Spódnica z klinów i para pończoch

Matka znała majtki tylko z opowiadań kuzynki, która przyjeżdżała z Warszawy. 'Jak to, ty nie masz majtek?!', pytała - opowiada emerytowana krawcowa, pani Alfreda
Co najbardziej podoba się pani w dzisiejszej modzie?

Różnorodność. Jest uniwersalna. I to, że nie widać, kto skąd przyjechał. Miasto, wieś, teraz nie sposób rozpoznać człowieka po stroju. Nie rzuca się to w oczy tak jak kiedyś.

A pani pamięta te czasy, gdy strój określał tego, kto go nosił?

Dużo opowiadała mi matka. Mój dziadek urodził się w 1864 roku. W tym samym roku urodziła się babcia, oboje na wsi. W tamtych czasach nie mówiło się 'dziewczęta i chłopcy', ale 'dziewuchy i chłopaki'. Wieś i miasto to były dwa światy. Od razu było widać, kto skąd pochodzi.

Dlaczego?

Ludzie na wsi byli samowystarczalni. Zimą w domu stały olbrzymie warsztaty, na których ludzie tkali - cieniutkie, grubsze płócienko. Na koszulę u góry było cieńsze, u dołu grubsze. To dolne nazywało się nadołek. Wszystkie dziewuchy miały koszule do ziemi. To była typowo wiejska moda. Chodziły w tym cały dzień. Na to spódnica i bluzka. Kobiety nosiły kolorowe spódnice, bo kupowało się już jakieś materiały.

Gdzie się kupowało te tkaniny? We wsi?

Nie tam! Wieś to była ciemna wieś. Tam było tylko maleńkie miasteczko w pobliżu Otwocka. Może tam kupowali? A za Wisłą to już w ogóle rozciągał się inny kraj. Za nią jak za granicą była inna kultura. Mężczyźni wyglądali tak jak na obrazach u Chełmońskiego. Duża, luźna koszula, biała, koniecznie przepasana. I gacie. To był strój normalny, ale kiedy mój dziadek chodził do kościoła, miał piękny garnitur, czarny. Miał laseczkę, koszulkę taką specjalną na jeden guziczek i czarne pantofle.

Jak utrzymywano to w czystości?

Matka wystawiała miednicę na deszczówkę. Do niej dodawało się ług (szare mydło sprzedawane w beczkach). To wszystko razem się moczyło i dodawało się jeszcze jakiegoś zielska. A potem zawijało się całe pranie w prześcieradło, brało na plecy i dziewucha leciała do jeziora. Kładło się na brzegu i waliło deską, tak zwaną kijanką. Wytłukiwało się ten brud.

A zimą?

Tak samo. Szło się z tym mokrym praniem na plecach do przerębli. Matka mówiła, że nieraz to zamarzało im po drodze. Ale nikt się nie zaziębiał. To były inne czasy, inni ludzie, inne zdrowie. Ludzie mieli siłę i odporność. Zwłaszcza kobiety.

Jak ubierali się pani rodzice? Nadal obowiązywała ta sama moda?

Raczej tak. Mama, jak wychodziła za mąż, miała 22 lata. Była zobowiązana uszyć ojcu koszulę, bo wszystkie panny szyły pierwszą koszulę dla męża. I jakiś materiał musiały nabrać - nie mówiło się wtedy: kupić.

Czemu: nabrać?

Od nabrania na miarę... Mój ojciec już koszulę miał, od pierwszej narzeczonej. Miał buty z cholewami i specjalne spodnie do tych butów, bryczesy. Miał oczywiście marynarkę i w tym szedł do ślubu. A moja mama miała sukienkę też uszytą własnoręcznie, nie z tiulu, bo wtedy nie było, nie z jedwabiu, tylko z jakiegoś cienkiego płócienka. Miała welon, także z płócienka. I były wtedy takie sztuczne nakładane girlandy, więc ona też miała. Ale moja mama szła do ślubu bez majtek.

Inne panny też nie miały majtek?

Tak. Ta część garderoby nie była znana. Matka znała majtki tylko z opowiadań kuzynki, która przyjeżdżała z Warszawy. 'Jak to, ty nie masz majtek?!' - dziwiła się ta kuzynka. Ale tam nie noszono.

Zimą też?

Mama opowiadała, że kobietom było wtedy ciepło. Nie marzły. Zresztą jak tylko przychodziła wiosna, wszyscy ściągali buty. Nakładali je w niedzielę przed samym wejściem do kościoła. A matka majtki zaczęła nosić dopiero w Warszawie.

Kiedy przyjechała do Warszawy?

Po ślubie. Może w 1923 roku?

Co czuła, stykając się z tak inną modą w stolicy?

Doszła do wniosku, że nie ma w czym chodzić. Od razu było widać, że to dziewucha ze wsi. Mama musiała po troszeczku, od początku ubrać się, dostosować długość i materiały. Ale za kilka lat, to ja sama już dobrze pamiętam, mama nosiła pantofle na francuskim obcasie. Już miała piękne sukienki ze sztucznych jedwabi, w kwiaty. I te materiały nosiła do krawcowej, więc już ubierała się elegancko.

Jakie miała uczesanie?

Nie było trwałej, ale miała karbówkę. Robiła sobie ciągle loczki, kupiła kilka kapeluszy. No i pudrowała się. To już był taki przeskok. Ale kiedy wychodziła na miasto, to chociaż miała porządny płaszczyk i palto, nakładała chustkę. Później te chustki były już cieńsze, szydełkowe, i pamiętam, że jak matka szła po zakupy na Kercelak, to zawsze w chustce.

Inne warszawianki też nosiły chustki?

W naszej kamienicy kobiety nosiły, na ich tle mama się nie wyróżniała.

A ojciec? Czy też zasymilował się równie szybko?

Tak, bardzo. Ale on później wrócił na wieś, bo stracił pracę. Matka zresztą też wróciła, stąd dość duża huśtawka w kwestii stroju. Matka tylko w niedzielę nosiła to, co przywiozła z Warszawy. Poza tym wróciła do ubrań noszonych powszechnie na wsi. I nie znała nadal nocnej koszuli. Sypiała w dziennej z cienkiego płótna. Tak jak nie znano kapci i po mieszkaniu chodzono w pantoflach.

Pamięta pani jakieś charakterystyczne elementy ubioru z czasów okupacji?

Zielone wojskowe płaszcze, długie do ziemi, porzucone przez uciekających żołnierzy ze strachu przed niewolą. Ludzie to zbierali i przerabiali na ubrania. Zresztą po wojnie, w 1946 roku, w Warszawie młodzież studencka chodziła jeszcze w takich płaszczach. Czapka z politechniki - wiśniowa. Biała - z uniwerku, z medycyny. I te płaszcze do ziemi. Dobrze pamiętam... A w okupację warszawiacy często przyjeżdżali na wieś i tam za kiełbasy, jajka, słoninę, ziemniaki oddawali piękne ubrania. Tak więc wieś stała się nagle zaopatrzona w modne stroje. Ponadto w tym czasie ludzie wykupywali z miasta garnitury męskie, z których szyło się kostiumy dla dziewcząt. Ja też miałam z przerobionego garnituru prześliczną spódniczkę i marynarkę.

W tym pani jechała do Warszawy?

Tak. To miałam w chłodne dni jako sweter, w cieplejsze - jako elegancki ubiór, w ogóle jako wszystko. A jak matka pojechała w 1945 roku na ziemie poniemieckie, gdzie myślała zostać, ale ostatecznie się nie zdecydowała, to przywiozła mnóstwo różnych gałganów. To nie były ubrania, lecz kawałki, kawałeczki, na podszewki, na spódniczki. I ja sobie tam, na wsi, szyłam spódniczki, z klinów. Klin zielony, klin niebieski. Z tymi dwiema spódniczkami w 1946 roku przyjechałam sama do Warszawy. I jeszcze z tych kawałeczków poszyłam sobie dwie cienkie bluzeczki, tak jak umiałam. Miałam jeszcze jedną parę pończoch - to było wszystko.

A co na zimę?

Matka kupiła mi na bazarze palto. A pod spodem oczywiście cienka bluzeczka, chociaż były silne mrozy. No i ten kostium. A jak pewnego wiosennego dnia zobaczyłam po zdjęciu palta mój kostium, to stwierdziłam, że jest brudny. Nie było mnie stać na pralnię. Wstydziłam się tego - bo ja w tym kostiumie przez cały rok pracowałam. I postanowiłam go sama uprać. A miałam przy samym suficie jedną małą żaróweczkę. Uprałam ten żakiet i prasowałam całą noc, żeby wysechł. Kiedy rano popatrzyłam, stwierdziłam, że jest cały przyżółcony. I zaczęłam czyścić go octem jak spaleniznę, żeby zeszło. Poszłam do sąsiadki, żeby pożyczyła mi sweter - tylko do pracy - ale nie chciała. Więc poszłam w tym żakiecie do pracy, trzymając rękę na największej plamie, by ją zakryć. A potem zrobiło się już ciepło i nosiłam bluzki oraz spódnice poszyte z klinów.

Co było dalej?

Jak przyjechałam do Warszawy, to zatrzymałam się u ciotki, która popatrzyła na mnie i zapytała: 'Dziecko, a ty masz koszulę nocną?'. 'Nie, ciociu. My nie mamy czegoś takiego'. Na to ciotka: 'Ojej! A ty masz szlafrok?'. 'No, nie mam'. Ciotka zdziwiła się: 'A matka?'. Odpowiedziałam, że też nie ma. Co ciekawe, ciotka znała te rzeczy jeszcze przed wojną. Więc powiedziała: 'Dziecko, nabierz sobie materiału' - bo ciotka jeszcze mówiła po wiejsku - 'to ja ci uszyję szlafrok i koszulę'. I uszyła mi piękny szlafrok do ziemi z tkaniny podobnej do aksamitu. A ja paradowałam w nim szczęśliwa. Nawet na zebranie lokatorów szłam w tym szlafroku. Ale kobiety przychodziły w szlafrokach, nie byłam jedyna.

A co na te przemiany pani mama?

Co sobotę i niedzielę jeździłam do rodziny. W sobotę zawsze pracowało się sześć godzin, więc po pracy jechałam na wieś. Jak mnie moja matka zobaczyła w koszuli i szlafroku, to zareagowała: 'Popatrz, ojciec, jaka nasza córka pani! Już nie nosi normalnych rzeczy, tylko koszulę nocną sobie sprawiła!'. To nie była radość, ale drwina. Jakbym się chciała podszyć się pod kogoś innego. Odczułam to jako prześladowanie, już nie wpasowywałam się w domową modę, a to było źle przyjęte.

Długo nie akceptowała tych zmian?

Przyglądała mi się, jak przyjeżdżałam i nosiłam te koszule. W końcu zaczęła się interesować, czy to praktyczne. Wreszcie podarowałam jej koszulę. Wtedy przekonała się szybko. 'Ojciec, jakie to wygodne!' - powtarzała. A kiedy przyszedł ksiądz po kolędzie, moja matka powitała go w czyściutkiej koszuli, chcąc pokazać, jaka jest nowoczesna.

Jest coś, co nie podoba się pani we współczesnej modzie?

Tak. Nie podoba mi się, że kobieta przestała być kobietą. Dla mnie kobieta i sukienka, spódniczka oraz jakaś zwiewna bluzka - to jest cała kobiecość. A teraz są kobiety półchłopy. Wszystkie noszą spodnie! Przecież kobieta po to ma ładne ciało, talię, piersi, żeby nie była tym prostym chłopem, który wstydzi się pokazać nogi, bo ma owłosione. Przecież on nie może założyć spódnicy, jak by wyglądał? Kiedyś kobieta przyciągała gracją, bo potrafiła się pięknie poruszać. To należało do kokieterii kobiet. Teraz nie ma mody, żeby kobieta starała się ładnie chodzić. Dzisiaj są po prostu baby, i to takie, które upodobniły się do chłopów.

Dlaczego tak się stało?

Bo tak jest najprościej. Spódniczkę trzeba dokładnie uprasować, powiesić, a nie włożyć, zdjąć i rzucić byle gdzie. Również bluzeczki. Te bawełniane są wygodne, ale gdzie im do jedwabnych, ażurowych! Teraz już takich nie ma i nie ma potrzeby, żeby takie szyć. A facet? Było niedopuszczalne, żeby ufarbował włosy, włożył korale. Nastąpiła odwrotna sytuacja. Mężczyźni stali się niemęscy. Stali się babami i stracili przez to coś ze swojego autorytetu. A czemu? Bo zmieniły się społeczne wymagania - mężczyzna już nie musi być głową rodziny. Pewnie dlatego w taki sposób zmieniła się moda.

Więcej o: