Z czym najczęściej przychodzimy do psychoterapeuty

  • Pin It
Joanna Skolińska
23.08.2002 , aktualizacja: 19.08.2002 15:03
A A A Drukuj
Wrzesień i styczeń to miesiące, w których najwięcej ludzi decyduje się na pierwszą wizytę u psychologa. Podjęciu tej decyzji sprzyjają święta i wakacje, kiedy spędzamy więcej czasu z rodziną. Na co skarżymy się psychologom?
Za trudne związki

- Najczęstszy problem? Trudność z utrzymaniem stabilnego, satysfakcjonującego związku miłosnego - bez zastanowienia mówi Izabela Sawicka z bezpłatnego Centrum Pomocy Rodzinie.

- Zaczynałam pracę dwadzieścia lat temu i nie pamiętam pacjentów, którzy by mówili: "On/ona nie chce się ze mną ożenić". Teraz to duża grupa - mówi Magda Małkiewicz-Borkowska, psychoterapeutka z prywatnego ośrodka MABOR Centrum Psychologiczno-Medyczne.

Skąd wysyp tzw. młodych dorosłych (ludzi około trzydziestki), którzy nie potrafią założyć rodziny?

Beata Maciejewska z Laboratorium Psychoedukacji, w którym godzina terapii kosztuje 60-100 zł, a i tak trzeba czekać na pierwszą wizytę dwa miesiące, uważa, że młodych do stałych związków zniechęcają wspomnienia z domu rodzinnego. - Ich doświadczenia z dzieciństwa, relacje rodziców i z rodzicami - mówi psychoterapeutka. Nie chodzi o to, że małżeństwa rodziców były dramatycznie nieudane. Po prostu nie było w nich ciepła, bliskości, rozmowy przy kolacji. To pokolenie rodziców obecnych trzydziestolatków upowszechniło rozwody, pokazując, że żadna miłość nie jest trwała. - Te wspomnienia nie zawsze się podobają, a człowiek ma jednocześnie przekonanie, że nie może być inaczej. Często wybiera na partnerów osoby, które jako żyw przypominają tego rodzica, z którym miało się problemy, na przykład: brak ciepła, uwagi, ciągła krytyka - mówi Beata Maciejewska.

Bywa, że za niemożnością utrzymania związku stoi idealizowanie relacji, oczekiwanie, że będzie doskonała jak w filmie.

Brak równowagi

Dziesięć lat temu człowiek przychodził do psychologa, bo był - jak to psychoterapeuci nazywają - "w ostrym kryzysie". "Ostry kryzys" oznacza, że coś się właśnie wydarzyło: rozwód, utrata pracy, romans małżonka. Teraz przyprowadza go coś niewymiernego - poczucie pustki albo trudnego do nazwania braku równowagi pomiędzy pracą a życiem osobistym, gubienie się w rolach. Nikt nie mówi podczas pierwszej wizyty: "Przyszłam do pani, bo nie potrafię sprostać rosnącym wymaganiom społecznym". Mówi o zagubieniu, poczuciu, że nie potrafi dorosnąć do życia, że ją to życie przytłacza.

Znacznie wzrosła rola pracy w życiu przeciętnego człowieka. Dla jednych - bo można wreszcie zarobić naprawdę duże pieniądze; dla innych - bo łatwo ją stracić, bo można robić karierę i realizować się. Wreszcie: bo wypada to robić.

- Po 1989 roku wiele osób rzuciło się w wir pracy. Nim się zorientowali, firmy, zwłaszcza te duże, ich wessały. Praca zaczęła pochłaniać coraz więcej czasu: myślą o niej nawet po godzinach, jeżdżą na wyjazdy integracyjne, po pracy idą na piwo z kolegami z działu. I nagle się orientują, że nic innego dookoła nie ma - mówi Beata Maciejewska.

Szczególnie trudno jest kobietom. Tym, które łączą robienie kariery - albo przynajmniej zarabianie na życie - z wychowywaniem małych dzieci. Mają ciągłe poczucie winy, ciągle są zmęczone, na wszystko brakuje im czasu, w niczym nie czują się naprawdę dobre. Tym, które jeszcze nie mają dzieci, bo uważają, że nie jest to odpowiedni finansowo i zawodowo moment, a jednocześnie czują, że czas im ucieka. Mają wrażenie, że nie potrafią sprostać wymaganiom wobec siebie, nawet jeśli często nie potrafią wskazać, kto im te wysokie wymagania stawia. Często stawiają je sobie same. U psychoterapeuty uczą się, jak się pozbyć poczucia winy, jak ustalić własne priorytety.

Kruche więzi

Psychoterapeuci widzą dwie wielkie fale nowych pacjentów: w styczniu i we wrześniu. Bo wyczekiwane święta i wakacje pokazują często, jak kruche są rodzinne więzi. Marzymy: "Nadrobimy zaległości, będziemy dużo rozmawiać i uprawiać sport". Rzeczywistość nie spełnia oczekiwań. Ludzie nie rozmawiają ze sobą, bo na co dzień tego nie robią, więc nie wiedzą, o czym rozmawiać. Jednocześnie brakuje im zainteresowania, ciepła, bliskości. - Obserwuję, że już nie tylko wakacje, ale i weekendy okazują się dla wielu moich pacjentów za trudne - mówi Magda Małkiewicz-Borkowska.

Dlaczego? Beata Maciejewska wspomina badania, które potwierdziły to, o czym mówiono już wcześniej: wszelkie duże zmiany - ustrojowe, gospodarcze, społeczne, powodują niepokój, który z kolei wpływa na rozpad więzi międzyludzkich, także rodzinnych. Nawet zmiany pozytywne, jak rozwój technologii. Nagła popularność komórek zmieniła rodzaj kontaktów między ludźmi. Komórki, które miały zacieśnić więzi między nami, zdaniem psychologów je osłabiły. Zamiast rozmawiać częściej, a więc być bliżej, rozmawiamy płyciej. - Ludzie mają ogromną potrzebę stałości. Trudno budować na ruchomych piaskach - mówi Magda Małkiewicz-Borkowska.

Kłopoty z dziećmi

Sam ze sobą człowiek często by do psychologa nie poszedł, ale jeśli problemy ma dziecko - pójdzie. Pięć-dziesięć lat temu przychodził, bo jego nastolatek wagarował, źle się uczył albo po prostu był "nerwowy". Zwykle dowiadywał się wtedy, że dziecko sprawia problemy, żeby zwrócić na siebie uwagę. Bo potrzebuje więcej zainteresowania rodziców, bo sobie z czymś nie radzi (szkoła jest dla niego za trudna, rówieśnicy go nie akceptują albo czuje, że rodzice wolą starszego brata) bądź dlatego, że w domu źle się dzieje - rodzice się kłócą, rozwodzą, mają problemy. Jak jest dziś? Problemy dorosłych są takie same, zmieniła się tylko reakcja dzieci (psycholodzy nazywają to "objawem"). Zamiast nerwicy są narkotyki. - Narkotyki to coś, na co rodzice stosunkowo szybko reagują - tłumaczy Magda Małkiewicz-Borkowska. Dzieci to wiedzą. Gdy chcą zwrócić uwagę rodziców, sięgają, często nieświadomie, po taki mocny sygnał. Jeśli dziecko bierze, to nie znaczy, że jego rodzice są źli. To znaczy, że w pewnym momencie stracili z nim kontakt.

Oczywiście dużą rolę pełni znacznie większa niż przed laty dostępność narkotyków.

Nie lubię słowa "wina", nie uważam, że rodzice są "winni" kłopotów dziecka. Nie mam natomiast wątpliwości, że za jego problemy odpowiedzialny jest cały układ, w jakim ono żyje. Rodzina, szkoła, osiedle, środowisko. Zamiast się obwiniać, trzeba jak najszybciej szukać ratunku - mówi Magda Małkiewicz-Borkowska.

Moda

Nowa grupa pacjentów to ludzie generalnie ze swojego życia zadowoleni. Chcą, by ich dobre życie było jeszcze lepsze, albo chcą być jak bohaterowie Woody'ego Allena: mają swojego dentystę, panią od sprzatania, czas na psychoterapeutę (niekoniecznie - jak u Allena - psychoanalityka, bo tych w Polsce wciąż niewielu, a terapia trwa latami). Jeden z warszawskich psychoterapeutów wspomina swoich niedoszłych pacjentów, zamożną parę przed czterdziestką, którzy zdecydowali się na psychoterapię w Londynie. Do swojego psychologa latali raz w tygodniu samolotem.

- Dzięki tekstom w prasie kobiecej, programom telewizyjnym, wydawanym masowo poradnikom i popularnym w ostatnich latach szkoleniom psychologicznym dla firm wiele osób zauważyło, że ich życiem psychicznym rządzi pewna logika. Zauważyliśmy, że możemy jakoś wpływać na to, co się z nami dzieje. A przynajmniej pełniej nasze życie przeżywać. To powoduje, że jesteśmy bardziej otwarci na psychoterapię - uważa Beata Maciejewska.



Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Najczęściej czytane