Miłość, co za wynalazek

Miłość jest - wybaczcie - wbrew naturze. Każdy może zrobić test: kiedy wieczorem kładzie się do łóżka obok ukochanej, niech się zastanowi, że robi coś intymnego z kimś, kogo wcześniej nie znał, kto był obcy
Adam Leszczyński: Napisał pan doktorat o miłości. To temat dla socjologa?

Maciej Gdula*: Pisali o niej kiedyś klasycy socjologii, i to zupełnie na poważnie. Potem miłość przejęła psychologia - bo się zajmowała badaniem niepowtarzalnych osobowości. Socjologowie zainteresowali się nią znowu, kiedy miłość się upowszechniła.

Jak to? Kiedyś miłości nie było?

- Nie w takiej formie jak dziś. Nawet jeśli istniało coś takiego jak miłość romantyczna, to nie we wszystkich klasach społecznych i nie jako powszechne doświadczenie.

Świetnie to widać, gdy analizuje się historię rodziny. Mamy dziś zupełnie fałszywy obraz tradycyjnej rodziny: takiej, w której wszyscy się kochali, żyli razem w rodzinnym cieple od małżeństwa do śmierci, a umierali prawie w tym samym momencie, otoczeni wianuszkiem wnucząt.

Tymczasem normą było, że ludzie mieli dzieci bez miłości. Dużo krócej żyli, małżeństwo więc zwykle trwało krótko. Często różnica wieku między kobietą i mężczyzną była duża. Bardzo często kobiety umierały młodo - przy porodzie albo z powodu powikłań po nim. Dlatego wiele rodzin było rekombinowanych, np. schodził się wdowiec z dwójką dzieci z wdową z trójką dzieci. Poza tym rodzinę zakładano przede wszystkim ze względów ekonomicznych.

Chłop wybierał żonę zdrową, robotną i z dobrym posagiem?

- Oraz taką, która dzieci urodzi. U elity - arystokracji i zamożnego mieszczaństwa -liczyły się jeszcze nadzieje na spadek. Dopiero jakieś 200 lat temu miłość zaczęła odrywać się od ekonomii.

Wczasach romantyzmu ludzie zaczynają myśleć, że sama w sobie ma wartość.

Ideałem staje się małżeństwo z miłości, a nie z rozsądku.

W literaturze tamtych czasów dobrze widać napięcie pomiędzy majątkiem a uczuciem. Krasiński pisał: "Śpię snem fabrykanta Niemca przy żonie Niemce". Czyli: "Żenię się z dla rozsądku, a miłość zostawiam". To się zmieniło niedawno -dopiero w XX w. miłość stała się drogą do małżeństwa.

Ludzie poczuli się tak zabezpieczeni materialnie, że stać ich na kierowanie się uczuciem przy wyborze partnera?

- Trochę inaczej. Powstały społeczeństwa masowe. Wyrosły wielkie miasta, w których ludzie zaczęli mieć kontakty z dużą liczbą anonimowych osób. Równocześnie rozwijały się bezosobowe mechanizmy, które takie kontakty ułatwiają: pieniądz, prawo, nauka, biurokracja. Tradycję zastąpiło bezosobowe prawo.

Socjologowie tak opisują nowoczesność - jako rozwój bezosobowych zasad rządzących życiem. Kiedyś np. gospodarka działała w dużej mierze bez pieniądza. Ludzie produkowali na swoje potrzeby i wymieniali się produktami. Dziś coraz więcej wymiany odbywa się przez pieniądz.

Kiedyś człowiek miał głównie relacje osobiste, ale były płytkie. Teraz mamy wiele relacji bezosobowych i mało osobistych - ale za to głębokie?

- Właśnie! Relacje między ludźmi w małych społecznościach były płytkie, bo te społeczności były mało skomplikowane i dość izolowane. Skupione na pracy. To świetnie widać u Ludwika Stommy w jego tekstach o wsi polskiej. Tradycyjna rodzina opiera się często na przemocy. O tym się często nie mówi - ludzie byli dla siebie bardzo, bardzo brutalni. Przemoc regulowała życie rodzinne w rodzinach chłopskich.

Najsilniejszy tłukł pozostałych? To przerażające.

- Ale dobrze udokumentowane! W nowoczesnym społeczeństwie to się zmienia. Powstaje głód głębokich relacji - jako antidotum na anonimowość życia w masowym społeczeństwie. Ludzie stają się też mniej brutalni. Relacje w rodzinie w dużym stopniu kształtujemy przez manipulowanie emocjami, argumenty, pogłębianie kontaktu, a nie przez przemoc lub przymus ekonomiczny - "jak mnie nie posłuchasz, nie dam ci pieniędzy". Jednocześnie chcemy wiedzieć, co myśli moja ukochana czy ukochany. Takie pogłębienie relacji z Innym stało się możliwe dzięki miłości. Dla mnie miłość to właśnie pogłębione reguły komunikacji z inną osobą.

A ludzie myślą, że nie ma nic bardziej naturalnego niż miłość.

- To jedna z najmniej naturalnych rzeczy. Każdy z nas może zrobić test: kiedy kładzie się wieczorem do łóżka obok ukochanego czy ukochanej, niech się zastanowi, że robi intymną rzecz z kimś, kogo wcześniej nie znał, kto był kiedyś zupełnie obcy. Takie zbliżenie jest, w jakimś sensie, nienaturalne. Miłość to umożliwia, i to jest piękne.

Czyli na miłość stać tylko bogatych?

- To nie jest tak, że biedni nie kochają albo że bogaci kochają bardziej. Ale rzeczywiście miłość pojawia się w społeczeństwach bogatych. Nawet nie przede wszystkim w wymiarze materialnym, lecz kulturowym. W takich społeczeństwach - w których istnieje lepszy obieg książek, prasy itd. - rodzą się złożone kontakty między ludźmi.

Może miłości więc nie ma, a ludzie są tylko chodzącymi pojemnikami na geny? Wydaje mi się, że kocham, a naprawdę zależy mi tylko na magicznej proporcji pomiędzy biodrami a talią?

- Tak mówi socjobiologia. Mam z nią problem, bo tłumaczy skomplikowane zjawisko, jakim są związki między ludźmi, jednym prostym konceptem: że każdy z nas jest niewolnikiem biologicznego przymusu rozprzestrzeniania swoich genów. Tylko po co wtedy miłość? Rozmnażać się można i bez miłości. Kiedy związek rozpada się po trzech latach, zwolennicy socjobiologii mówią, że chodzi o geny. Kiedy trwa dwadzieścia - też chodzi o geny. Kiedy ktoś ma dwóch partnerów przez całe życie - geny. Kiedy dwudziestu - również geny...

Spróbujmy powiedzieć naszej partnerce albo partnerowi: "Słuchaj, zdradziłem cię wczoraj, ale nie miej do mnie pretensji. Jestem tylko automatem, który rozrzuca geny". Socjobiologia pomija intymną relację pomiędzy jednostkami. Zdrada dlatego nas dotyka, bo oznacza, że nie jesteśmy tacy wyjątkowi, jak nam się wydawało.

Skoro miłość jest indywidualna, dlaczego ludzie dobierają się w tak przewidywalny sposób? Wiemy np., że mężczyźni zakochują się częściej w atrakcyjnych i młodych kobietach niż w brzydkich i starych. A kobiety częściej wybierają mężczyzn o wysokiej pozycji - majątku, władzy - niż nieudaczników. Mówi pan o wyjątkowości związków pomiędzy ludźmi, a ja tu widzę zimne reguły doboru naturalnego.

- Oczywiście pewne reguły obowiązują. Ale to nie jest tylko tak, że ładne kobiety znajdują bogatych mężczyzn. Główna zasada doboru jest inna - ludzie znajdują partnerów w swoich klasach społecznych, bo łączy ich podobne widzenie świata. Opisywał to francuski socjolog Pierre Bourdieu. Części mężczyzn będzie się podobała wyrazista uroda, a z kolei kobietom, które w wyrazisty sposób budują swój wizerunek, będą się podobali atletyczni mężczyźni.

I dlatego platynowa blondynka po solarium schodzi się z facetem po siłowni ze złotym łańcuchem na krótkiej szyi?

- Schodzą się ludzie, którzy mają wspólne zasady oceny świata - w tym zasady postrzegania tego, co atrakcyjne.

To znaczy, że miłość jest oszustwem? Wydaje mi się, że kogoś kocham, a tak naprawdę jestem niewolnikiem - tylko że nie genów, ale pozycji społecznej?

-Uczucia bywają przewidywalne, ale to nie znaczy, że są oszustwem.

Dlaczego więc rzadko spotyka się np. kobiety, które wiążą się z mężczyznami o dużo niższym statusie społecznym, np. pani profesor z hydraulikiem? Nawet przystojnym?

- To przez status społeczny. Ten mechanizm dobrze widać na przykładzie starokawalerstwa i staropanieństwa. Starzy kawalerowie to najczęściej biedni, niewykształceni mężczyźni mieszkający na wsi. Samotne kobiety to zupełnie inne osoby. Najczęściej są na tyle wysoko w społecznej hierarchii, że nie mogą sobie znaleźć odpowiedniego męża i wybierają samotność.

Wszystko da się wytłumaczyć statusem społecznym? Dlatego dobrze zarabiający facet po pięćdziesiątce łatwo znajdzie dużo młodszą partnerkę?

- Chodzi też o władzę. To element patriarchatu. Istnieje wyraźny podział w relacjach władzy pomiędzy płciami. Mężczyźni zarabiają więcej, zajmują wyższe pozycje w hierarchii. Z tym wiąże się większy wybór partnera. Za to kobiety, które mają wysoki status, mają często problem ze znalezieniem męża. Bo facet nie chce mieć żony, która dużo lepiej zarabia i ma lepszą pozycję zawodową. To buduje napięcia, uwłacza jego godności itd. Dlatego kobiety o wysokim statusie - np. prezeski firm - nie szukają męża prezesa. Chociaż też nie hydraulika.

Znam takie przypadki: kobiety naukowcy mówią, że muszą robić z siebie idiotki, by znaleźć mężów. Grają głupsze, niż są, żeby ego faceta nie było zagrożone. Dla dobra relacji. Bo żyjemy w społeczeństwie, w którym facet musi mieć poczucie, że jest kimś lepszym.

Miłość się kiedyś kończy? Trwa trzy lata, a potem ludzie są razem z przyzwyczajenia?

- Są różne teorie. Jedna mówi, że miłość trwa na tyle długo, by wychować potomstwo. Tyle lat, ile trzeba było kiedyś, by dziecko samo stanęło nogami na sawannie i podążyło za rodzicami (śmiech). Nie żyjemy już jednak - jak przodkowie - na sawannie. Dziś to trochę bardziej skomplikowane. Wiemy, że miłość z czasem się zmienia: od fazy fascynacji i gorącego uczucia przechodzi w fazę bliskości, intymności albo rutyny i przyzwyczajenia.

Wymaga też pielęgnacji. Społeczeństwo wytwarza różne narzędzia, by miłość trwała dłużej -nie tylko jako coś, co zapewnia stabilność finansową i ułatwia wychowanie dzieci, ale też daje satysfakcję jednostkom. Stąd tyle dziś poradników podpowiadających, jak radzić sobie w związku.

Ile warte są te porady?

- Kiedyś takie sfery życia jak związki intymne i wychowywanie dzieci regulowała tradycja. Każdy wiedział, jak się wychowuje dzieci - i że nic nie działa lepiej niż klaps. Dziś wiemy, że są lepsze od klapsa sposoby, i tu jest rola eksperta -pomaga nam zmieniać praktyki życiowe, niegdyś oczywiste - od mody i jedzenia po relacje z dziećmi.

Eksperci mają różne zdania?

- Napisałem książkę, w której analizuję trzy główne typy takich porad. Są między nimi pewne podobieństwa -wszyscy np. mówią, że trzeba swój związek przepracować, przemyśleć, podejść do niego refleksyjnie.

Miłość to praca?

- Tak definiują to poradniki. Świadomy wysiłek, bo nie praca zarobkowa. Propozycje ekspertów są jednak różne. Można np. traktować związek jak firmę.

Że co proszę?

- Duża grupa poradników miłosnych mówi, że powinniśmy skoncentrować się na swoich pragnieniach i potrzebach. Bo każdy z nas jest wyjątkową jednostką, która ma prawo do szczęścia. W tej optyce związek powinien przypominać - to cytat - "wizytę w salonie samochodowym": zaglądamy pod maskę, patrzymy na markę, osiągi, gwarancję, ile pali itd. W ten sam sposób możemy szukać partnera.

Tak działają przedsiębiorcy na rynku: maksymalizują satysfakcję z transakcji. Eksperta się wynajmuje, żeby zdjął nam różowe okulary i ujawnił prawdę - że związek to biznes. Poza tym ekspert podpowie, jak zarządzać partnerem - jak motywować, nagradzać, dyscyplinować, zarządzać sytuacją kryzysową... Dokładnie takiego języka się używa.

Mnie ta wizja przeraża, bo uprzedmiatawia partnera lub partnerkę. Staje się on/ona tylko narzędziem mojej satysfakcji.

To nurt dominujący?

- Bardzo wpływowy. Jest częsty w poradnikach anglosaskich, chętnie przejmują go rodzime. Przemawia do ludzi, bo wydaje im się, że logika rynku jest uniwersalna.

Na całe szczęście jest drugi nurt, przedstawiający miłość jako romantyczne szaleństwo i wyzwanie, które stwarza Inny. Traktuje się go jako cel, a nie jako środek. Miłość na tym polega, że nawet jeśli "nie wychodzi", to chcemy ją podtrzymywać.

Kłopoty w związku rozwiązuje się jako problemy kulturowe związane z wymaganiami wobec mężczyzn i kobiet, a nie przez manipulację partnerem. Manipulowanie kulturą wydaje mi się bardziej sympatyczne.

Są poradniki konserwatywne?

- Analizowałem ciekawy polski poradnik napisany w duchu katolickim. Według niego nie ma, oczywiście, dobrej miłości bez małżeństwa. Dlatego przede wszystkim, że małżeństwo przypieczętowuje to, że mąż i żona stanowią pełnię.

Jaką pełnię?

- Spełnienie w Bogu, to po pierwsze. Po drugie, osiągają pełną relację z drugą osobą. Mają wspólnie dzieci. Poza tym jest seks, który jest przyjemnością. To może być zaskoczenie dla liberałów, którzy mają fałszywe wyobrażenie o katolicyzmie. Dziś mocno akcentuje on radość z seksu, ale małżeńskiego. Jest on lepszy niż przypadkowy seks, bo nie jest obciążony zmianą partnerów, środkami antykoncepcyjnymi, strachem, czy prezerwatywa pęknie itd.

Seks pozamałżeński nie daje tej pełni przyjemności, którą można osiągnąć tylko w małżeństwie.

A jeśli coś w tym małżeństwie nie wychodzi, odpowiedzialni są za to inni: homoseksualiści, liberałowie, producenci pornografii. Małżeństwo oparte jest na obronie tradycyjnych wartości przed wrogim i wynaturzonym światem. Podsumowując: w modelu biznesowym jest ciągła niepewność co do tego, czy Inny spełnia nasze wymagania.

W modelu utopijnym - akceptacja tego, że Inny nie tworzy z nami jedności. W modelu tradycyjnym Inny jest z nami jednością, ale budowaną na strachu i niechęci wobec tego, co uważamy za wynaturzone.

--

* dr Maciej Gdula - socjolog, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim. Należy do redakcji kwartalnika "Krytyka Polityczna". Autor książki "Trzy dyskursy miłosne" (Warszawa 2009)

Więcej o: