W pętli

Miałam klientkę, która zadłużając się, mówiła:'Mąż nie rozumie, że ja na studniówkę nie mogę posłać córki w starej spódnicy, przecież ona tak dobrze się uczy'
Jako przedstawiciel Providenta udzielała pani "szybkich pożyczek" tak intensywnie reklamowanych ostatnio w mediach. Na czym polegała pani praca?

Do moich obowiązków należało znalezienie klienta, ocena, jak wysokiej mogę udzielić mu pożyczki, i cotygodniowe wizyty u niego w mieszkaniu, żeby odebrać kolejne spłaty. W czasie, gdy tam pracowałam, Provident w mediach reklamował się tylko przed świętami Bożego Narodzenia. Każdy przedstawiciel dostawał stos ulotek do roznoszenia po domach i plakatów do rozwieszania w obsługiwanym przez siebie terenie. Na dole plakatu były tak zwane rybki, paski do odrywania, wpisywałam tam numer swojej komórki. Plakatowanie było stresujące, bo nie mogłam dać się złapać - obowiązywał już wtedy zakaz - przez policję czy straż miejską. Raz wpadłam i musiałam zapłacić mandat. Na szczęście policjanci ulitowali się i dali tylko 30 zł kary, choć mogli 500. Przy moich zarobkach to było i tak dużo. Kierownik ani okiem nie mrugnął, żeby firma mi to zwróciła. Teraz chyba zakaz oblepiania miasta jest jeszcze bardziej przestrzegany, bo nie widuję już na ulicach plakatów Providenta. Najwyraźniej musieli z tego zrezygnować, więc poszli w reklamę telewizyjną.

Jak pani trafiła do tej pracy?

Kiedyś pożyczyłam u nich tysiąc złotych, wolałam to, niż prosić znajomych. Spłacałam regularnie, więc zaproponowali, bym została ich agentem. Zgodziłam się, to był dla mnie trudny okres: bez pracy, bez szans na znalezienie dodatkowego zajęcia, z rentą niecałe 400 zł. Początkowo klientów miałam kilkunastu, a że dostawałam 3 zł od każdych 100 zł zwróconej pożyczki, zarabiałam śmieszne sumy. Provident nie gardzi pożyczkami typu 500 zł, od czego tygodniowa rata wynosiła 16 zł 50 gr. Te 50 gr to był mój zarobek. Po trzech latach, gdy wychodziłam sobie 80-85 klientów, miałam po potrąceniu podatku i składek ZUS na rękę między 500 a 600 zł. Ale dojazdy to był mój koszt, zdarzało się więc, że chodziłam na piechotę. Komórkę musiałam mieć własną, sama za nią płaciłam, nie wolno mi jej było jednak wyłączyć, bo mógł zadzwonić klient albo ktoś z kierownictwa. Za taką płacę na przedstawiciela do Providenta idą wyłącznie ludzie, którzy znaleźli się pod ścianą. Kandydat nie musi mieć żadnych kwalifikacji, jedynie zaświadczenie o niekaralności i referencje od byłego pracodawcy. Jeśli nigdzie nie pracował, to też nie problem, wystarczy polecenie od kogoś, kto go zna. Po trzech miesiącach okresu próbnego zdaje się egzamin i wtedy może już samodzielnie udzielać pożyczek. Ja w ciągu tygodnia obracałam sumą mniej więcej 5 tys. zł. Gdybym je zgubiła albo ktoś mnie okradł, musiałabym to zwrócić. Większość przedstawicieli to ludzie z mniej niż średnim wykształceniem, często byli klienci, najczęściej panie w średnim wieku. Ja też miałam ich wyławiać spośród tych, którym udzielałam pożyczek.

Udało się pani kogoś złowić?

Jedną klientkę, która zarabiała jako sprzątaczka w biurze, z mężem była skonfliktowana i ciągle żaliła się, że nie ma za co spłacać rat. Zapytałam, czy nie chciałaby dorobić. Chciała. I z tego, co zarobiła, spłacała pożyczkę w Providencie. Inny polecony przeze mnie na przedstawiciela klient po trzech miesiącach wzorowej pracy zapił i nie był w stanie przyjść na bankowanie, to jest cotygodniowe bilansowanie otrzymanych wpłat z udzielonymi pożyczkami.

Dla pani praca w Providencie to był pełen etat?

Tak, ale to nie był etat, tylko umowa-zlecenie. Nie przysługiwał mi urlop, nie mogłam iść na zwolnienie.

Pracowała pani pięć lat i nie zaproponowano pani etatu?

Bo z etatu trudniej człowieka zwolnić. A to przecież było pospolite ruszenie ludzi niewykwalifikowanych, nie zawsze odpowiedzialnych, często infantylnych. Była olbrzymia rotacja przedstawicieli, jedni odchodzili, innych trzeba było zwalniać. Bo a to ktoś brał dla siebie pożyczki na konto klientów, a to uległ pokusie, żeby sobie z tego, co uzbierał w ciągu tygodnia, pożyczyć na zero procent (mogliśmy brać pożyczki, ale na tych samych zasadach co inni) i przy niespodziewanej kontroli mu się nie zbilansowało, a to pozorował, że go okradli, a jeden to nawet sfingował napad na siebie z takim poświęceniem, że rozbił sobie sam głowę. Provident nie nagłaśnia takich przypadków, tylko rozwiązuje umowę ze skutkiem natychmiastowym. Tak z przedstawiciela delikwent staje się dłużnikiem i przejmuje go dział windykacji. Słyszałam o co najmniej kilkunastu takich przypadkach. Pracowałam po kilkanaście godzin, czasem kończyłam po 21, pięć dni w tygodniu, również w soboty, a bywało, że i w niedzielę, bo w weekend najłatwiej zastać klienta w domu. Za to środy zrobiłam sobie wolne. Proszę 85 klientów podzielić przez pięć, wychodzi 17 osób dziennie. A do niektórych dłużników chodziłam po kilka razy, bo umawiałam się, a potem całowałam domofon. Jeśli nie było klienta w umówionym czasie, próbowałam go zaskoczyć o jakiejś innej porze, zaczaić się, kiedy wracał z pracy. Kiedyś w MarcPolu spotkałam takiego, który mnie unikał. Krzyknęłam na cały sklep, kiedy spłaci ratę, powiedział, że zaraz pójdzie do bankomatu sprawdzić, czy ma już pieniądze, i tyle go widziałam. Rzetelnych klientów było niewielu.

Nie przepadali za pani wizytami?

Mnie akurat okazywali sympatię, choć wcale taka sympatyczna nie byłam, bo przede wszystkim musiałam być skuteczna. Myślę, że traktowali mnie trochę jak psychoterapeutkę. Zwierzali się z najbardziej intymnych spraw, czasem wstyd było słuchać: szczegóły chorób, problemy seksualne, zdrady i inne dramaty. A jakich scen małżeńskich się naoglądałam. Czasem długo nie mogłam dojść do siebie, jeszcze wieczorem w domu kłębiło mi się to w głowie.

Co z tymi, którzy nie wywiązywali się ze spłat?

Też przejmował ich dział windykacji, a jak ludzie od ściągania trudnych długów nie poradzili, sprawy oddawano do sądu. Ale o tym wiem niewiele, to już nie był mój problem. Mój problem był, żeby klienci mnie nie oszukali.

A próbowali?

Tak, raz nawet okradli mnie z portfela. Klientka próbowała mi wmówić, że schowałam już pieniądze do torebki, ale człowiek nauczył się mieć oczy wkoło głowy. Zauważyłam, jak ona nieudolnie chowa pieniądze pod serwetą i wyciągnęłam je stamtąd. Inna z kolei umówiła się ze mną na ulicy, było już ciemno, i tam wręczyła mi zwitek banknotów. Pewnie myślała, że pobiegnę dalej, a potem już się nie połapię, dlaczego nie zgadzają mi się rachunki. Tylko że ja miałam akurat przerwę, bo wypadł mi jakiś klient i wróciłam do domu. Wyjęłam pieniądze i zbaraniałam, brakowało 50 zł. Dzwonię do niej i mówię: 'Pani sprawdzi, ile ma pani pieniędzy w portfelu'. Usiłowała rżnąć głupa: 'Ale dlaczego?'. 'Pani nie pyta, pani sprawdzi'. I przyznała się. Obie je zresztą bardzo lubiłam. Ja zawsze starałam się jakoś wyglądać, w związku z czym ludzie mogli mieć błędne wyobrażenie o moich zarobkach w Providencie i mojej stopie życiowej. Może myśleli, że to nie grzech taką babę okraść, w końcu to oni byli ci biedni, zapożyczeni.

A zdarzało się, że ktoś spłacił dług wcześniej?

Po co? Chyba żeby już mnie więcej nie oglądać, bo i tak procenty wszystkie co do grosza musiał zapłacić. Firma nie lubiłaby takiego klienta. Przecież chodzi o to, żeby go przytrzymać, wmówić mu kolejną pożyczkę. Stały klient to czysty zysk. Jest sprawdzony, niczym nie zaskoczy. Sami stali klienci to marzenie Providenta.

Dwa miesiące temu w Katowicach zamordowano agentkę Providenta, wcześniej też były takie przypadki. Czy pani zetknęła się z agresją klientów?

Chyba raz tylko. Podpity facet wpienił się, gdy powiedziałam mu, że nim dostanie pożyczkę, musi przynieść zaświadczenie z pracy o zarobkach. Wzięłam nogi za pas. Ale prawdę mówiąc, bardziej przestraszyłam się, jak jeden klient rzucił się do całowania. Też musiałam uciekać.

A jak Provident reagował na wiadomość o zabójstwach przedstawicieli?

Polityka firmy jest taka, że przedstawiciel ma sobie radzić sam. My nie mieliśmy nawet żadnych legitymacji, żadnych znaczków, o co klienci nieraz mieli pretensję. Po tych zabójstwach wydano nam gadżecik - mieliśmy przyczepić go torby - który, jak się pociągnęło za spust, zaczynał piszczeć, zresztą niezbyt głośno. Poczucia bezpieczeństwa to nie dawało. I jeszcze kierownicy tłumaczyli na szkoleniu - oni uwielbiali wielogodzinne szkolenia, które dla nas były stratą czasu, ale przecież oni musieli się czymś wykazywać - że jak klient zachowuje się agresywnie, trzeba wycofywać się pomału, nie odwracając do niego tyłem. I tym podobne oczywistości. A jak ktoś się boi - usłyszeliśmy - może się ubezpieczyć, na własny koszt. Czysta komedia odgrywana przez kierowników.

Kierownicy w Providencie to świat zdominowany przez mężczyzn - nie było wśród nich ani jednej kobiety - najczęściej młodych, po studiach. Mają służbowe samochody, służbowe komórki i premię od naszej pracy, czyli od tego, ile przyznamy pożyczek i jaka będzie ich ściągalność. Każdy ma pod sobą 10-12 przedstawicieli. 95 proc. przedstawicieli to panie w średnim wieku, kierownicy odnoszą się do nich nieuprzejmie, by nie powiedzieć po chamsku.

Co należało do obowiązków kierowników?

Sprawdzanie przedstawicieli. Na dzień dobry daje się klientowi książeczkę, do której trzeba wpisać, czy w danym tygodniu wpłacił ratę. Jeśli klient odsyła mnie z kwitkiem, mam obowiązek to odnotować. Potem komputer, do którego ktoś w biurze wpisywał raporty przedstawicieli, wypluwa te dane kierownikowi i on może przedstawiciela sprawdzić, objechać wybranych klientów, zobaczyć, jak prowadzone są książeczki i czy zapisy w nich zgadzają się z pieniędzmi, które powinnam mieć w domu. To z tych pieniędzy, które uzbierałam, przyznawałam nowe pożyczki, a jak mi brakowało - brałam czek z administracji. Przez cały tydzień trzymałam pieniądze Providenta - obracałam mniej więcej 5 tys. zł - i odpowiadałam za ich bezpieczeństwo. Ale za nietrafnie udzielone pożyczki nie odpowiadałam finansowo, choć kierownik nie był uszczęśliwiony. Raz w tygodniu - zawsze w poniedziałek - bankowałam się. Nam też płacili w systemie tygodniowym, więc odbierałam sobie swoje 3 proc. Sprawdzić mnie mogli każdego dnia i o każdej porze.

Klientów nie odstraszał bardzo wysoki procent, aż 70 proc. w skali roku?

No tak, ale to nigdzie nie było czarno na białym napisane. Oczywiście, klient widział, że pożycza tysiąc, a musi spłacić 1,7 tys. zł. Ale nikt procentu z tego nie wyliczał. Ci, którzy biorą pożyczki w Providencie, rzadko nawet czytają umowę. Spieszy im się do gotówki, która rzeczywiście wypłacana jest w ciągu kilku godzin od zgłoszenia.

Bez biurokracji i zbędnych formalności?

Tak.

Nie sprawdza się zdolności kredytowej?

Przedstawiciel ma klienta oceniać na czuja, po rozmowie, wyglądzie mieszkania. Może, choć nie musi, poprosić o zaświadczenie o zarobkach. Ja nie zadowalałam się jakością sprzętu AGD, zawsze pytałam, ile zarabia pożyczkobiorca, ile reszta rodziny, czy mają jakieś dodatkowe dochody. Na tej podstawie podejmowałam decyzję. Już po moim odejściu zdarzyła się taka historia: przedstawicielka znalazła świetnego, zdawałoby się, klienta - elegancki starszy starszy pan z zasobnym domem, z dywanami, obrazami, gigantycznym telewizorem. A jak przyszła po pierwszą ratę, zastała faceta zalanego w sztok w mieszkaniu nie do poznania, bo ogołoconym ze wszystkich mających jakąś wartość rzeczy.

Sprzedał je?

A skądże, nie były jego, wypożyczył na wizytę przedstawiciela, żeby uzyskać większy kredyt. Nie wiem, czy potem spłacał sumiennie raty. Mnie zresztą też trafił się oszust. Pokazał mi umowę wynajmu mieszkania - Provident nie wymagał od klienta, żeby mieszkał w miejscu zameldowania - a kiedy poszłam tam po tygodniu, właściciel lokalu oświadczył, że nikt taki u niego nie mieszka. Pewnie tak się wcześniej umówili. I sprawa poszła do windykacji.

Na szkoleniach uczono panią podejmowania trafnych decyzji, przestrzegano, jak ustrzec się przed oszustami...

Główny nacisk kładziono raczej na to, jak zachęcać klientów do pożyczania, mówili, kiedy można dać pożyczkę na zakładkę, a komu można dać kolejną, drugą, trzecią czy nawet czwartą...

Na zakładkę?

Po spłaceniu 70 proc. klient może dostać kolejną pożyczkę, z której część idzie od razu na spłacenie pozostałości po poprzedniej. Wszyscy kierownicy kochali takie akcje, bo od razu w danym miesiącu mieli lepszy wynik, to jest ściągalność, no i klient zostawał w systemie. Miałam taką sytuację, że klientka nie spłaciła nawet połowy pożyczki, a chciała następną. Tłumaczyłam, że mogę jej refinansować dług, dopiero gdy spłaci 70 proc., a ona w płacz. Więc mówię, że mogę dać pożyczkę na męża, ale proszę, żeby się zastanowiła. Wiem oczywiście, że nie powinnam zniechęcać klienta, ale razem z nią liczę, jaka będzie spłata w skali miesiąca, i sprawdzam, czy dadzą radę spłacać. Jest na styk. Oczywiście, biorą tę drugą pożyczkę, a za kilka miesięcy znów są bez pieniędzy. Mieli niepełnosprawnego syna, umiał się podpisać, choć z trudem, ale był pełnoletni. Spytałam szefa, czy na niego mogę im dać pożyczkę. Powiedział, że tak. To nie był jedyny taki przypadek. Zaczynało się zwykle od jednej osoby, a potem już szło: mąż, żona, teściowa, szwagier, i za chwilę już wszyscy - poza psem i kotem - byli zadłużeni. Tylko że oczywiście wtedy ściągalność była gorsza. Część ludzi, którzy raz wzięli pożyczkę w Providencie, już się z długu nie wydobyła. Czasem na pięć minut odchodzili, ale szybko wracali. Miałam klientkę, która pożyczała pieniądze w Providencie od momentu, kiedy zaczął funkcjonować na polskim rynku.

Czy niektórzy pani klienci nie kwalifikowaliby się ze swoimi problemami do opieki społecznej?

Nie. Choć może tak kategorycznie nie powinnam zaprzeczać, bo pewnie i tacy się zdarzali. Jednak w tej masie, która przeszła przez moje ręce, to nie był duży procent. Mnie w każdym razie nie chwalili się, że dostają coś z opieki. Zresztą spora część mych klientów znalazła się w kłopotach na własne życzenie. To łatwość zdobycia pieniędzy napędza Providentowi klientów. Mnie czasem tych ludzi było żal, ale to była moja praca i nie mogłam sobie pozwolić na luksus użalania się nad nimi. Informowałam, co ich czeka. Czasem mówiłam: 'Nie dam'. Brałam kalkulator i liczyłam: 'W ciągu miesiąca to jest taka a taka kwota. Z czego będziecie spłacać?'. To bardziej przemawiało do wyobraźni niż abstrakcyjne 70 proc. czy ogólna suma, jaką trzeba spłacić. Było to nie tylko w ich, ale i w moim interesie, żebym nie chodziła za bezdurno. Suma podawana jako rata tygodniowa nie brzmi groźnie, ot, kilkanaście albo kilkadziesiąt złotych. Na tym przecież polega ten psychologiczny chwyt, tak się kusi. Co ja mogę zrobić, jak mam do czynienia z człowiekiem, który nie umie, a nawet nie chce liczyć?

Albo jest zdesperowany, bo nie ma innego wyjścia.

Prawda, spora część moich klientów nie miałaby szans na pożyczkę w banku, a brakowało do im pierwszego albo mieli wydatek, który nie mieścił się w domowym budżecie. Załóżmy, że w rodzinie są trzy pożyczki i klient powinien dać mi ponad 200 zł na spłaty. Tymczasem on wyciąga 100 zł i mówi: 'Więcej nie mam'. Więc muszę kombinować, jak tę stówę rozłożyć na trzy pożyczki, by z każdej przynajmniej po parę złotych było spłacone. Jaki bank zgodziłby się na coś takiego? Wiem, że Provident dawał też bez problemu pożyczki niewidomym.

To nie pociągało za sobą kar finansowych?

Nie. To jest plus. Wystarczyło spłacić cokolwiek, żeby nie było konsekwencji. W ten sposób można było bezkarnie przeciągnąć pożyczkę do półtora roku. Oczywiście dla mnie to był dramat, bo mając określoną ilość klientów, wiedziałam, jaką sumę powinnam zebrać tygodniowo. A jak on mi zamiast 60 dawał 10 zł - a takich klientów zdarzało mi się mieć w ciągu tygodnia kilku, czasem kilkunastu - to automatycznie spadały mi efekty i zarobki. A kierownik koniecznie chce się wykazać, bo od tego zależy jego premia. Więc naciska na mnie, żebym zebrała jak najwięcej pieniędzy. Stąd odgórna presja na pożyczki na zakładkę.

Miała pani poczucie, że obcuje z tragedią, z nędzą?

Raczej z banalną codziennością, biedą czy może przygnębiającym niedostatkiem, społecznym niedostosowaniem, brakiem wyobraźni.

Te rodziny, które zadłużały się w Providencie, nie pochodziły z marginesu?

Skądże, raz nawet dziennikarz mi się trafił, co prawda z tabloidu. To były młode małżeństwa, rodziny wielodzietne, emeryci, renciści. Jedna moja klientka wynajmowała mieszkanie w apartamentowcu. Cały czas brała pożyczki, bo - jak mówiła - musi pomagać mamie, a mąż się na to nie godzi. Ja tę mamę poznałam, robiła wrażenie kobiety niezrównoważonej psychicznie, gołym okiem było widać, że nie jest w stanie sama funkcjonować, na pewno potrzebowała pomocy. Inna klientka, z trzema córkami, też po kryjomu przed mężem brała pożyczki, żeby wspomóc matkę na wsi, a przy okazji również brata alkoholika, który siedział jej na karku. Chudziutka była z tych zmartwień jak niteczka. Pytałam: 'Dlaczego nie usiądzie pani z mężem i nie wygarnie mu, że pani musi pomóc rodzinie?'. On był kierowcą, ona pracowała w budżetówce. Po prostu złe układy w rodzinie między mężem a żoną. Wiele takich małżeństw spotkałam, gdzie odpowiedzialność za finansową egzystencję rodziny spadała na żonę, mąż się tylko dokładał. Sporo kobiet zadłużało się za plecami męża, czasem żeby pomóc komuś z rodziny, czasem dlatego, że mąż dawał za mało na utrzymanie. Miałam klientkę, która mówiła: 'Mąż nie rozumie, że ja na studniówkę nie mogę posłać córki w starej spódnicy, przecież ona tak dobrze się uczy'. Albo inną, która okłamywała męża, że wyjazd dzieci na wakacje kosztuje o połowę mniej, bo inaczej by się nie zgodził, i tę drugą połowę dopożyczała. Naoglądałam się sporo małżeństw, w których kobieta bała się powiedzieć mężowi, że daje za mało na życie, że nie starcza i sama borykała się z tym problemem. Czy mężczyźni zadłużają się za plecami żon? Z takim przypadkiem się nie spotkałam.

W jednej z reklam telewizyjnych można obejrzeć stolarza, któremu brakło pieniędzy na materiał. Dzięki Providentowi kupi deski i nie straci zamówienia.

Ludzie biorą pożyczki w Providencie, by załatać domowy budżet, opłacić zaległy czynsz, bo spółdzielnia grozi sądem, wykupić leki, wyprawić święta albo komunię. To są podstawowe potrzeby. Nikt przytomny, kto prowadzi biznes i umie liczyć, nie zapożycza się w Providencie.

Jakiego rzędu sumy pani pożyczała?

Najczęściej 1,5 tys. zł. Pierwszą pożyczkę daje się, żeby sprawdzić klienta, jak on się będzie zachowywał, czy będzie przysparzał problemów, czy będzie rzetelny. To było zwykle tysiąc złotych. Dopiero klient sprawdzony, taki, który od lat regularnie spłacał raty, mógł liczyć na więcej. Wtedy, gdy pracowałam, to maksimum wynosiło 5 tys. zł na rok. Tygodniowa rata od tego - 167 zł. Gdy odchodziłam, ta maksymalna suma wzrosła do 7 tys. zł, a okres kredytowania wynosił dwa, a może nawet trzy lata. Ale przyznawałam też pożyczki, od których dostawałam raty 17 zł. To była zwykle pożyczka dodatkowa, na drugą osobę z rodziny, taki ratunek na bieżące potrzeby jak kiedyś chwilówka w zakładzie pracy.

Przed dwoma laty wprowadzono w Polsce ustawę antylichwiarską, która teoretycznie powinna uniemożliwiać tak wysokie oprocentowanie kredytu...

Providenta to jakoś nie dotyczy. Kiedyś ich umowa była czytelna i klient miał szansę zorientować się, ile będzie musiał oddać. Brał tysiąc złotych pożyczki, oddawał 1,7 tys. Po wejściu ustawy przekonstruowali umowę, zlikwidowali ogólną sumę zadłużenia, porozbijali ją na czynniki składowe. I tak przy tysiącu złotych pożyczki ubezpieczenie klienta wynosi 120 zł, opłata przygotowawcza 56 zł, koszta obsługi pożyczki w domu 468 zł 58 gr, no i procenty - tylko 123 zł 42 gr. Trudno połapać się, z czego jaka kwota wynika. Najwięcej ściągają za krwawicę przedstawiciela, który przecież nic ich nie kosztuje, jest na procencie. Teoretycznie obsługa domowa jest dobrowolna, ale w praktyce Provident skutecznie zniechęca do pożyczek, które klient spłacałby przelewem. Trzeba wtedy przejść przez biurokratyczny tor przeszkód, mieć konto w banku, a na pieniądze trzeba czekać. Nie uwierzy pani, ale oni po wejściu ustawy antylichwiarskiej jeszcze podnieśli oprocentowanie. Bo teraz jak klient pożyczy tysiąc złotych, musi spłacić 1768.

Jednak ci, co są na musiku, dalej pożyczają...

Ciągle spotykam dawnych klientów, którzy tkwią w pętli zadłużenia. Ten, co zadłużył się u Providenta, bo był biedny, po paru latach staje się jeszcze biedniejszy.

Dziś już by się pani tam nie zatrudniła?

Dziś się dziwię, jak ja mogłam tam wytrzymać całe pięć lat.

Ale nie chce pani rozmawiać pod nazwiskiem?

Przed odejściem podsunęli mi dokument, że zobowiązuję się do zachowania tajemnicy służbowej i nie będę rozmawiała z mediami o mojej pracy. Nie wiem, jaki status ma taki papier, ale podpisałam go. A oni mają kupę szmalu i świetnych prawników.