Warto było zaryzykować!
Katarzyna Bonder (32 lata) i Piotr Renn (37 lat)
Poznali się zaledwie zeszłej zimy, a już w październiku biorą ślub. Od ich pierwszej internetowej randki do zaręczyn minęły 3 miesiące.
Ona
Od zakończenia mojego ostatniego związku minęło sporo czasu. Czułam, że moje życie nie jest pełne. Jednak nie poznawałam odpowiednich mężczyzn. Często myślałam, że ci, którzy zakochali się na studiach, są szczęściarzami. Ten, kto nie zbudował wtedy stałego związku, przyszłego męża czy żonę może poznać tylko w pracy, a na to mi nie pozwalał profesjonalizm. Mijały kolejne miesiące, a ja narzekałam na los, że nie zsyła mi mojego "przeznaczenia". Aż w końcu pomyślałam: Kaśka, sama daj sobie szansę!
Zapisałam się na portal randkowy. Zamieściłam zdjęcia, opisałam siebie i określiłam, kogo szukam. Rozwodnicy i mężczyźni z dziećmi nie wchodzili w grę. Znam życie i wiem, że dzieci i była żona nigdy nie znikają z życia mężczyzny.
Nie jestem zwolenniczką życia w sieci. Mailowanie zwykle trwało krótko, bo wolę mówić, słuchać, śmiać się, spacerować. Dlatego, jeżeli chłopak mnie zainteresował, dążyłam do spotkania. W sieci łatwo udawać, pisać zmyślone historie, posługiwać się cudzymi zdjęciami. Jeden z panów, który do mnie napisał, zamieścił fotografię z Santorini. Traf chciał, że właśnie stamtąd wróciłam, więc zapytałam o wrażenia. W końcu przyznał się, że nigdy tam nie był, a na zdjęciu jest kolega...
Niektórzy mężczyźni umawiają się w sieci z dziesiątkami kobiet. Wiem, że trzeba poznać wiele osób, żeby trafić na "ideał", ale przesada jest niezdrowa. Kilku mężczyzn tak zniesmaczyło mnie swoim zachowaniem, że nawet zawiesiłam swój profil. Zaraziłam jednak pomysłem siostrę i przyjaciółkę. Siostra szybko poznała na portalu randkowym swojego obecnego męża. Gdy kolejna koleżanka ogłosiła swoje "internetowe" zaręczyny, postanowiłam, że wracam do sieci.
Zaczęłam być bardziej aktywna. Doskonale wiedziałam, czego chcę i sama zaczęłam przeglądać zamieszczone na portalu profile mężczyzn. Oferty bez zdjęcia odrzucałam. Uważam, że takie osoby mają coś do ukrycia. Skoro ja zamieściłam zdjęcie, od innych oczekiwałam tego samego. Zależało mi, żeby facet miał pasję, pomysł na życie i tego szukałam w opisach. Ale i tutaj umiar był dla mnie ważny. Jeśli pisał, że zrobił kurs lotnika, nurkuje, żegluje i wspina się po górach, myślałam, że albo kłamie, albo jest tak zajęty, że nie będzie miał dla mnie czasu. Jestem marketingowcem, nie wierzę w przereklamowany towar.
Piotra poznałam w lutym. Po kilku mailach umówiliśmy się na spotkanie. Szybko odkryliśmy, że mamy ze sobą wiele wspólnego. Przez całą randkę bawiliśmy się doskonale. Od razu umówiliśmy się na kolejną. Oboje lubimy gotować, a on zachwycił mnie kolacją walentynkową.
Oświadczył się nad morzem, o 5. rano. Nie chciałam iść o tej porze na plażę, ale się uparł, że będziemy świętować mijające trzy miesiące naszego związku. Szukaliśmy na plaży muszelek. W pewnym momencie Piotr wyjął z kieszeni pudełko w kształcie muszli, mówiąc, że znalazł coś specjalnego. Ukląkł na mokrym piasku i zapytał, czy chcę spędzić z nim resztę życia.
On
Przy komputerze spędzam co dzień wiele godzin, postanowiłem więc wykorzystać go do zna- lezienia drugiej połówki. Z portalem randkowym miałem już wcześniej do czynienia - ktoś zrobił mi kiedyś głupi numer i podał moje dane. Wycofałem się, ale po pewnym czasie stwierdziłem, że może to być najrozsądniejszy sposób na znalezienie tej wybranej. Jestem nieśmiały, więc nie było szans, bym poderwał kogoś w dyskotece.
Na początku sam starałem się szukać, ale panie rzadko odpowiadały na list. Skupiłem się na odpowiadaniu tym, które piszą do mnie. Miałem swoje kryteria: chciałem zobaczyć zdjęcie, przeczytać krótki opis. Starałem się nie flirtować z wieloma kobietami naraz, aby np. nie pomylić imion czy nie opowiedzieć tej samej historyjki drugi raz. Życie pokazało, że spotykanie się po wymienieniu jednego czy dwóch maili było przedwczesne - nie mieliśmy o czym rozmawiać. Lepszym wyjściem okazało się wymienienie się kilkoma mailami - poruszaliśmy pewne tematy, które mogły być wstępem do rozmowy na randce. Ale wszystkie były nieudane. Żadna z "wybranek" nie przypadła mi do gustu i straciłem nadzieję. I wtedy "puściła do mnie oczko" Kasia.
Odpowiedziałem niezbyt wylewnie, ale pozostawiając możliwość zadania kolejnego pytania. Kiedy odpowiedziała, przyjrzałem się dokładnie jej profilowi i oceniłem, że prawdopodobnie jest osobą, która bardzo lubi tańczyć. Może nawet jest zawodowcem? Ja też lubię tańczyć, ale na konfrontację z kimś, kto robi to lepiej, nie zdecydowałem się. Zaproponowałem spotkanie na bezpiecznym gruncie - wyjście do kina. Wszystko zaplanowałem. Kupiłem bilety, sprawdziłem, gdzie można pójść po seansie, bo w kinie się nie pogada...
Kasia wpadła mi w oko od pierwszego wejrzenia w realu. Była pierwszą dziewczyną, po zobaczeniu której coś mi podpowiadało, że muszę tę osobę bliżej poznać. Nie czułem tego wcześniej. Okazało się, że mamy wiele wspólnego, łatwo więc poszło planowanie następnych spotkań. Kolejne randki utwierdzały mnie w przekonaniu, że warto zaryzykować. Po trzech miesiącach poprosiłem Kasię o rękę. I choć było to dla niej zaskoczeniem, teraz już razem planujemy przyszłość.
Już nikogo nie szukamy
Ewa Walenda (38 lat) i Wojtek Kowalczyk (42 lata)
On