Mieliśmy tylko jedno dziecko Nazywam się Maria Maciejewska. Jestem emerytowaną pielęgniarką, przepracowałam 45 lat. Mąż pracował 53 lata w Zakładach Radiowych im. Kasprzaka. Myśleliśmy, że po przejściu na emeryturę będziemy żyć spokojnie, a spotkało nas takie straszne nieszczęście. Mieliśmy tylko jedno dziecko. Syn nasz Krzysztof był kierowcą taksówki. Skończył szkołę zawodową, zawsze ciągnęło go do samochodów. Był bardzo wrażliwy. Jest, co ja mówię
Ożenił się bardzo młodo, miał 22 lata, ona 18, małżeństwo przetrwało dwa lata. Mieli jedno dziecko. Opowiadał, że żona zostawia małego, wychodzi, nie ma jej po kilka godzin. Po rozwodzie zamieszkał u nas. Broniła mu kontaktu z dzieckiem. Był sam. Po kilku latach dostał swoje mieszkanie ze spółdzielni, ale wciąż mieszkał u nas, bo jemu było tu bardzo wygodnie. Rozpieszczony, jak to jedynak. Mamusia mu uprała, uprasowała, ugotowała. A on tylko dwa razy dziennie koszulki zmieniał. Mąż miał trochę pretensję, że nic tylko piorę i prasuję, ale ja byłam zadowolona, że chłopak czysty chodzi. Był bardzo kontaktowy. Oddałby wszystko, co ma. Jego
samochodem wszyscy koledzy jeździli, komu był potrzebny, to brał, a przecież to był
samochód do pracy. Mąż się denerwował, bo musiał go czyścić codziennie. Mówił mu: 'Krzysiek, musisz mieć trochę tej chytrości, bo zginiesz!'. A on wszystkim wierzył.
Trudno mi źle mówić o synu Syn dla każdej matki jest dobry. Był taki troskliwy, pamiętający o imieninach. Jak miałam złamaną nogę, to potrafił przyjechać późno w nocy, żeby mi posłanie odpowiednie zrobić. Bardzo byliśmy związani. Zaginął siedem lat temu. Siedem lat ciszy. Kto tego nie przeżyje, nie zrozumie. On zwykle po kilkadziesiąt telefonów dziennie odbierał. I nagle umilkły.
To było 14 marca, pamiętam jak dziś. Kolega, taki wysoki blondyn, przyprowadził mu samochód. Nie, nie znaliśmy go. Wyszli z domu razem o 16. Patrzyłam za nimi przez okno. Przeszli przez ulicę, postali chwilę, jakby czekali. Podjechał samochód, chyba bmw, wsiedli i pojechali. Źle było widać, bo to taka szarówka już była. Akurat zbliżały się święta. Myśleliśmy, że może gdzieś wyjechał i że na święta wróci. Ale on zawsze mówił, jak miał gdzieś wyjechać. A tu tak bez niczego wyszedł. Po dziesięciu dniach mąż poszedł na policję. Przyszedł jeden
policjant, pokręcił się po podwórku, popytał taksówkarzy. I tyle.
Gdzieś wyczytałam, że mają robić bank DNA, że dzięki temu będzie można znaleźć rodzinę zmarłego. Dwa lata o to walczyłam, ale nie jestem przekonana, czy to zrobili; krew pobrali, ale może tylko na odczepnego. Zgłosiliśmy się do telewizji, do programu 'Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie'. I do jasnowidza, do pana Jackowskiego. Ja troszkę w to wierzyłam, tak sugestywnie mówił. Trzeba mu było zawieźć Krzyśka pantofel i sweter. Przez wąchanie miał te swoje wizje. Zapłaciliśmy 400 zł i dostaliśmy list: 'Pan ten odjechał z dwoma mężczyznami w kierunku poza Warszawę przez Radzymin i Wyszków. Tam temu człowiekowi stała się krzywda. Jest to obszar leśny'. Zaznaczył miejsca na mapie, wynajęliśmy pracowników leśnych. Szukali przez tydzień. I nic. Przysłał drugi list: 'Szanowna Pani, nie potrafię powiedzieć, gdzie jest ciało. Nie każda moja wizja jest potwierdzeniem i mogę się mylić. Tak też bywa. Zabraniam upublicznienia mojej wizji w prasie oraz telewizji'. Trafiały do niego wszystkie osoby, które spotkałam w Itace. Nie spotkałam nikogo, komu by pomógł.
Co więcej mogliśmy zrobić? W domu unikamy tego tematu. To zbyt ciężkie. Serce mi mówi, że on nie żyje. Nigdy nie uwierzę w to, że żyje i się z nami nie kontaktuje. Mąż wierzy, że żyje. Mówi, że on przecież nikomu nic złego nie zrobił. A może nie wie, kim jest, został uderzony, stracił pamięć? Tak nam się wszystko poplątało w życiu. Mamy tylko wnuczka. Dzwoni, pyta się, jak babci cukier, jak dziadka ciśnienie On ma bardzo dużo z ojca. Dobry chłopak. Studiuje teraz politologię. Co miesiąc dostaje od nas 700 zł na te
studia. Drogie, ale najważniejsze, żeby był mądrym człowiekiem.
Jest mi bardzo ciężko. Wyobrażacie sobie, jak to jest? Co człowiek może przeżyć? To jest wegetacja, a nie życie. I z każdym rokiem jest coraz gorzej. Bo kiedyś miałam jeszcze nadzieję. Co miesiąc chodzę na spotkanie Itaki. Dużo mi to daje. Bo tam wszyscy mają taki sam ból jak ja. Boję się rozmawiać o tym z innymi. Nie każdy jest delikatny. Unikam rozmów, zaszyłam się w domu. Siedzę i czekam. Jakie jest inne wyjście?
1 listopada zapalam w domu znicz. Nie wiem, czy dobrze robię, ale mam taką potrzebę. Najstraszniejsza jest ta niewiadoma. Najgorsza prawda byłaby lepsza niż ta niepewność. Tego nie da się z niczym porównać. Nawet jak dziecko umiera, to matka ma to miejsce na cmentarzu. Pójdzie na cmentarz, zapali świeczkę, pomodli się, porozmawia. A tu? Nicość.
Nigdy nie pytałam Boga, dlaczego mi to zrobił Nazywam się Ewa Szczepańska. Mam 64 lata. Z zawodu jestem mistrzem kucharskim, ale pracowałam całe życie jako krawcowa. Miałam tylko jedno dziecko, jedynego syna. Teraz miałby 46 lat.
14 lat temu zaginął. Był z żoną i ze znajomymi na dyskotece. O czwartej rano zadzwoniła do mnie synowa, że Jacka nie ma. Do północy był i raptem go nie ma. Nikt ze znajomych niczego nie zauważył. Przed dyskoteką został samochód, kluczyki, dowód osobisty, paszport, prawo jazdy. Zniknął jak kamfora. Rozpłynął się. Był kierowcą, żona zajmowała się domem i dziećmi. Bardzo wesoły, taki kontaktowy, niepijący w ogóle, kulturysta. Bardzo kochał dzieci, w małżeństwie raczej dobrze im się układało. Oczywiście mówi się, że rodzice dowiadują się ostatni, że coś jest nie tak. Byliśmy bardzo zżyci.
Najpierw czeka się na telefon. Bardzo długo czekałam. Wydawało mi się, że słyszę jego głos za oknem, widziałam go w przejeżdżających samochodach. Koszmar straszny. Po paru dniach mąż zgłosił to na policję. A potem zaczęliśmy jeździć po wróżkach. Nigdy wcześniej nie byłam u wróżki. Poszłam nawet wcześniej do księdza i się wyspowiadałam: 'Wiem, że grzeszę, ale ja szukam swojego dziecka. Może ktoś mi coś powie'. Jeden wskazał miejsce, gdzie leży utopiony w bagnie, mąż pojechał z policją, ale trzeba by sprowadzać samolot, to by dużo kosztowało. Inni mówili, że w lesie leży zakopany. Więc braliśmy dzień wolny w pracy i jechaliśmy szukać, gdzie ziemia świeżo poruszona. Każdy mówił zupełnie co innego: że zamordowany, że jest za granicą, że uciekł, bo chcieli, żeby narkotyki sprowadzał. Wróżce, która stawia horoskopy, nie powiedziałam, że syn zaginął, tylko podałam datę urodzenia. A ona: 'Dlaczego skłamałaś? Przecież twojego syna nie ma. Lepiej go nie szukaj, zostaw tak jak jest, bo nie przeżyjesz tego, co zobaczysz'. W końcu mąż mi zabronił, bo za bardzo to przeżywałam. 'Nie jedź - mówi - nie jedź, bo się wykończysz'. To był ból i rozdrapywanie ran.
Szukaliśmy wszędzie. Jeździliśmy z mężem po całej Polsce, gdziekolwiek ktoś kogoś odnalazł, jechaliśmy sprawdzać. Wydawało mi się, że byłam katoliczką, ale to nieprawda, dopiero wtedy zaczęłam naprawdę wierzyć. Różaniec w rękę i modliłam się codziennie. Synowa mówiła: 'Jak możesz! Bóg ci zabrał jedynego syna!'. Ale ja nigdy nie pytałam Boga, dlaczego mi to zrobił. Synowa odsunęła się od nas. Na początku ich małżeństwa miałyśmy dobry kontakt, uznałam ją za swoją córkę. Ale potem, nie wiem, czy to zazdrość o dzieci, tak się jakoś ułożyło, ciężko mi to wytłumaczyć... Dzieci za często nie mogły już do nas przychodzić, tylko syn je czasem przyprowadzał. Ale zawsze starałam się synowej jakiś kwiatuszek kupić, żeby wiedziała, że też jest naszym dzieckiem. Po zaginięciu syna szybko przepisałam na nią swoje mieszkanie. Mąż zajmował się dziećmi, odprowadzał, przyprowadzał ze szkoły, przedszkola, ja pracowałam na dwóch etatach, żeby im niczego nie brakowało. Prosiłam ją, żeby się od nas nie odsuwała, że mamy teraz tylko ją i dzieci. Ale stało się inaczej. Wyszła drugi raz za mąż, ma córeczkę, taką fajną, którą uważam też za swoją wnuczkę. Ale nie zaprasza mnie do siebie, sama nie przychodzi. Zmieniła dzieciom nazwisko.
Mała nie pamięta ojca, miała trzy latka, ale Fabianek miał siedem lat i bardzo przeżył zniknięcie taty. Zamknął się w sobie. Przychodził ze szkoły z płaczem i mówił: 'Oddaj mi mojego tatusia'. 'Synku, ja też bym chciała bardzo, żeby tatuś wrócił' - tłumaczyłam. Potem sobie wymyślił, że tatę porwali do Chin, zbierał z kolegą pieniądze, żeby tam pojechać i go odnaleźć. Chodziłam z nim do psychologa, bardzo mu to pomogło. Jesteśmy z wnukami bardzo zżyci, na nich przelaliśmy miłość. Przez to mieszkanie, które przepisałam na synową, odsunęła się ode mnie moja mama, brat, bratowa, mimo że ja je miałam po moim ojcu. Mama cały dom przepisała na brata, nie dała niczego. A my 18 lat mieszkaliśmy z mężem w dziewięciometrowym pokoiku w bloku. Kiedy mama zachorowała na raka, brat nie chciał się nią opiekować, więc zabrałam ją do siebie. Przed jej śmiercią pogodziłyśmy się, chciała mi pół majątku oddawać. 'Mamo - mówię - na co mi ta nienawiść, niech sobie tam mieszkają w spokoju'.
Ja po zaginięciu syna poszłam pracować do hospicjum. Wiedziałam, że muszę coś zrobić, żeby nie zwariować. I zostałam tam do dzisiaj. Znajomi pytają: 'Człowiek umiera ci na rękach, jak ty możesz to znieść?'. Ale dla mnie to jest wielka radość, że mogę go przeprowadzić na drugą stronę. Oni się tak cieszą, że jest ktoś, kto się ich nie brzydzi, kto siądzie obok i przytuli. W ostatniej chwili rodzina często się wycofuje. Wychodzą na korytarz, boją się. I wtedy potrzebny jest ktoś, kto potrzyma za rękę, żeby czuli, że nie są sami. Pani doktor mi ostatnio powiedziała: 'Pani Ewo, pani to normalnie fruwa!'. Myślę, że to Bóg daje mi taką siłę. Opiekuję się też dziewczynką z domu dziecka z zespołem Downa, już 13 lat przyjeżdża do nas na weekendy, święta. Ma chore serduszko, wątrobę, nie słyszy, nie mówi. Ale bardzo się do mnie tuli.
Jeśli nie znaleziono ciała, można mieć jeszcze nadzieję. Ale lepiej jej nie mieć. Lepiej się nie łudzić. Ja tak pragnę tej pewności. A wciąż nie mogę uwierzyć, że syn nie żyje. Po prostu nie mogę. W tym roku po raz pierwszy na cmentarzu znalazłam grób z tabliczką NN. Będę o niego dbała. Może mojemu synowi też ktoś pomaga?