siły To prawda. Mam 30-letnią pacjentkę, która jest ekspedientką w polskim sklepie, ale nie znosi swojej pracy. Do Polski nie ma po co wracać, nic tam na nią nie czeka. Popadła w stan niemocy, zmusza się, żeby wstać rano z łóżka. Chce rzucić pracę, ale nie potrafi. Każda błahostka urasta do rangi problemu - klient spojrzy nie tak, menedżer skrytykuje ustawienie towarów i już jest powód do płaczu. Chciałaby coś zmienić, ale na razie nie ma na to sił. Wielu moich pacjentów nie brało pod uwagę, że wyjazd oprócz większych pieniędzy niesie ze sobą również skutki uboczne. Nawet ci, którzy słyszeli, że nie wszystkim się powiodło, nie dopuszczali do świadomości, że to samo mogłoby spotkać ich.
I wizja raju w końcu umiera? Ona nie zdążyła jeszcze na dobre się rozwinąć. W ciągu ostatnich kilku lat trafiają do mnie pacjenci, którzy wyemigrowali zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Nie przeszli jeszcze procesu adaptacyjnego, a już mają somatyczne objawy stresu - bóle brzucha, migreny, natręctwo myśli, bezsenność. Pierwsze ciężko zarobione pieniądze wydają na psychologa. To dla mnie nowość. 'Stara' emigracja, czyli grupa, która wyjechała przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej, odwiedzała psychologa, kiedy chciała popracować nad osobistym rozwojem. Teraz mam co tydzień kilku pacjentów, którym lekarz rodzinny już zapisał silne leki.
Może faktycznie tych leków potrzebują? Najczęściej nie. W Wielkiej Brytanii trzeba niewiele, żeby dostać receptę na środki psychotropowe. Taka sytuacja spotkała moją klientkę, która trafiła do lekarza pierwszego kontaktu z początkami depresji. Ma w Polsce przyjaciółkę lekarkę. Kiedy przeczytała jej nazwę leku, który zapisał jej lekarz, dowiedziała się, że to odpowiednik polskiego relanium. Przeraziła się: "Jestem nienormalna". Przyjaciółka doradziła psychologa. Na pierwszej wizycie chciała upewnić się, że etykietka, którą sobie przypisała, jest prawidłowa. Na drugiej udało jej się wytłumaczyć, że może poradzić sobie ze swoimi problemami. Na szczęście pacjentka była ostrożna. Polacy generalnie są ostrożni. Zanim łykną tabletkę, wolą najpierw porozmawiać.