Kobieto, otwórz się

Źródłem stresu moich pacjentek jest to, że oddalają się od swoich partnerów. Ale zamiast o tym porozmawiać, wolą strzelić focha albo czekać, aż on się domyśli
Z Małgorzatą Liszyk-Kozłowską, psychoterapeutką, rozmawia Joanna Sokolińska

Co jest główną przyczyną stresu pani pacjentek?

Poczucie niezadowolenia ze związku. To taki rodzaj stresu, który sięga głęboko, do serca, gdzie są ulokowane nasze podstawowe potrzeby - bliskości, zrozumienia, bycia docenionym nie za inteligencję czy wydajność w pracy, ale za to, jakie jesteśmy. Potrzeba czułości, dotyku, budzenia zachwytu, poczucia ważności - wszystko, czego potrzebujemy, żeby czuć się szczęśliwie.

Dlaczego te związki są nieudane?

Bo ona czuje się samotna, mimo że ma męża. Ma wrażenie, że nie może czegoś powiedzieć, nie może o siebie zadbać. Bo stracili bliskość. Stres matki, w wiecznym biegu między przedszkolem, pracą, domem, zakupami, kredytem do spłacenia, często jest spotęgowany przez żal do osób, które powinny pomagać, a nie pomagają.

Do męża?

Do ojca dziecka, który z racji tej roli jest zobowiązany do wspólnego zajmowania się domem i dzieckiem. I jeśli tego nie robi - a nader często nie robi - w kobiecie powstaje bunt i żal, że jest z tym sama. Ale nie rozmawia o tym z mężem.

Dlaczego?

O tym rozmawia się z koleżanką. Zamiast wprost zapytać partnera, jaką część opieki nad dziećmi weźmie na siebie, co będzie robił w domu. To trudne rozmowy. Kobiety ich unikają, boją się, że usłyszą: 'No co ty? Przecież to ty jesteś kobietą, to twoja sprawa, twoje obowiązki!'. Warto pamiętać, że nawet tam, gdzie para umówi się, że on pracuje zawodowo, a ona pracuje w domu i oboje mają dla swojej pracy szacunek, tam mężczyzna nadal jest ojcem. I ta umowa nie zwalnia go ze spędzania z dzieckiem czasu. I jeśli on się z tego nie wywiązuje, to ona powinna w imieniu dziecka się o to upomnieć. Ale kobiety mają problem z wyrażaniem sprzeciwu.

Co to ma wspólnego ze stresem?

Bo w takiej sytuacji rodzi się frustracja, poczucie niespełnienia wizji rodziny, małżeństwa, bo kobieta i mężczyzna oddalają się od siebie. Mam takie pacjentki, które myślą o małżeństwie i mają poczucie, że w związku z tym muszą z różnych rzeczy zrezygnować. Zamiast przeformułować sobie wizję małżeństwa, rolę żony, one wolą zmienić swoje zwyczaje i upodobania. I w efekcie myślą o związku w kategoriach utraty wolności. Dla nich matka przestaje być kobietą.

To znaczy?

Matka zajmuje się dziećmi i domem. Cała reszta relacji ze światem, czas dla 'reszty siebie' jest wykradana z poczuciem winy, że nie czuję pełni szczęścia, będąc jedynie mamą i panią domu. A kobieta oprócz tego potrzebuje iść na siłownię albo z koleżankami na piwo, albo do łóżka z mężem w seksownej bieliźnie, albo bez bielizny, ale czując się seksownie. Kobieta dba o relację ze swoim mężczyzną, a nie mówi: 'Tatuśku, idź po mleko'. I dba o to, by on nie zapomniał, że ona jest kobietą.

Nie znam nikogo, kto by mówił do ojca swoich dzieci 'tatuśku'.

Nie? No to może nie tak dosłownie, że 'tatuśku', że siatkowy podkoszulek i szuranie laczkami po podłodze. Ale i tak pozostaje myślenie o partnerze: trafiony zatopiony, nie odpłynie. A gdzie randki? Gdzie wyjazd we dwoje? Wzajemne zauważanie siebie na co dzień, a nie tylko wtedy, gdy trzeba kupić nową lodówkę na raty? Źródłem stresu pacjentek często jest to, że się oddalają od swoich partnerów. Ale zamiast o tym porozmawiać, one wolą strzelić focha, zrobić minę kota ze 'Shreka' albo czekać, aż on się domyśli. A trzeba usiąść i powiedzieć facetowi, którego się kocha, że w ich związek wkrada się nuda, że on jest dla niej ważny i że chciałaby, żeby mieli coś tylko dla siebie.

I co będzie dalej?

Żyli długo i szczęśliwie?

Dlaczego ze znakiem zapytania?

Bo ludzie myślą, że to jest nieosiągalne, nierealne, żeby mówić, że są szczęśliwi. Czasami musi się stać coś trudnego w ich życiu, żeby zobaczyli, że mieli szczęście i szczęśliwe chwile. Często jednak, jeżeli nic ich nie zatrzyma, nie dostrzegają, że żyją w ciągłym napięciu. I że warto się temu przyjrzeć. Czemu służy ta gonitwa? Co by się stało, gdybym teraz rzuciła wszystko i położyła się na łóżku? Gdybym z czegoś zrezygnowała, zamiast walczyć o perfekcjonizm? Przed kim ciągle chcę zdawać egzamin? Jak widzę rolę kobiety?

A gdyby tak naprawdę chcieć żyć szczęśliwie?

Może warto zwiększać sobie liczbę przyjemności? Przy życiu w wiecznym stresie egoizm jest czymś zdrowym. Jeśli nie duża zmiana, to chociaż niech ona wieczorem dziesięć minut spędzi, starannie zmywając sobie makijaż i wklepując krem, a nie zmywając naczynia. Bo to nie z naczyniami pójdzie do łóżka. Do mnie czasem przychodzą ludzie i mówią: 'Proszę coś zrobić, żebym się lepiej czuła w życiu, ale nie chcę nic w nim zmieniać. To otoczenie ma mnie inaczej traktować i wtedy może podejmę jakieś działania'. Wtedy mówię, że szkoda czasu na psychoterapię i lepiej przeznaczyć ten czas na stałe, cotygodniowe spotkania z koleżankami. Wiele moich pacjentek, zwłaszcza tych koło trzydziestki, ma ogromny problem, bo pochodzą z domów, w których obowiązywał tradycyjny model rodziny, a one już go nie chcą, ale nie wiedzą, czego chcą w zamian. Dziecko miało rodziców, ale nie miało możliwości przyjrzeć się ich relacji jako kobiety i mężczyzny, bo tej relacji właściwie nie było. Albo była zła. I teraz to dorosłe dziecko mówi, że chce żyć inaczej i nie wie jak. I to jest dla tych kobiet źródłem potężnego stresu. Przez ostatnie dziesięć lat myślały, że on się zmieni albo domyśli, albo że będzie tak jak na początku.

I co im pani radzi?

Nic, bo ja nie jestem od radzenia. Próbuję tylko dotrzeć do tego, co one same mogą zrobić, dlaczego tego nie robią, dlaczego wybrały właśnie tego mężczyznę. I czy w ogóle go kochają? Bo jeśli są razem jedynie ze względu na dzieci, a do tego nie ma między nimi szacunku, to dzieci niewiele z tego bycia razem dostaną dobrego. To ważne, z jakiego się wyszło domu i czego o relacjach damsko-męskich się tam nauczyliśmy. Mam wiele pacjentek, które wyszły z domu dysfunkcyjnego, np. alkoholowego, gdzie człowiek uczy się, że bliskość wiąże się z ryzykiem cierpienia. Miłość boli. Muszę spełnić wiele warunków by na nią zasłużyć. Nie doświadczają cudu miłości bezwarunkowej, a taka miłość to grunt na całe życie. Bez niego boją się bliskości. Wybierają mężczyzn, którzy albo są alkoholikami, albo się nimi stają, albo nawet są trzeźwi, ale bardzo zamknięci. Bo wtedy nie będą mieli pretensji, że one są zamknięte. I problem pojawia się, gdy ona dojrzewa do zmiany. Do tego, żeby się otworzyć, żeby żyć inaczej. A on nie.

I co wtedy?

To bardzo trudne. Bo najpierw, żeby coś zmienić w życiu, ona musi się zmierzyć z tym, dlaczego nie umie żyć tak, jak by chciała. I dotrzeć do tego, jak chciałaby żyć. Te poszukiwania są często bolesne. Wymagają powrotu do korzeni. Jakie doświadczenia i relacje, często niezwykle bolesne, nas ukształtowały? Kolejny krok to zrozumienie, że to ona taką decyzję podjęła, a nie jej bliscy i oni mają pełne prawo reagować na te zmiany oporem. Nagła decyzja, że mam dość bycia panią do sprzątania, opieki i gotowania i że chcę czegoś też dla siebie, może wywołać sprzeciw. Pokonanie go bywa trudne. Mąż może powiedzieć: 'Ale przecież nie tak się umawialiśmy'. Kobieta często całe lata przymierzała się do tego, by podjąć decyzję o zmianie, a on ma się zmienić z dnia na dzień? Musi mieć czas i warto mu go dać, jeżeli ten związek jest dla nich ważny. Jakkolwiek ten okres w ich życiu może być trudny...

Agatha Slaby, właścicielka firmy PR, mężatka, mama czteroletniego Eryka

Wieczorem siadam z dwiema kartkami. Na jednej wypisuję sprawy, które muszę załatwić następnego dnia. Na drugiej te, które mogą poczekać. Największy stres potrafię wygenerować sama, kiedy zaplanuję coś z terminami i z przyczyn zewnętrznych nie mogę tego zrealizować. Tak było z remontem, który trwał cztery miesiące i okazało się, że i tak ekipa nie zrobi wszystkiego. To mnie rozbiło. Pogodziłam się z tym dzięki mężowi, który powtarzał, żebym odpuściła, bo się wykończę.

Jednak głównym źródłem stresu jest życie prywatne. Kiedy nie miałam dziecka, często bardzo się w pracy denerwowałam. Teraz w pracy odpoczywam. Kiedy pojawia się problem, wymyślam strategię działania i wdrażam ją. Oczywiście, czasem to się odbywa w nerwowej atmosferze, ale nie jest to takie napięcie, że człowieka aż ściska w brzuchu. Takiego stresu doświadczam tylko wtedy, gdy coś się dzieje z Erykiem. Nawet głupie przeziębienie, gorączka powodują, że strasznie się przejmuję. I kiedy lekarz mówi, że trzeba czekać, niemożność działania mnie spala. Choć nie jestem typem sportowca, chodzę na siłownię, a mój trener, kiedy przychodzę nabuzowana, śmieje się, że da mi taki wycisk, że wyjdę jako inny człowiek. I rzeczywiście - wychodzę pełna miłości do świata i ludzi. Niestety, to działa na krótko...

Małgorzata Lewandowska, pedagog szkolny, mężatka, mama 18-letniego Maćka i 11-letniej Magdy

Prowadzę zajęcia z komunikacji i ze sposobów radzenia sobie ze stresem. Ale widzę, że gdy dopadają nas emocje negatywne, teoria siada, a działa intuicja. Moja mama była ciężko chora na raka. Przez ostatnie pół roku nie mogła już sama usiąść, umyć się, nic. Mieszkaliśmy razem z mamą: ja, mąż i dzieci. Póki pracowałam, na kilka godzin przychodziła opiekunka. Latem byłam z mamą non stop. Od miesięcy nie miałam życia prywatnego. I nagle dostałam bzika na punkcie psa. Kupiłam go, kierując się intuicją. Mama zaczęła go głaskać - jaki biały, puszysty. W najcięższych momentach, nawet kiedy była w trzytygodniowej agonii, pomagało mi, kiedy patrzyłam na bawiącego się szczeniaka. Pani doktor z hospicjum powiedziała: 'Świetny pomysł! Jak to dobrze zrobiło i pani, i dzieciom, i mamie'. Więc widać, że czasem dobrze jest kierować się intuicją.

Podczas choroby mamy był moment, kiedy już nie wytrzymywałam. I psychicznie, i fizycznie. Gdy wychodziłam, miałam wrażenie, że słyszę jej wołanie. Wtedy mąż i pani doktor powiedzieli, że nie dam rady. Namawiała nas, żeby złożyć wniosek do hospicjum, że nawet jeśli się na oddanie tam mamy nie zdecyduję, będę miała taką furtkę, że to mi psychicznie pomoże.

To była najtrudniejsza decyzja. Nie podjęłam jej, nie mogłam. I spotkałam wtedy koleżankę. Mówię: 'Ola, już nie wyrabiam. Nie mogę się zająć dziećmi, nie mogę posprzątać, nie mogę nigdzie wyjechać'. A ona powiedziała: 'Małgosia, zdążysz. Wszystko jeszcze zrobisz, a teraz bądź tutaj'. I to mi pomogło. Czasami w emocjach, w stresie człowiek chce, żeby już coś mieć za sobą, chce uciec. A czasami warto poczekać.

Anna Kielisiak pracuje w korporacji, samotna mama 11-latki

Mój dzień jest podzielony na trzy części - praca, czas dla dziecka, czas dla mnie. I bardzo się tego trzymam. Zazwyczaj pracuję od godz. 8 do 16.30. Takie godziny sobie ustaliłam. I tak rano odwożę córkę do szkoły, więc lepiej dla mnie jest wcześnie zacząć. Są takie momenty - zwykle jest to jeden-dwa dni w miesiącu - kiedy biorę udział w zamknięciu miesiąca, i wtedy pracuję od rana do północy (to i tak lepiej, bo bywało, że pracowaliśmy do rana). Wtedy córka jest u swojego taty, gdzie ma własny pokój, koleżanki i gdzie też lubi spędzać czas. Z kolei jeśli córka prosi, żebym dziś odebrała ją wcześniej ze szkoły, zgadzam się (mam możliwość wyjścia wcześniej), ale mówię, że to oznacza, że jutro będę musiała to odrobić i wtedy nie będę mogła poświęcić jej całego popołudnia. Z pracy mam blisko do domu, więc kiedy odbieram córkę, wracamy zwykle przed piątą. Całe popołudnie jest zarezerwowane dla niej. 16.30 to dla mnie święta godzina. Jeśli prezes prosi, żebym zrobiła coś dodatkowo, biorę tę pracę do domu i zajmuję się nią dopiero wieczorem albo kiedy córka jest na swoich zajęciach dodatkowych. Odwożę ją na taniec i czekając w szatni, wyciągam notebooka albo materiały, które mam do przejrzenia. Rok temu powiedziałam jej, że chcę mieć też czas dla siebie. Do 20 jestem na każde jej zawołanie, potem ona wędruje do swojego pokoju, gdzie szykuje się powoli do snu, wycisza, a ja mam czas dla siebie. Jeśli muszę, wtedy pracuję. Jeśli nie mam nic pilnego do skończenia, zajmuję się sobą. Jak posprzątam kuchnię, łazienkę, czuję się, jakbym wyszła z siłowni (na którą też chodzę). Mam to szczęście, że każda forma ruchu mnie relaksuje. Codzienność mnie nie stresuje, mam ją dobrze zorganizowaną. Stresują mnie nagłe publiczne wystąpienia, do których nie mam czasu się przygotować lub nie znam ich celu. A ja lubię być przygotowana. W życiu prywatnym stresuję się, gdy nie mam pewności, czy dobrze postępuję w konkretnych sytuacjach z córką. Chcę dobrze wychować moje dziecko, wiem, że córka musi sama decydować, a czasem chciałabym, żeby zrobiła tak, jak według mnie będzie lepiej. Bezsilność mnie frustruje. Przykładowo mówię: 'Zrób lekcje zaraz po szkole, a potem będziesz miała czas dla siebie, dla koleżanek'. A ona tak nie chce. Długi czas zajęło mi zrozumienie, że może być inna niż ja. Trudno mi to zaakceptować, ale się staram.