Mąż z sieci

Urocza historia związku, który zaczął się w sieci.
Cała historia zaczyna się nieco ponad sześć lat temu w styczniu 2003. Od pewnego czasu, dokładniej od zakończenia studiów i bardzo bolesnego rozstania z moim ówczesnym narzeczonym nie potrafiłam z nikim związać się na stałe. Spotykałam się co prawda z kilkoma nawet sympatycznymi facetami, ale wewnątrz mnie panowało przerażające zimno. Nigdy wcześniej taka nie byłam, po prostu nie potrafiłam do żadnego z nich się zbliżyć. Po tamtym rozstaniu żadnemu też nie chciałam zaufać. Gdy tylko pojawiała się szansa na coś w miarę trwałego, niszczyłam to. Zaczęłam wtedy bardzo dużo pracować. Praktycznie cały mój czas wypełniały jakieś zajęcia. Kiedy pojawiał się weekend byłam szczęśliwa jeśli akurat musiałam być w pracy. Ale gdzieś tam na dnie serca czułam się na prawdę samotna.

Któregoś dnia moja mama pokazała mi tekst w Gazecie Wyborczej o nowo powstającym serwisie randkowym. Chodziło oczywiście o cafe.pl. Początkowo byłam bardzo sceptycznie nastawiona, miałam za sobą kilka randek z osobami poznanymi w sieci - totalna porażka! Mama jednak mnie namawiała: "Wejdź i zobacz co to jest. To jest Gazeta a nie jakiś portal dla małolatów. Na pewno będą tam normalni ludzie".

No i mnie namówiła. Weszłam, najpierw jako anonimowy gość - i rzeczywiście, inni użytkownicy wydali się być "zwykłymi ludźmi". Podobała mi się ankieta dołączana do profilu, a także to, że nie trzeba było udostępniać swojego maila. Zarejestrowałam się jako tofi. I do dziś nie mam pojęcia dlaczego wybrałam ten nick.

Muszę przyznać, że na odzew nie czekałam zbyt długo. Oczywiście zaczęłam odpisywać. Najczęściej odpowiadał robo, pisał przesłodzone i pełne zdrobnień posty. Początkowo było to zabawne i miłe. Nareszcie z kimś flirtowałam!!! Ale po pewnym czasie, kiedy robo wciąż pisał w ten sam sposób, unikając jednocześnie tematu spotkania i nie zdradzając nic na swój temat, przestało mi się podobać. Porażka - stwierdziłam - widocznie mam być w życiu sama, bo trafiają mi się same pomyłki. Obiecałam sobie nie wchodzić na cafe.pl. Wytrzymałam może jeden dzień.

Ciekawość w końcu zwyciężyła i bardzo dobrze, bo pojawił się tam post od kermita. I był to post różny od wszystkich innych, ponieważ była to... zagadka architektoniczna. Oboje mieszkaliśmy w Gdyni, a ja miałam odgadnąć o jakim budynku pisał kermit. Podjęłam wyzwanie. Potem były kolejne zagadki i kolejne. Zaczęliśmy opisywać to co widzimy dookoła siebie, gdy piszemy posty. Potem odkrywaliśmy swoje imiona, zaczął kermit - od trzeciego. Zaczęłam czekać na wiadomości od niego. Kiedy skrzynka była pusta nie mogłam się na niczym w pracy skupić. Coś takiego, taki stan, nie przydarzyło mi się od dawna!!!

Wymieniliśmy maile i numery telefonów. Okazało się, że łączy nas dużo więcej niż miłość do Gdyni i jej architektury. Także miejsce studiów i niektórzy znajomi. Ale wciąż nie wiedzieliśmy jak wyglądamy. W końcu pewnej soboty, kiedy wybrałam się z mamą na zakupy i akurat zakładałam w przymierzalni spodnie, dostałam sms-a "Dzisiaj o 21?"

"MAMOOOOOOO" - wyskoczyłam z przebieralni - "jedziemy do domu, spotykam się z NIM!!!!" Oczywiście spodni nie kupiłam. Sms-owo uzgodniliśmy szczegóły. Mieliśmy spotkać się pod nieczynnym kinem Warszawa, a on miał mieć w ręku gazetę.

Szłam na spotkanie dziwnie spokojna i zdenerwowana jednocześnie. Zapewniłam mamę, że na pewno będę w domu przed 22, więc spokojnie może do mnie zadzwonić. Jako początkujący wówczas kierowca, zafascynowany swoim autem i w ogóle motoryzację, pomyślałam sobie: "proszę, niech się chociaż zna na autach". Nie zdawałam sobie sprawy jak prorocze były to słowa.

Pod kinem stał olbrzymi, łysy, potwornie umięśniony facet z różą w ręku. "O nie! Boże! Nie możesz mi tego zrobić!" - pomyślałam Nie mógł. Bo nagle z głębi wyłonił się ktoś z gazetą w ręku. O coś mnie zapytał, odpowiedziałam. Popatrzyłam tylko w jego oczy i coś we mnie szepnęło mi, że będę się w nie patrzeć jeszcze dłuuuuuuuugo. Poszliśmy do cafe Strych. Żadne z nas nie zauważyło, kiedy minęła północ.

Prawdę mówiąc kiedy minęły kolejne miesiące, też nie bardzo wiedzieliśmy oboje. Wydarzenia nabrały zawrotnego tempa. W czerwcu się zaręczyliśmy, 25 grudnia odbył się nasz ślub.

Co do proroczych słów o motoryzacji, okazało się, że Marek - tak nazywa się mój mąż - jest nie tyle fanem aut, co bardziej dokładnie tzw. youngtimerów. Na dodatek ma na własność Fiata 1100, którego sam doprowadził do stanu używalności. Zna się przy tym świetnie na mechanice. Należy do klubu motoryzacyjnego i bierze udział w rajdach na orientację. Trafił więc swój na swego. Przez te 5 lat małżeństwa sporo przeszliśmy - trzeba się było "dotrzeć", tak jak dociera się każde auto. Na szczęście oboje kochamy nasze cztery kółka.