Kiedy potwór znika

Ten kubek! Z niego piłam ocet, żeby się ciebie pozbyć, kiedy byłam z tobą w ciąży! - rozmowa z psychoterapeutką Anną Dodziuk
Czy można wybaczyć komuś, kto wcale nie czuje się winny?

Oczywiście. Wybaczam dla siebie, a nie dla osoby, która mnie skrzywdziła. Jeżeli nie jestem w stanie czegoś przebaczyć, mnie samą to gryzie i drąży, ja ponoszę koszty emocjonalne. Wybaczenie przynosi niebywałą ulgę, jeżeli nie jest tylko powierzchowną deklaracją i rzeczywiście udaje nam się być w kontakcie ze swoimi uczuciami. Niezależnie od tego, czy ten, komu wybaczamy, o tym wie, czy w ogóle żyje. Wyczerpująco opisuje to Jerzy Melibruda w swojej książce 'Pułapka nie wybaczonej krzywdy'.

Dlaczego tak trudno jest wybaczyć własnej matce?

Bo matki zajmują w życiu córek pozycję, która daje im ogromną moc, a przez to mnóstwo różnych możliwości, żeby uszkodzić córkę. Zwykle matka nie zdaje sobie z tego sprawy. Sądzi, że ukłuła szpileczką, a dla córki to nóż i rana latami nie chce się zagoić. Niczyja krytyka tak nie boli i nie zostaje tak długo w pamięci, nikt nie ma nad nami takiej władzy jak matka. Często słucham opowieści dorosłych córek: 'Jadę do matki i boję się, że ona mnie znowu skasuje, znowu mi będzie mówić, że nie tak żyję i jestem do niczego. Ale jadę... Pierwszy dzień fantastyczny, siedzimy w kuchni, rozmawiamy, ona coś dobrego gotuje. Na drugi dzień się zaczyna, a na trzeci to już tylko uciekać. Wkręcamy się w ten sam układ: ona mnie krytykuje, chce układać mi życie, ja znowu się wściekam'.

Pracowałam kiedyś z kobietą po czterdziestce, niepijącą alkoholiczką, która mieszkała w jednym domu ze swoją matką, ona na dole, a matka na piętrze. Wołała ją z góry: 'Chodź, napijemy się herbaty'. Córka biegła, krzątała się po kuchni uszczęśliwiona, że mama wychodzi z inicjatywą. A ona siadała przy stole i podnosząc kubek, oświadczała: 'Ten kubek! Z niego piłam ocet, żeby się ciebie pozbyć, kiedy byłam z tobą w ciąży!'. Po czymś takim kobieta przez parę miesięcy była rozbita, ogromnie cierpiała. A kiedy mama znowu wołała ją na górę, ta znowu szła jak w dym.

Bo zawsze jest nadzieja, że tym razem będzie inaczej.

Tak. Chociaż doświadczenie podpowiada, że będzie tak samo.

Dlaczego matki nas tak ranią, skoro nas kochają?

Pracuję najczęściej z kobietami w wieku 30-55 lat. Ich matki to w większości kobiety pokolenia wojennego lub bezpośrednio powojennego. Ich mentalność formowała się w czasach, kiedy najważniejszym życiowym zadaniem było przetrwanie. Musiały wydorośleć bardzo szybko. Ukształtowały je także czasy PRL-u. Wedle ówczesnej pedagogiki dziecko było traktowane jak maszyna: nakarmić, przewinąć, żeby miało czysto i sucho, ulokować w bezpiecznym miejscu - nikt się nie interesował jego potrzebami emocjonalnymi. Najlepszy przykład to karmienie o ustalonych godzinach. Można tylko próbować sobie wyobrazić cierpienia niemowlęcia, któremu czas pozostający do niewzruszonej pory karmienia musiał wydawać się wiecznością. Matki z czasów PRL-u z łatwością przyjmowały tę ideologię, ponieważ ich potrzebami też się specjalnie nikt nie przejmował: ich matki - zresztą ojcowie tym bardziej - nie miały dla nich zbyt wielu uczuć, uwagi i troski, wojna pozbawiła je dzieciństwa. Zresztą cały autorytet naukowej wiedzy popierał przekonanie, że właśnie taki rygor jest dla dziecka najlepszy. Dziecku przypisywano posiadanie jakichś uczuć dopiero w wieku, kiedy już dawno było przez rodziców stłamszone i zdołowane. Mam wrażenie, że w Polsce do dziś pokutuje model, w którym dziecko się pielęgnuje, a nie wychowuje. I około najdalej siódmego roku życia, kiedy idzie do szkoły, a czasem już wcześniej, okres ochronny się kończy. Zaczyna się krytyka, wtłaczanie dziecka w wyobrażenia, które mają rodzice i szkoła, pretensje o to, że córka czy syn nie pasuje do naszego ideału.

Czy matki nie czują się winne?

Oczywiście, że czują się winne. I poczucie krzywdy, i winy jest wbudowane w relację matka - córka. Córki też czują się skrzywdzone, a jednocześnie trochę winne, kiedy występują przeciwko matkom, kiedy nie spełniają ich oczekiwań. Nasza kultura jest podobno patriarchalna, ale kult matki ma ogromną siłę.

Problem w tym, że poczucie winy jednej strony i poczucie krzywdy drugiej się nie spotykają.

Za co innego ktoś czuje się winny, a z innego powodu ten drugi skrzywdzony?

Tak. Możemy być prawie pewni, że te uczucia się spotkają jedynie w sytuacjach oczywistych, na przykład kiedy pijana matka podpaliła dom. Natomiast w sytuacjach mniej jednoznacznych matki i córki mają zwykle zupełnie inny punkt widzenia. Znam matkę, która przygotowywała się latami, żeby przeprosić córkę za krzywdę, którą jej - w swoim odczuciu - wyrządziła. W końcu zdobyła się na to, wyznała winę. I co? Okazało się, że córka nawet tamtego zdarzenia nie pamięta. Z kolei córki często mają bolesne wspomnienia związane z tym, że matka ograniczała ich wolność, a ona w tej sprawie nie ma żadnego poczucia winy. Jest przekonana, że postępowała słusznie.

Nie ma pozytywnych relacji?

Bywają, chociaż rzadziej, niż się to wydaje. Chociaż z drugiej strony mam też poczucie, że niekiedy te relacje są postrzegane gorzej, niż na to zasługują, z powodu stereotypu toksyczności ukształtowanego przez literaturę psychologiczną. Wiele osób, które trochę jej liznęło, natychmiast zaczyna tropić toksyczność u swoich rodziców. Za symptomatyczną uważam sytuację, która zdarzyła się kiedyś w prowadzonej przeze mnie grupie. Panie narzekały na swoje matki, do czego rzeczywiście miały powody, ale była wśród nich jedna, której wspomnienia związane z matką były dobre. Czuła się nieswojo, jakby nie miała do tego prawa. Musiała dostać ode mnie specjalne pozwolenie, żeby o tym opowiedzieć. Pamiętam też, jak niedawno w grupie słuchałyśmy z zazdrością, kiedy czterdziestoparoletnia kobieta z bardzo trudną sytuacją małżeńską mówiła o swojej matce: 'Kiedy mam kryzys, jadę do mamy i mówię: » Mamo, ja bym chciała spać razem z tobą «. Mama na to: » Przecież masz osobne łóżko, idź spać tam «. A ja: » Nie, bo ja bym się chciała do ciebie przytulić «. I mama mówi: » No dobra, chodź «'. To mi się wydaje zupełnie naturalne. Ludzie potrzebują być blisko. Matki i córki potrzebują być blisko.

Jeśli matka nas przez lata raniła, to czy takie zbliżenie jest w ogóle możliwe?

Bardzo ciekawe są opowieści, jak to niekiedy wygląda po terapii. Kobieta uzyskuje więcej autonomii i zaczyna mieć ochotę na sprawdzian. Jedzie do matki i potem opowiada: 'Tyle lat się jej bałam, tyle przepłakałam z jej powodu, a tu przyjeżdżam i widzę, że ona ma tyle zmarszczek, jest taka malutka, że tylko chciałoby się ją przytulić'. Ale taka zmiana sposobu widzenia jest możliwa dopiero wtedy, kiedy znika ten wszechwładny potwór, którego mamy w głowie i który nam popsuł całe życie. Kiedy udaje nam się od takiej wizji matki uwolnić.

Jak?

Cudownie by było, gdybyśmy mieli skalpel do odcinania przeszłości albo różdżkę, która zamieniałaby nakręcony już kawałek filmu z naszego życia na lepszy - z czarnego na bardziej kolorowy.

A skoro nie mamy?

Możemy albo przegadać wszystko z dobrą przyjaciółką, albo iść na terapię.

A nie można przegadać po prostu z matką?

W klasycznym polskim modelu rodzice z dziećmi w zasadzie się nie porozumiewają, nie ma też zwyczaju wyjaśniania czegokolwiek z przeszłości. Rozmowy z matką, z którą się przez całe życie nie rozmawiało, rzadko się udają. Obie kobiety boją się takiej rozmowy, obawiają się, że mogą się nawzajem jeszcze bardziej poranić. I słusznie. Jest tu pewien paradoks: oczyszczającą rozmowę z matką można przeprowadzić z dorosłej, dojrzałej pozycji, a takiej pozycji nie możemy osiągnąć, zanim nie pozałatwiamy spraw emocjonalnych z dzieciństwa. Inaczej po kilku minutach zostanie naciśnięty jakiś cyngiel, rozmowa przeskakuje na inną ścieżkę, zaczynają grać emocje jak w dzieciństwie i nic nie wychodzi. Nie jest to niczyja wina, po prostu taka jest struktura tej sytuacji. Jednak czasem zdarzają się szczególne okoliczności, kiedy to się udaje.

Jakie?

Zagrożenie życia. Na przykład kiedy ludzie latami noszą w sobie urazy, nie mogą się porozumieć i nagle matka zapada na ciężką chorobę. Dorosła córka opiekuje się nią, zaczynają ze sobą rozmawiać, mówić, jak było w rodzinie naprawdę, porównywać wspomnienia. Pojawia się możliwość niezaburzonego kontaktu i obie strony czują się cudownie. Uczestniczka jednej z moich grup, skłócona od lat z matką, pracowała za granicą, ale kiedy matka zachorowała na raka, przyjechała do kraju, żeby się nią zająć. Postanowiła, że zostanie tak długo, jak długo będzie matce potrzebna. Spędziła z nią trzy miesiące. I to był najlepszy czas w ich relacji. Spędzały całe dnie razem. Matka była szczęśliwa, że ma córkę obok siebie, córka pierwszy raz słyszała od matki ciepłe słowa. Ona ją czesała, karmiła, przytulały się do siebie i było im ze sobą dobrze, mimo cierpienia i perspektywy śmierci.

Jedyną nadzieją jest wizja śmierci?

Mówię tylko, że tak bywa. Inny przykład: dorosła córka miała wypadek i matka zaczęła się nią opiekować. To jest drugi typ sytuacji, kiedy słyszę podobne opowieści.

Jak osiągnąć coś podobnego metodami terapeutycznymi?

Podstawowa strategia to stworzenie możliwości odreagowania uczuć, które nie mogły się wcześniej ujawnić. Często dopiero podczas terapii człowiek dociera do prawdziwych uczuć, jakie żywi wobec matki. Istnieje na przykład w naszej kulturze zakaz złoszczenia się na matkę, więc przeżywając to niedozwolone uczucie, dziecko zamiast złości czuje strach, który trwa w dorosłości. Podtrzymują go jeszcze wspomnienia z dzieciństwa, kiedy matka wszystko mogła, a dziewczynka nie mogła nic. Otóż kiedy się o tym strachu opowie, kiedy ma on szansę znaleźć jeszcze jakiś fizyczny wyraz, np. przez drżenie, to robi się miejsce na następne uczucie, które się za strachem kryje. Tym uczuciem bywa złość - chociaż ta kobieta mogła w ogóle nie być jej świadoma. Często podczas pracy w grupie prosimy kogoś z uczestników, żeby reprezentował matkę. Wtedy osoba, która się na to zdecyduje, może jej powiedzieć różne rzeczy niewypowiedziane do własnej matki. Mówię na przykład: 'Niech każde zdanie zaczyna się od » Mamo, mam do ciebie żal «'. Kobieta zaczyna to mówić, stopniowo się rozkręca, może nawet wymachiwać pięściami, a na koniec wybucha: 'Ale ja cię tak kocham'. I okazuje się, że pod złością jest rozpacz, że nie była kochana. Złość tylko ją przykrywała.

Jak zachowuje się osoba, która odgrywa czyjąś matkę?

Proszę ją przede wszystkim, żeby reagowała spontanicznie. Słucha tego wybuchu emocji, tej złości, rozpaczy, czasem słyszy pytania. Jeśli znajduje w sobie jakiś oddźwięk, powinna z niego korzystać, mówić po prostu to, co jej przychodzi do głowy. Często te kobiety, które grają matkę, mówią: 'Przepraszam', albo wyciągają ręce i ze słowami: 'Kocham cię', przytulają tę osobę. Wtedy ona dostaje chociaż ułamek tego, czego potrzebowała i za czym tęskniła przez całe życie. Terapia stwarza możliwość, żeby przez parę chwil mogła to poczuć.

Ale to przecież czysta iluzja. Fikcja. W rzeczywistości prawdziwa matka nigdy by tak nie zareagowała.

Po pierwsze, nie wiadomo, czasem nie da się tego sprawdzić, bo matka nie żyje. Po drugie, to jest fikcja, ale tylko na poziomie faktów - na poziomie emocjonalnym to nie jest fikcja. Czasem wystarczy, że obca kobieta obok powiedziała: 'Jestem z ciebie dumna' - czego nie można się było doczekać przez całe życie, i jakaś rana emocjonalna się zabliźnia. Są na przykład niekochane córki, które przyjaźnią się z dużo starszymi od siebie kobietami. Widać, że przenoszą na nie swoje uczucia do matki, i to jest bardzo konstruktywne. W ten sposób mają szanse doświadczać wielu pozytywnych emocji. Kiedy oglądamy film, w którym dzieje się coś, o czym zawsze marzyliśmy, zdarza się nam płakać. Dlaczego? Bo odreagowujemy własny ból. Na tym w dużym stopniu opiera się psychoterapia, że możliwe jest domykanie różnych problemów z innymi osobami niż te, które je spowodowały.

Ale my potrzebujemy, żeby ta nasza prawdziwa matka, która nas zawsze zawodziła albo upokarzała, teraz wzięła na kolana i przytuliła. Albo przynajmniej powiedziała: "Córeczko, przemyślałam wszystko i zrozumiałam swój błąd".

To są oczekiwania księżycowe, nierealne.

Można przepracować coś bez konfrontacji z właściwą osobą?

Tak. Bez oczekiwania na jej reakcję, bez oczekiwania, że ona coś zrozumie. Czasem muszę pomóc jakiejś kobiecie przejść przez dotkliwy ból. Mówię: 'Siedź i powtarzaj tak długo, aż wszystkie łzy z ciebie wypłyną: » Mamo, ja wiem, że już nic od ciebie nie dostanę. Już nic «'. Konieczne jest pogodzenie się z realną sytuacją, to jest cena za dorosłość.

Dlaczego to częściej córki chodzą do terapeuty, a nie matki?

Może jakieś znaczenie ma to, że psychoterapia jest płatna? Najważniejsze jest to, że może ona spowodować przewartościowanie całego życia. A to bardzo trudne, bo taka kobieta nie ma pewności, czy to rzeczywiście jest proces leczenia, czy całe to cierpienie związane ze zmianą zmierza do budowania pomostów. A może już zawsze będzie tak bolało? A może ostatecznie skłóci się z córką?

Łatwiej jest córce, która ma 40 lat, wybaczyć nawet bez skruchy ze strony matki, niż matce, która jest u schyłku życia, przyznać się, że popełniła błąd? Gdy człowiek przychodzi na terapię w połowie swojego życia, to jeszcze jest w stanie zmienić jego bilans. Natomiast gdy ma już, powiedzmy, 70 lat, myśl o tym, że miałby zanegować całe swoje życie, jest paraliżująca. Ale to nie są świadome procesy, to nie jest cyniczne kalkulowanie: nie będę tego dotykać, bo to boli. To się dzieje podświadomie. Z tym że nie jest to żadna reguła, może po prostu starsze osoby potrzebują innego motywowania. A może terapeuci powinni mieć w ich sprawie więcej optymizmu? Mam zaprzyjaźnioną panią, która w wieku 80 lat poszła na ustawienia hellingerowskie i dało jej to dużą satysfakcję.

Zresztą może się okazać, że zanim taka 70-letnia kobieta zmierzy się ze swoim konfliktem z własną córką, musi załatwić sprawy ze swoją matką. Bo jej samej, niezależnie od wieku, trudno utrzymać się na dojrzałej pozycji i na dorosłych zasadach rozmawiać z córką. Sama nie mam dużego doświadczenia pracy ze starszymi osobami, ale z kilkoma po siedemdziesiątce pracowałam i miały one takie same rezultaty jak te znacznie młodsze.

Często córka byłaby gotowa sponsorować taką terapię, ale jak zachęcić matkę do pójścia do psychoterapeuty? Dla ludzi starej daty psychoterapeuta to podobna fanaberia jak chirurg plastyczny.

Myślę, że mogą tu zadziałać proste argumenty: słowa nadziei, zapewnienie, że sytuacja będzie się poprawiać. Warto powiedzieć: 'Mamo, nie spodziewasz się tego, ale bardzo prawdopodobne, że będziesz po terapii dużo szczęśliwsza. Może też między nami będzie więcej zrozumienia i miłości'. Mówiłabym o zadowoleniu, szczęściu, zrozumieniu. Przekonanie, że osoby 70-letnie są zamknięte i niczego takiego już nie pragną, jest niesłuszny. Ceną za otwarcie się na to, jak realnie wyglądało ich życie, może być duży ból, ale nagroda jest tego warta. Te przeżycia są bardzo intensywne, a poczucie kompletnej odnowy kontaktu jest niebywałym źródłem energii. Takie osoby stają się szczęśliwe.

Nawet gdy mało jest czasu, żeby się tym szczęściem nacieszyć?

Osoba 70-letnia może mieć przed sobą jeszcze 20 lat życia bogatego w ważne emocje. Ale nawet jeżeli ma to być pięć lat, dwa czy rok - to i tak warto być w zgodzie ze sobą i z najbliższymi. I w takim stanie przeżyć schyłek życia. Starsze osoby, które są w kontakcie ze swoimi emocjami, które rozumieją swoje życie, przyciągają innych. Drzwi się u nich nie zamykają. Nie są samotne, do takich ludzi lgną też młodzi.



Więcej o: