Ekspresikiem do zawału

Moja pacjentka twierdziła, że dla niej najważniejsze są: rodzina, rozwój osobisty i miłość. Jak przyjrzałyśmy się temu bliżej, okazało się, że tak naprawdę chodzi o władzę, sławę i rywalizację
Z Lubomirą Szawdyn, psychiatrą, psychoterapeutką uzależnień, rozmawia Agnieszka Jucewicz



Mówi się o tym, że pracoholizm to choroba naszych czasów, zgadza się pani?

Ja jestem dzieckiem wojny. Wychowałam się bez mężczyzn, wśród kobiet, które przejmowały z automatu męskie role. Dla mnie kobieta zawsze była omnibusem. Jak chciała, to i dom postawiła, i drzewa narąbała, i naprawiła dach. A przy tym zdobywała jedzenie, chowała dzieci. Potem przyszły czasy stachanowskie, haseł: kobiety na traktor, kobiety do fabryki. Kobiety leniwe czy gnuśne widziałam tylko na amerykańskich filmach - leżały tam i malowały paznokcie. A w życiu znałam same sterane kobiety, które od świtu do nocy wypełniały każdą minutę jakąś czynnością. Kiedy pojawiło się pojęcie pracoholizmu, musiałam je sobie zweryfikować. Wielokrotnie zadawałam sobie pytania: kto to jest ten pracoholik? Czy jest nim osoba, dla której praca jest pasją i poświęca się jej bezgranicznie 24 godziny na dobę, bo kocha to, co robi, np. pisząc doktorat? Czy jest nią np. osoba, która tyra na kilku etatach ze złością, a tak naprawdę chciałaby zajmować się dziećmi? Czy pracoholizm to ucieczka od innych ról społecznych, np. macierzyństwa, bliskiej relacji z drugim człowiekiem? Czy to może czysta, wysublimowana ambicja i chęć bycia najlepszym? Bardzo trudno mi było wtedy to uchwycić, bo jeszcze nie miałam tylu pacjentów z takim problemem.

Kiedy pojawili się pierwsi?

Jakieś 30 lat temu. Pierwsza pacjentka miała dwadzieścia parę lat. Spała po trzy godziny na dobę. W ciągu dnia pracowała zawodowo jako artystka, do tego chciała się spełnić jako mama, praczka, sprzątaczka, kucharka i jeszcze zakładała swój biznes, który miał to wszystko finansować. Ja ją wysłałam do endokrynologa, żeby stwierdzić, czy nie ma nadczynności tarczycy. Bo objawy, jakie miała, na to wskazywały. W głowie mi się nie mieściło, że teraz, kiedy nie trzeba już tak harować, ona bierze na siebie tak strasznie dużo obowiązków. Nie biorąc pod uwagę ani swojego zdrowia, ani kwestii wypoczynku. Wtedy zaczęłam bliżej przyglądać się roli, jaką odgrywa w tym wszystkim ambicja. A w związku z tym - jaka jest hierarchia wartości takich osób.

I co się okazało?

Że pracoholizm to często czysto ambicjonalna pogoń. A hierarchia wartości moich pacjentek jest wirtualna.

Co to znaczy?

Ta moja pacjentka twierdziła tak: 'U mnie na pierwszym miejscu w hierarchii wartości jest rodzina, na drugim - rozwój osobisty, na trzecim - miłość'. Ale jak przyglądałyśmy się temu bliżej podczas terapii, to się okazało, że tak naprawdę nie chodzi o rodzinę, tylko o władzę, nie o rozwój osobisty, tylko o sławę, nie o miłość, tylko o rywalizację. Jestem dociekliwa i chciałam wiedzieć, co jeszcze się za tym kryje. W związku z tym zaczęłam pracować z nią na tzw. strukturze doby, czyli oglądać siedem dób z rzędu i zapisywać wszystkie czynności, które wykonuje w każde 15 minut. Potem wzięłyśmy to wszystko pod lupę i okazało się, że przez te siedem dni osoba, która twierdziła, że na czubku hierarchii wartości ma rodzinę, rozmawiała raz przez 10 minut z matką przez telefon i odwoziła rano syna do przedszkola. To tyle, jeśli chodzi o to, jak ważna była dla niej rodzina. Poza tym była praca, praca i jeszcze raz praca.

Naprawdę nie była świadoma, ile czasu poświęca pracy?

Nie, dopiero szczegółowa analiza rozrysowana na kartkach dzień po dniu pozwoliła jej to zobaczyć. Pracoholik nigdy nie powie, że praca jest dla niego najważniejsza. Powie, że pracuje dla rodziny, dla dzieci, bo firma bez niego padnie, bo wszyscy wkoło są leniwi, bo na świecie tak się pracuje - w Japonii, w Stanach - bo ma misję. Powodów mogą być tysiące.

A jaka jest prawda?

Bo są łasi na władzę, pieniądze, bo uciekają od rodziny, która ciągle czegoś od nich chce, bo nie umieją nawiązać relacji z ludźmi, bo praca potwierdza, że są świetni i nie do zastąpienia, a poza pracą może być różnie. Bo w pracy np. jest balanga, fajni ludzie, wspólne wyjazdy.

Co z tego mają poza stanowiskiem i pieniędzmi?

Niektórzy czują się strasznie ważni, karierują sobie - i lecą takim ekspresikiem podlewanym hormonami i nie tylko. Przy tak intensywnej pracy bez odpoczynku wzrasta poziom adrenaliny i dopaminy, które są świetnym paliwem dla tego ekspresu. Dają poczucie mocy.

Kiedy wiadomo, że to pracoholizm, a nie po prostu rzetelna praca?

Tak jak z każdym innym uzależnieniem - po zespole odstawienia. Kiedyś to się nazywało 'nerwica niedzielna' (bo w soboty się pracowało), teraz można to nazwać 'nerwicą weekendową'. Pracoholik w weekend jest nie do życia, nie może sobie znaleźć miejsca, jest agresywny, czepliwy, ma stany depresyjne, nie może spać. W niedzielę wieczorem już się rozluźnia, bo wie, że następnego dnia idzie do pracy.

A jak się czuje na urlopie?

Fatalnie. Już trzeciego dnia jest nie do życia, zaczyna chorować. Jeżeli jedzie, to są to takie 'kradzione wstaweczki' - maksimum pięć dni, a najlepiej, żeby to był kurs języka albo jakieś szkolenie, żeby było 'pożytecznie'. Często jadą na urlop z komórką i laptopem i dalej pracują. Pacjenci, którzy do mnie przychodzą, mają od 150 dni niewykorzystanego urlopu wzwyż. Bo - jak mi tłumaczą - nie chcą tracić czasu. To jest tak jak z innymi uzależnieniami. Wszystko zaczyna się i kończy na czasie. Pracoholikowi te 12 godzin w pracy mija jak pięć minut, tak jak hazardziście w kasynie albo alkoholikowi w knajpie. Jak zaczynają zdrowieć, to się łapią za głowę i krzyczą: 'Co ja teraz zrobię z tym wolnym czasem?!'.

Są zestresowani?

Ja się nad tym wielokrotnie zastanawiałam. Co jest tak naprawdę źródłem ich stresu? I wiesz, co mi wyszło?

Nie.

Czas wolny! Dwadzieścia parę lat temu tłumy pracoholików zaczęli mi przysłać moi koledzy kardiolodzy, którzy nie mogli namówić swoich pacjentów na zwolnienie tempa pracy. Wtedy się dużo mówiło o tym, że ludzie na wysokich stanowiskach żyją w stresie, że stres ich zabija, że nie ma kierownika, który by nie przeszedł zawału. Wtedy pomyślałam: zaraz, zaraz, skoro w pracy jest 'miodzio', robię karierę, pieniądze płyną, to co tak naprawdę powoduje ten stres? Okazało się, że dla nich bardzo stresujący jest powrót do domu, właśnie urlop, grypa, która zmusza do położenia się na parę dni do łóżka. Póki zasuwali, wszystko było w porządku. I to były klasyczne objawy odstawienia.

Wtedy pracoholików kierowali do pani lekarze, dzisiaj pacjenci zgłaszają się sami?

Czasem przychodzą ich rodziny, które są zaniepokojone. Czasem przychodzą sami, ale wtedy zgłaszają inne powody przyjścia.

Jakie?

Ostatnio miałam pacjentkę, która mówiła, że źle się czuje, bo nie awansowała po raz drugi. Inna mówiła, że jest bez przerwy wściekła, bo nie radzi sobie z porażkami w pracy. Pojawienie się Naszej-klasy przysłało mi kolejną grupę pracoholiczek, które odkrywają, że ich rówieśniczki mają rodziny, po dwoje dzieci, czasem już nastolatków, a one od 15 lat nic, tylko pracują i nie były często nawet w żadnym związku. I to jest najliczniejsza w tej chwili grupa - samotnych kobiet po trzydziestce. One potrafią pracować po 60 godzin bez przerwy, bez snu, bez jedzenia, czasem z butelką wody mineralnej. Są wychudzone, często wyglądają jak anorektyczki. To jest naprawdę dramat.

Nie odczuwają głodu, zmęczenia?

Nie. One mało co odczuwają. Są jakby w tunelu, widzą i słyszą tylko to, co jest związane z pracą. Ambicja, rywalizacja plus koktajl hormonalny to jest naprawdę niezwykle potężny narkotyk.

Ale dbają o siebie?

O tak, ale dlatego, że wymaga tego praca. Często są w stanie wcisnąć w ten swój niezwykle zapełniony dzień jeszcze tenisa, siłownię, bo w pracy muszą dobrze wyglądać. Są świetnie ubrane. Mają pięknie urządzone mieszkanie, w którym nie ma ani kwiatka, ani kota, ani kanarka. One nie mają czasu na kontakty międzyludzkie, nie mówiąc o innych istotach żywych, bo to jest kłopot, strata czasu. Jak przychodzą do mnie, to mam wrażenie, że to jest robot, piękny, ale jednak robot.

Przecież w pracy stykają się z innymi osobami. Widzą jakieś inne wzorce życiowe.

No właśnie nie widzą. Są koledzy i koleżanki w pracy, owszem, ale wyłącznie do kontaktów na poziomie profesjonalnym. Żaden pracoholik nie będzie słuchał opowieści o tym, że czyjeś dziecko spadło z huśtawki. Nie ma na to czasu. Jeżeli będzie chciał porozmawiać o nowym projekcie czy o bilansie, to może, byle szybko i na temat. Kontakty międzyludzkie służą im też do manipulacji ludźmi, żeby osiągnąć np. jakieś korzyści w pracy. To samo jest poza pracą. Pracoholiczka pójdzie do teatru, jeżeli jest to zawodowo pożyteczne. Ona nie widzi, że zmieniają się pory roku, przestaje czuć zapachy, przestaje w ogóle zauważać rzeczywistość.

Nie odczuwają potrzeby drugiego człowieka? Nie chcą mieć dzieci?

Nie, bo to im by zawadzało w karierze. Część myśli: 'Później. Jak już będę miała wysokie stanowisko, dom, wymarzony samochód, osiągnę pozycję' - czyli mniej więcej jak dobije do pięćdziesiątki. Zapominają, że wtedy trudno zajść w ciążę, nie mówiąc o tym, że nie ma z kim. Zresztą im dłużej tak żyją, tym bardziej ten styl życia jest wdrukowany w psychikę, w ciało. Coraz ciężej jest się przestawić i zacząć żyć inaczej.

Jak sobie daje radę ciało z takim wysiłkiem?

Nie daje. Ono jedno nie kłamie. Wszystkie pracoholiczki mają zaburzenia układu krążenia, pokarmowe. Pada układ hormonalny. Często pojawiają się zaburzenia układu kostno-stawowego od braku ruchu i ciągłego siedzenia. Widać to po tym, jak się poruszają - jakby miały nienaoliwione stawy. Garbią się. Jak tu przychodzą, to wyglądają sztywno, jakby siedziały na naradzie. Choroby kręgosłupa to najczęstsza przypadłość pracoholików.

Nie mają potrzeb seksualnych?

Wiele z nich to dziewice. Nie odczuwają swoich potrzeb, ich libido spada do zera. Jest też część pracoholiczek, które zarabiają duże pieniądze i po prostu płacą za seks. Przy tak dużym napięciu musi być jakiś wentyl, gdzie to wszystko znajduje upust. Są pracoholiczki-alkoholiczki i pracoholiczki-zakupoholiczki. Wszystkie są bezwzględnie wyeksploatowane.

Jak się leczy pracoholizm?

Ja jestem za terapią indywidualną. Terapia grupowa budzi taką rywalizację wśród pracoholików i jest takim parowozem do choroby, że szybko z niej zrezygnowałam. Powrót do żywych wymaga dużej i ciężkiej pracy, najpierw nad motywacją - 'bo nie chcę mieć trzeciego zawału', 'bo chcę mieć choć jedną przyjaciółkę', 'bo życie mi uciekło'. Chociaż tak naprawdę to są raczej powody przyjścia niż prawdziwa motywacja.

Co może być tą prawdziwą motywacją?

Na przykład ciekawość siebie, ciekawość życia. Pamiętam, jak na pewnym obozie terapeutycznym poprosiłam dziewczyny, żeby się przytuliły do brzóz, bo one mają dużo energii. Dwie panie miały wątpliwości, aż w końcu jedna z nich przytuliła się do sosny. Ona była przekonana, że to brzoza i że pozostałe uczestniczki się mylą. I to może brzmi śmiesznie, ale tak naprawdę jest smutne. Tak funkcjonują pracoholicy - nie odróżniają brzozy od sosny. Pierwszy krok terapii to odblokowanie sensoryczne. Nauczenie się na nowo widzenia, spostrzegania, słyszenia, odczuwania zapachów. To jest niezwykła motywacja, żeby żyć. Takie odkrywanie i zachłyśnięcie się rzeczywistością, przyrodą, innymi ludźmi, własnym ciałem.

Co jest najtrudniejsze w zdrowieniu?

Wychodzenie z samotności, budowanie relacji, uczenie się bliskości. To jest bardzo trudne. One do tej pory były w tłumie. Były blisko wszystkich, ale jednocześnie były potwornie samotne. Bardzo chcą się z kimś związać, ale boją się, nie potrafią. Trzeba na to sporo czasu. Czasem kilku lat.

Co robią z ambicją, która je dotąd prowadziła?

Muszą zupełnie przepracować swoją hierarchię wartości. Stworzyć ją właściwie od nowa. Słowo 'plan' musi zniknąć. Tak jak słowa: 'muszę', 'powinnam', 'co ludzie powiedzą' - bo inaczej to jest droga skazańca przez mękę. Zamiast pytań: 'Co mi jest potrzebne?', 'Co komu dam?', 'Co wezmę?', pojawia się jedno pytanie: 'Kim jestem?'. I to odkrywają na terapii. Jeżeli np. odkrywam, że jestem i chcę być mamą swojej córki, to ta struktura doby, która przedtem była taka kaleka, zaczyna się zmieniać. Staje się pełna i elastyczna. Znajdzie się w niej miejsce i na pracę, i na ludzi, i na przyjemności.

Rzucają starą pracę?

Niektórzy w obrębie pracy próbują zwolnić tempo. Co można porównać do tego, jak alkoholik zmienia trunki na lżejsze, dopóki rzeczywiście nie przestaje pić. Ale większość w końcu zmienia pracę, a czasem nawet zawód.

Jak sobie radzą ze zmniejszeniem godzin pracy? Z utratą pochwał?

Jeśli wiem, kim jestem, to do niczego nie potrzebne mi są szafy dyplomów i pochwały. Znam swoją wartość, żyję tu i teraz i na nic mi potwierdzenie z zewnątrz.

Trudno się im pogodzić z niższym standardem życia?

Jednym łatwiej, innym trudniej. Ja znam takich, którzy zrezygnowali z pracy i praktycznie głodowali. Mam jedną pacjentkę, która chciała radykalnie zmienić swoje życie, bo groził jej wózek inwalidzki, miała kłopoty z kręgosłupem. Przez dwa lata szukała pracy. Wraz z odejściem z pracy straciła samochód, komórkę i stały wysoki dochód. Musiała wyprzedać część rzeczy. Udało się, jest dzisiaj zdrowa, ma dobrą pracę, która przynosi jej satysfakcję. Założyła rodzinę.

Pracoholicy mogą bardziej liczyć na wsparcie swoich rodzin niż np. alkoholicy w związku z tym, że pracoholizm nie jest tak społecznie piętnowany?

O, tu nie ma żadnej reguły. Niejedna matka pracoholiczki wydzwaniała do mnie, wykrzykując, co ja zrobiłam jej córce, która miała taką świetną pracę, tyle zarabiała, a teraz jeździ używanym samochodem. Albo wyszła za jakiegoś 'gołodupca' i mieszka na wsi. Są też tacy, którzy sami przychodzą w imieniu swoich bliskich, bo się o nich martwią. Ostatnio przyszedł do mnie dziadek 18-letniej dziewczyny, która pochodzi z rodziny, w której i rodzice, i dziadkowie bardzo ze sobą rywalizowali o palmę pierwszeństwa. I ona też chce bić życiowe rekordy. Praktycznie przepracowała całą szkołę średnią i pół gimnazjum, do tego uprawiała różne sporty wyczynowo, uczy się na śmierć i teraz zdaje na studia, dwa bardzo wymagające kierunki. Dziadek się martwi, bo widzi, że wnuczka idzie w ślady swojej matki pracoholiczki i babki pracoholiczki. On, sam też pracoholik, jak już przeszedł gehennę niepracowania na emeryturze i ułożył sobie na nowo życie, zauważył, co się w tej rodzinie dzieje, i chce wnuczkę uratować. Zapytałam go, co go niepokoi w zachowaniu wnuczki. On mówi, że wnuczka nie ma żadnych znajomych, nic poza pracą i szkołą jej nie interesuje, nie może usiedzieć na miejscu. Jak wraca do domu, to wyciąga z szafy umyte talerze i sprawdza, czy nie trzeba jeszcze czegoś zrobić. W środku nocy jest gotowa jeszcze coś przeprać, zrobić zakupy. Czyli powiela rodzinny model.

Czy pracoholiczki pochodzą z podobnych rodzin? Czy coś je predestynuje do tego uzależnienia?

I tutaj nie ma żadnej reguły. Nie wszystkie pochodzą z rodzin dysfunkcyjnych. Chociaż spora grupa to córki alkoholików, część pochodzi z rodzin mundurowych: policjantów, wojskowych, gdzie panowała dyscyplina i tzw. zimny chów. Jest jeszcze grupa z małych miejscowości, która przyjechała do dużego miasta. Oni w ten styl życia wchodzą automatycznie już w akademiku. Myślą, że tak trzeba, i się dostosowują.