Noc czarów i wróżb

Noc świętojańska, czyli najkrótsza noc w roku, czas przesilenia wiosenno-letniego, była obchodzona w całej Europie od krajów śródziemnomorskich po Skandynawię. Z dawien dawna wierzono, że właśnie wtedy można poznać przyszłość. Magia i czary wypełniały cały świat, a kto żyw biegł nad wodę albo nad ogniska. Pierwsze wzmianki o paleniu ognisk w tę noc pochodzą z XIII w.
W XIV i XV Kościół zaczął zakazywać obchodów sobótki. Z ambon księża straszyli ogniem piekielnym. Piętnowali święto Kupały za rozpasanie i tradycję pogańską.

Sobótkowe zwyczaje przez wiele wieków zachowały się niemal w nie zmienionej formie na terenie całej Polski. Niektóre uległy chrystianizacji, a na pewno większość z nich straciła swe dawne magiczne znaczenie. A szkoda, bo noc świętojańska jest pełna czarów. Cały świat ożywia magiczny impuls, zaklęcia nabierają mocy, zioła działają skuteczniej niż kiedy indziej, ogień i woda oczyszczają, a w lesie można znaleźć tajemniczy kwiat paproci. Trzeba tylko uważać, bo razem z dobrymi duchami tej nocy po świecie grasują czarownice.

Sobótka, Kupała, palinocka

W Polsce nazywano je sobótką od wielkich obrzędowych ognisk palonych w sobotę poprzedzającą noc świętojańską. Nie było to jednak ścisłą regułą - gdzieniegdzie ogniska palono w tę najkrótszą noc w roku.

Inna nazwa nocy świętojańskiej to kupalnocka albo kupała. Pochodzi od bożka pogańskiego Kupały albo słowa "kupała, kupało", które na pograniczu polsko-ruskim oznaczało kąpiel, zanurzanie się w wodzie (a wykąpać trzeba było się koniecznie, bo woda oczyszczała i przynosiła pomyślność).

Na wsi jeszcze całkiem niedawno wierzono, że dopiero po świętym Janie bez obaw można się kąpać w rzekach i jeziorach.

Na Mazowszu i Podlasiu z kolei noc świętojańską zwano palinocką, a później świętojankami.

Gdy Słońce Raka zagrzewa,

A słowik więcej nie śpiewa,

Sobótkę, jako czas niesie,

Zapalono w Czarnym Lesie.

(Jan Kochanowski, "Pieśń Świętojańska o Sobótce"*)

Ognie płoną do świtania



A teraz ten wieczór sławny

Święćmy jako zwyczaj dawny,

Niecąc ognie do świtania,

Nie bez pieśni, nie bez grania!

W sobótkę ogniska zawsze rozpalały dziewczęta - najczęściej nad wodami, na wzgórzach, polach i miedzach. Dym rozchodzący się po polach chronił je przed gradem i innym złem. Aby efekt tego był mocniejszy, w ogień rzucano zioła.

Piękna nocy, życz pogody,

Broń wiatrów i nagłej wody;

Dziś przyszedł czas, że na dworze

Mamy czekać ranej zorze.

Wokół magicznych ogni gromadziła się młodzież.

Kiedyś powszechnie wierzono, że "ogień świętojański ma większą moc aniżeli ogień zwyczajny. Pomocny bardzo na bolenie nóg i inne ludzkie dolegliwości cielesne".

Jak przygotować świętojańskie ognisko?

- Znaleźć dziewięć gatunków drewna. (- To jedna z liczb magicznych - tłumaczy Wojciech Fabisiak, dyrektor Muzeum Ślężańskiego),

- rozpalić je na "skrajach lasów, drogach, miedzach" (żeby nie wejść w konflikt z nadleśnictwem, najlepiej robić to w wyznaczonych miejscach),

- ogień musi być "żywy" - to znaczy rozniecony poprzez krzesanie bądź tarcie,

- do ogniska można wrzucić zioła mające lecznicze i magiczne znaczenie,

- następnie przepasać się bylicą, "której czarownice boją się więcej niż ognia i która w tę noc nabiera potężnej mocy odwracania uroków, zarazy i wszelkiego zła",

- do woli skakać, tańczyć, śpiewać; skaczą głównie chłopcy, śpiewają przeważnie panny na wydaniu. Można skakać razem - której parze uda się wysoki skok ze splecionymi palcami, czeka ją długi związek. Im wyższy skok, tym większy fart. W niektórych regionach młodzi w czasie skoku trzymali między sobą posążek Kupały - musieli uważać, żeby nie wypadł im z rąk.

- Czas letniego przesilenia to święto płodności i miłości - mówi Wojciech Fabisiak. - Kościół długo je potępiał, między innymi ze względu na nocne orgie, jakie mu towarzyszyły. Wzmianki potępiające gry i zabawy przy ognisku świętojańskim możemy odnaleźć w kazaniach z XVI wieku.

(Ten punkt rytuału zostawiamy pełnoletnim).

W Galicji na św. Jana ogni nie palono (sobótki przypadały tu na uroczystość Zielonych Świąt). Powszechnie natomiast udawano się nad rzeki, strumienie i potoki, aby puszczać wianki.

Magiczna kąpiel

Mówi się, że na świętego Jana woda kwitnie, kiedyś bowiem dla zapewnienia sobie przychylności demonów wody, rzucano do niej kwiaty. "Jest wiara powszechna ludu polskiego, a o ile wiemy, każdego ludu słowiańskiego, że aż do św. Jana Chrzciciela kąpać się nie wolno bez narażania się na chorobę lub utopienie. Dopiero gdy św. Jan wodę ochrzci, nic człowiekowi szkodzić nie może. Za czasów pogańskich ludy słowiańskie wierzyły w oczyszczenie wody w noc Sobótek przez bóstwo, na którego cześć Sobótki obchodzono, i od tej nocy dopiero można było zażywać kąpieli bez szkody dla siebie".

Więc jeśli oczyściłeś się już w świętym ogniu, czas na kąpiel. Albo przynajmniej jedno zanurzenie. Nie wcześniej niż o północy, rzecz jasna. - Do św. Jana w wodzie jeszcze siedzą złe demony - ostrzega Wojciech Fabisiak. Święty Jan chrzci wodę, odtąd jest poświęcona, a więc można, a nawet należy, się w niej kąpać. Kąpiel w ten dzień zapewnia zdrowie i powodzenie.

Wianki na wodzie

Ważnym aspektem sobótkowej imprezy było kojarzenie par. Sprzyjały temu okoliczności: wieczór, gorąca noc, ognisko, bliskość lasu, w którym szukało się kwiatu paproci. Przy ognisku nie stroniono od napojów alkoholowych, więc dochodziło czasem nawet do rozwiązłości. Dlatego w wielu piosenkach mamy żale dziewczyny nad utraconym wiankiem.



Komum ja kwiateczki rwała,

A ten wianek gotowała?

Tobie, miły, nie inszemu,

Któryś sam mił sercu memu.*

* Jednym z ważniejszych zwyczajów tej nocy było puszczanie przez niezamężne kobiety wianków na wodę i zanurzanie w niej ziół, co - oprócz wróżb na zamążpójście - miało odpędzać złe demony.

W wiankach witych przez dziewczęta w przeddzień św. Jana obowiązkowo musiały się znaleźć trzy najważniejsze w tym dniu zioła: bylica, piołun i dziurawiec (ten ostatni nazywano nawet zielem świętojańskim). Do nich panny dokładały kwiaty (najlepiej dziewięć sztuk) rosnące na polach i w ogrodach (chabry, rumianki, ruta), a do środka wstawiały zapaloną świeczkę.

W świętojańskim zielniku uwadze dziewcząt polecamy niejaki nasięźrzał.

- To rodzaj paproci o staropolskiej nazwie równie trudnej jak inna paproć, podejźrzon księżycowy - objaśnia Magdalena Mularczyk z wrocławskiego Ogrodu Botanicznego. - "Nasięźrzał", bo sprowadza spojrzenia płci przeciwnej.

Należy odszukać jego krzaczki, przed północą rozebrać się do naga, rozpuścić włosy, stanąć w rosie i rzec, co następuje:

Nasięźrzele, rwę cię śmiele

pięcią palcy, szóstą dłonią,

niech się chłopcy za mną gonią.

Wieczorem panny puszczały parami - swój i wybranka - wianki na wodę. I tu następował kulminacyjny punkt programu, czyli pilna obserwacja, co woda z wiankiem wyprawia. Pilne oczy potrafiły wyczytać wiele.

Jeśli wianki płynęły równo, a jeszcze lepiej zetknęły się ze sobą albo dobiły do brzegu, oznaczało to rychłe zamążpójście i długie szczęśliwe pożycie.

Jeszcze lepiej wróżyło, jeśli za takimi wiankami wskoczył i wyłowił je wybrany kawaler.

Panna, której wianek zaplątał się w zaroślach albo zgasła na nim świeczka, musiała na ślub jeszcze trochę poczekać.

Najbardziej rozpaczać powinna ta, której wianek wpadł w wir i zatonął. Właścicielce przepowiadano staropanieństwo, nieślubne dziecko, a nawet rychłą śmierć.

Na Śląsku, gdzie rzek nie było zbyt wiele, rzucano wianki na drzewa. Dziewczyna stała tyłem do drzewa i wianek rzucała za siebie. Jeśli zaczepił się o gałęzie i pozostał na nich, dziewczyna miała wyjść za mąż w tym roku. Jeżeli nie, trzeba będzie tyle lat poczekać, ile wianków spadło na ziemię.

Kto widział kwiat paproci?

Wszyscy tej nocy szukali kwiatu paproci - bo tylko wtedy, na dodatek tylko na chwilę miał on zakwitać. Ten, kto go zobaczył, pewien był szczęścia, bogactwa i tego, że jeśli zechciał, mógł stać się niewidzialny. Kwiat spełni wszystkie jego życzenia. Ale, uwaga! - szczęściem nie można się z nikim dzielić.

Pierwszą baśń o kwiecie paproci podaje J.I. Kraszewski. Młody chłopak miał pełne kieszenie złota, lecz nie mógł podzielić się nim z rodzicami. Ci umarli więc w nędzy. Ostatnimi słowami chłopaka były: niech zginie ten kwiat, a ja razem z nim. Bo nic nie jest warte szczęście, którego z drugim podzielić nie można.

Jeśli kwiat zerwała i ukryła panna, powodzenie u kawalerów i zamążpójście miała murowane.

Nie tylko paproć w noc świętojańską była szczęśliwa. Zebrane wtedy zioła miały szczególną moc i magiczne znaczenie. Suszone i wetknięte za święte obrazy, strzechy chat albo rozkruszane na drogach prowadzących do domów chroniły przed złem, a zwłaszcza szkodliwą działalnością czarownic.

Bylicą i dziurawcem przystrajano także ubrania. Kobiety, owijając się nimi w pasie, wierzyły, że uchroni je to przed bólami krzyża w czasie zbliżających się żniw.

Czarownica liczy nici

W dzień świętojanek szczególnie aktywne były czarownice. Aby uchronić przed nimi bydło, należało na drzwiach chlewu czy obory zawiesić dwie skrzyżowane miotły. Nad wejściem przymocowywano także grube płótno workowe. Czarownice przylatujące o godzinie dwunastej musiały liczyć wszystkie jego nici. Zabierało im to tyle czasu, że nie zdążyły przed pierwszą i traciły całą swą moc.

Czarownice zbierały się też na rozstajach - tam zatem należało narysować patykiem na ziemi trzy krzyżyki, które zabezpieczały przed urokiem złego.

W wigilię św. Jana powszechnie przystrajano domy kwiatami i ziołami. U drzwi obór zawieszano pokrzywy, a przed wrotami stawiano zapaloną gromnicę. Obawiano się bowiem złośliwych czarownic, które w czasie najkrótszej nocy w roku hasały po ziemi i napastowały bydło, spuszczając nań choroby i odbierając krowom mleko. Sądzono, że wiedźmy poparzą się pokrzywami i dadzą spokój zwierzętom. Czasem też powiadano, że czarownica gromnicę w złości nadgryzie, ale przez nią do izby jednak nie przejdzie.

Z reguły w sam dzień św. Jana bydło wypędzano z obór późno, już po obeschnięciu porannej rosy. Wierzono bowiem, że tego ranka wiedźmy ciągają prześcieradła po rosie i zbierają do nich mleko.

Walka ze złem świata

Na Kaszubach do obchodów świętojańskich dochodziły elementy miejscowej tradycji. Aż do lat 60. odbywał się tam rytuał ścinania kani. Zabity ptak symbolizował całe zło świata. Wronie, gołębiowi, kurze lub drewnianemu ptakowi wypełnionemu czerwoną farbą ścinano głowę, starając się, żeby krew ochlapała wszystkich zgromadzonych.

Dobre zioła i złe owoce

Powszechne było przekonanie, że w dzień świętego Jana zioła nabierają specjalnej mocy, a zebrane w noc świętojańską są szczególnie przydatne.

Na Śląsku wierzono, że w sobótkową noc można znaleźć korzeń mandragory, który pozwala zdobyć skarby i otwiera przed człowiekiem przeróżne możliwości.

Przed świętym Janem nie można było jeść żadnych owoców: poziomek, jagód, bo przyniosłyby nieszczęście. Ta wiara ma swoje praktyczne uzasadnienie. Owoce przed świętym Janem są niedojrzałe, więc mogą zaszkodzić.

Janowa leszczyna

Na Śląsku istniał zwyczaj majenia domów przed św. Janem. Ma to związek z legendą, że kiedy Żydzi aresztowali św. Jana, zamknęli go w izbie. Ponieważ jednak było ciemno, bali się, że nie znajdą tego pomieszczenia. Leszczynową gałęzią zaznaczono więc drzwi, za którymi św. Jan przebywał. Nazajutrz okazało się jednak, że wszystkie drzwi do domów były tak samo ozdobione gałązkami. Stąd przekonanie, że leszczynowa gałązka wetknięta w drzwi domu ochroni ludzi przed nieszczęściem.

Aneta Augustyn, Gazeta Dolnośląska z 2001/06/22;
Anna Niedźwiedź, Gazeta w Krakowie z 2000/06/23;
bet, maf, Gazeta Stołeczna z dnia 1998/06/20;
Zdzisław Pyzik, Bogumiła Mika, Gazeta w Katowicach z 1995/06/23


Więcej o: