Prof. Bauman: Miłość nie jest 'cool'

Rozmowa z prof. Zygmuntem Baumanem - socjologiem, filozofem, eseistą, autorem wielu książek na temat współczesnej kondycji świata i człowieka
Czy w dzisiejszym świecie jest miejsce na to, co sentymentalni pisarze nazywają 'prawdziwą miłością' - wzniosłą, bezinteresowną, dozgonną?

W moim świecie takie miejsce się znalazło. A ściślej mówiąc, zostało stworzone, choć nie bez wysiłku, i obronione przed najazdami. Nie wmawiam sobie, że jest ten przypadek wyjątkiem. Nie mylmy statystycznych trendów, kulturowych preferencji, norm zachowania z 'prawami historii' czy jakkolwiek inaczej nazwanym musem, któremu ludzka rogata dusza nie mogłaby się przeciwstawić.

Miłość może być przeżywana jako prawdziwa na liczne sposoby, ale jeśli człowiek chce i jeśli z uporem to realizuje, to dla każdego ze sposobów jest w każdej epoce miejsce. Tyle że każda epoka jest dla jednych sposobów gościnniejsza niż dla innych. Jedne rośliny przyjmują się lepiej i bujniej kwitną na glebach zasadowych, inne na kwaśnych. Ale jak się człowiek uprze, to wonną różę i na piaskach wyhoduje.

Pytam, bo pisał pan, że seks i związki intymne stały się dziś sferą konsumpcji. Są tymczasowe, podatne na modę i marketingowe zabiegi. Czy sądzi pan, że ludzie odczuwają z tego powodu stratę? Miłość romantyczną wymyślono przecież w średniowieczu. Być może więc to tylko produkt epoki historycznej, która przeminęła...

To prawda, uznaje się zazwyczaj za narodziny miłości romantycznej zawodzenia średniowiecznych trubadurów. Na jej wizję składają się jednak dwa założenia, które można znaleźć już w Platonowej 'Uczcie' - że wśród milionów dusz kryje się gdzieś ta jedna, jedyna, z wszystkich najwspanialsza i dla mnie przeznaczona, i że winienem ją odnaleźć oraz dochować jej wierności dozgonnej...

To także prawda, że oba te założenia straciły dziś sporo ze swego społecznego autorytetu, a jeszcze więcej ze swej popularności. Czy się przez to gdzieś w zakamarkach świadomości lub podświadomości (zwłaszcza młodych) rzadziej dziś kołaczą i czy rzadziej są przedmiotem marzeń, trudno orzec. Nagabywani przez ankieterów ludzie skłonni są zdawać egzamin z bycia na czasie - mówić nie to, co czują, ale co jest w danej chwili 'cool'; zaś miłość skupiona na jednej tylko osobie, i to na wieki, stanowczo nie jest 'cool' w naszych czasach, uznających pogoń za nowymi doznaniami za przepis na życie szczęśliwe. Anthony Giddens pierwszy wśród socjologów odnotował zmierzch miłości romantycznej i tendencję do jej zastąpienia modelem miłości 'współbieżnej' (ang. confluent). Partnerzy nie spodziewają się już po niej trwania 'aż śmierć ich rozdzieli', ale do czasu, gdy satysfakcja, jaką się z niej czerpało, wyczerpie się do reszty lub skurczy na tyle, by się nie umywać do radości obiecywanych przez innych partnerów. Podobnie jak pan Giddens uznał, że nad tą przemianą nie ma co łez ronić - w końcu zwiastuje ona wyzwolenie od pęt krępujących przyszłe wybory. Dodałbym, że w świecie migotliwych szans o motylim żywocie śluby na wieczność nie są propozycją ponętną. Ale dodałbym także, że wymieniając wzór romantyczny na model miłości 'współbieżnej', coś się wprawdzie zyskuje, ale coś się też traci (jak twierdzą Anglicy, nie ma darmowych lunchów). Choćby, błogie wszak, poczucie pewności i bezpieczeństwa. Do zawarcia 'współbieżnego' związku trzeba zgody dwojga partnerów; do jego zerwania wystarcza decyzja jednego. Żaden z partnerów nie może spać spokojnie: a co, jeśli to on(a) pierwszy(a) zdecyduje, że za płotem trawa zieleńsza?! Naszpikowanie związku podobnymi niepokojami czyni go jeszcze kruchszym. Partnerzy zmożeni lękiem nie zechcą się przywiązywać zbyt mocno, by mniej ich zabolało, gdy więzy będą zrywane.

Ludzie są dziś mniej szczerzy wobec partnerów niż kiedyś?

Zderzają się dziś ze sobą dwie tendencje, a wyników tego zderzenia jeszcze porządnie nie przebadano. Z jednej strony jest tendencja do rozluźniania i spłycania stosunków sprowadzanych czasem do wzajemnego świadczenia określonych usług. Wiernie tę tendencję wyrażają przenośnie powszechnie dziś używane w języku stosunków międzyludzkich, takie jak 'surfowanie', czyli ślizganie się po powierzchni, lub 'potrzebuję więcej przestrzeni', czyli 'do takich czy innych moich spraw się nie wtrącaj'. Ale jest i druga tendencja - o dokładnie przeciwstawnym kierunku. Francuski socjolog o wyjątkowo przenikliwym oku Alain Ehrenberg umiejscowił nawet moment jej narodzin. Pewnej jesiennej środy 1985 roku niejaka Vivianne poskarżyła się przed kamerami telewizji francuskiej, na oczach paru milionów świadków, że z powodu skłonności do przedwczesnego wytrysku, na którą cierpi jej mąż Michel, nie doznała ani razu orgazmu w swym małżeńskim życiu. W tym to momencie, sugeruje Ehrenberg, pękła uświęcona granica między tym, co prywatne, osobiste i intymne, a tym, co publiczne. A ja dodam, że odtąd Francuzi, ale nie tylko Francuzi, żyją w świecie, w którym w konfesjonałach, owych przybytkach tajemnic, z jakich zwierzać się należy tylko Bogu, ustawiono mikrofony, zamontowując głośniki na placach publicznych, miejskich i telemiejskich, czyli tych usadowionych w studiach telewizyjnych. Zewsząd dochodzą nas dziś wołania o kawę na ławę lub, jak by nasi wschodni sąsiedzi powiedzieli, o duszę na raspaszku, czyli wywróconą na nice, podszewką na wierzch... Dzisiejsze oczekiwania szczerości i chęć sprostania im miotają się pod ciśnieniem tych dwu tendencji, którym poddać się naraz nie sposób, a i stawić czoło okropnie trudno.

Może to po prostu owoc rewolucji seksualnej, która wyzwoliła seks z ograniczeń, jakie nakładała na ludzi tradycja, i przyniosła im samorealizację?

Trwałą pozostałością tego, co pan nazywa rewolucją seksualną, jest w pierwszym rzędzie separacja seksu od prokreacji. Mówię 'w pierwszym rzędzie', bo ów pierwszy krok zapoczątkował długą serię przeobrażeń w sferach na ogół z seksualnością niekojarzonych, poczynając od natury związków międzyludzkich, umeblowania i oprzyrządowania sceny publicznej, poprzez język potoczny i mechanizmy gospodarcze, na obyczajach salonowych kończąc. Seks utracił rolę spoiwa tkanki społecznej. Bez pigułki antykoncepcyjnej lub jakiegoś jej ekwiwalentu trudno byłoby sobie ową rewolucję wyobrazić... Odseparowany od prokreacji seks uwolniony został nie tyle od ograniczeń tradycji, ile od długofalowych konsekwencji krępujących swobodę ruchów i wyborów w najrozmaitszych innych dziedzinach życia. Libido można teraz, gwoli Freudowskiej zasady przyjemności, wyładowywać bez popadania w konflikt z zasadą realizmu. W społeczeństwie coraz bardziej wzorowanym na rynku konsumpcyjnym stał się seks seksrozrywką podobną do innych rozrywek, aktem epizodycznym, wolnym od nużącego wymogu czasochłonnych przysposobień i odstraszającego prawdopodobieństwa długotrwałych a trudnych do przewidzenia konsekwencji. Coś w rodzaju zakupu willi bez zaciągania długu i obciążania hipoteki... Zauważę z miejsca, że nie pomawiam pigułki o determinację rewolucji seksualnej. Była ona po prostu wynalazkiem na czasie, pasowała jak ulał do nowych warunków życiowych, do jakich człowiekowi byłoby diabelnie trudno dostosować się przy jej braku.

W Polsce pokolenie dwudziesto- i trzydziestolatków często wydaje się w sprawach obyczaju bardziej konserwatywne od pokolenia rodziców. Z sondaży wynika, że młodsi rzadziej niż starsi akceptują rozwody, pozamałżeński seks, prostytucję czy przerywanie ciąży. Z drugiej strony jednak deklarują wprawdzie, że pozamałżeńskiego seksu nie akceptują, ale bez wątpienia powszechnie go uprawiają. Czy to nawrót do konserwatyzmu?

W tej sprawie wyrok jeszcze nie zapadł... Ława przysięgłych, jak powiedzieliby Anglicy, jeszcze z obrad nie powróciła. A znów sondażowych wieści bez warząchwi soli przyjmować nie należy. Sam pan zauważa, że są tacy, co seksu pozamałżeńskiego nie akceptują, ale go uprawiają. A kto ich zliczy?! I jak? Jednego tylko można być pewnym: że młodzi częściej buszują po internecie i znacznie lepiej niż starsi, co raczej żyją wspomnieniami i kierują się nawykami, wiedzą, co w trawie piszczy, co jest 'cool', a co obowiązkowym hasłem wstępu do przyzwoitego towarzystwa. Potępienie rozwodów i pozamałżeńskiego seksu godzi się najlepiej z niechęcią do wiązania się ślubami małżeńskimi. Gdy się 'żyje razem', bez ślubowań, na próbę - rozwód nie grozi, a żaden seks nie będzie pozamałżeński. Co innego potępienie rozwodu i małżeńskiej zdrady znaczy u tych, którym spieszno do ołtarza, a całkiem co innego u tych, którzy bronią się przed nim, jak mogą. A dla młodych niezamykanie opcji, niezgoda na podejmowanie zobowiązań na wieki i odcinanie drogi powrotu są jedną z niewielu trwałych dewiz życiowych. Stadeł niezarejestrowanych albo i dochodzących wciąż przybywa. Więc, oględnie mówiąc, na dwoje sondażowa babka wróży.

Dlaczego ludzie coraz częściej poszukują partnerów przez internet? Umawiają się na randki - albo tylko na seks - anonimowo i na odległość? Co to o nas mówi?

Czy pamięta pan film Hala Ashby'ego 'Wystarczy być' z 1979 roku (na podstawie scenariusza Jerzego Kosińskiego)? Dziś ten film zdaje się proroczy - zważywszy, że nakręcony był sporo lat przed dotarciem internetu pod strzechy... Bohater filmu lokaj Chance, grany przez Petera Sellersa, spędził dorosłe życie w rezydencji swego pana, kontaktując się ze światem zewnętrznym jedynie za pośrednictwem telewizyjnego ekranu. Po śmierci pana zmuszony był dom opuścić. Wyszedłszy na ulicę, natknął się na orszak zakonnic w czarnych habitach. Wyraźnie zatrwożony nieznanym mu dotąd zjawiskiem wyciągnął z kieszeni telewizyjnego pilota, z którym się dotychczas nie rozstawał, i gorączkowo, choć ku swej rozpaczy daremnie, próbował skasować nieprzyjemny widok... To odpowiedź na pańskie pytanie. Zawarte w internecie związki też można skasować - równie szybko, sprawnie i bezboleśnie jak się je zawiązało. Życie online wyposażone jest w kamień filozoficzny alchemików międzyludzkich związków, którzy szukają sposobu na więzy, które są nie do zdarcia, dopóki bawią, ale łatwe do sprucia, gdy bawić przestają. Tym kamieniem filozoficznym jest klawisz z komendą 'wymaż' (delete) - którego to klawisza w życiu offline boleśnie brak. W życiu offline trzeba upatrzoną na partnera osobę mozolnie kusić i uwodzić, trzeba się jej przypodobać, zabiegać o jej względy - a wszystko to nic w porównaniu z utrapieniami, jakie walą się na człowieka w chwili, gdy partnerstwo zbrzydło. Nie ma wtedy końca pretensjom i usprawiedliwianiu się, wymówkom i kłamstwom... A przecież gdyby przykroić offline'owe życie na miarę online'owego, byłby pod ręką klawisz, który by całej tej harówce położył kres! Nie dziw, że bary dla samotników pustoszeją i bankrutują, gdy dochody internetowych agencji towarzyskich pęcznieją. Jak to dosadnie określiła Emily Dubberley, autorka wielce popularnej w Wielkiej Brytanii książki 'Brief Encounters: The Women's Guide to Casual Sex': 'To tak, jakby się zamawiało pizzę... Teraz możesz po prostu pójść online i zamówić genitalia'. I dodajmy: możesz też się ich łatwo po użyciu pozbyć, jak się pozbywasz niedojedzonych resztek nie dość smacznej pizzy. Agencje sporządzające randki online obiecują klientom uszycie partnera na zamówienie. Kolor skóry, kolor włosów i stopień owłosienia, objętość tego czy owego, długość tego czy owego - to wszystko da się sprawdzić w online'owym katalogu, w jakim zarejestrowani miłośnicy seksu jednej nocy są sklasyfikowani. W toku tak zorganizowanego procederu zniknie już doszczętnie z widoku dręcząca w innych sytuacjach okoliczność, że partner seksu jest osobą, a więc też, o zgrozo, podmiotem... W katalogu smacznych kęsków nie znajdziesz człowieka, więc kłopot z głowy. Bieda (bieda?) w tym tylko (tylko!), że komunia dwojga ludzi (znana potocznie i przez poetów opiewana mianem miłości) nie jest przedmiotem znalezionym (choćby i w najbogatszym katalogu!), ale wytworem uszczęśliwiającej a pełnej przeszkód i pułapek, żmudnej pracy dwojga ludzi powodowanych wzajemną troską o szczęście partnera. Pracy dokonywanej co dnia i co dzień podejmowanej na nowo.



Więcej o: