Kola, która jest lepsza od Coca-coli i Pepsi? Droga moda na niemiecką fritz-kolę

- Jest temat! Słyszę od kilku tygodni codziennie w pracy. - fritz-kola! Koniecznie musimy o niej napisać! - Piją ją wszyscy na festiwalach i w klubach. Skoro "musimy" i "koniecznie" to biorę temat na tapetę. Jeśli nie wiesz o jaki fenomen chodzi, witaj w klubie! Wspólnie przekonajmy się, w czym rzecz.
Przyznam szczerze, wzbraniałam się jak mogłam. O całe trzy tygodnie udało mi się przesunąć pisanie o fritz-koli. Pomimo presji, ciągłych pytań, wymownych spojrzeń. Dalszy opór nie miał sensu, poddałam się więc...

Co ja wiem o fritz-koli?

fritz-kola (prawidłowa pisownia małymi literami) jest napojem. Kolą - jak drugi człon nazwy wskazuje. Nie piję coli od ponad pięciu lat, może więc dlatego nie leży w kręgu moich zainteresowań. Dobrowolnie odstawiłam zresztą wszystkie kolorowe i gazowane napoje i jestem wierną fanką wody Muszynianki (o niej mogłabym zresztą napisać bardzo zaangażowany tekst). Z fritz-kolą pierwszy raz zetknął mnie MMS od przyjaciela. Było to zdjęcie menu z listą dostępnych napojów. Przesłanie było jasne - kto mógłby być tak szalony, żeby nazywać napój nazwą tak zbliżoną do nazwiska niesławnego Josefa Fritzla z Austrii?

Niszowe kontra masowe

Kolejny raz usłyszałam o fritz-koli podczas spotkania redakcyjnego. "Pisać, pisać, pisać!" - takie było zalecenie "Góry". Argumenty - "że ludzie piją"; "że się o tym mówi w Warszawie" - nie przekonały mnie, ale zainteresowały. Zaczęłam więc nieświadomie zwracać uwagę na obecność tego napoju w przestrzeni miejskiej. A to mignęła mi na ulicy czarna furgonetka z firmowym logo - rysunkiem twarzy dwóch panów. A to ktoś siedzący przed kawiarnią raczył się kolą. Podczas wesela, na którym byłam, poruszyłam ten temat wśród gości. Jeden znajomy pracuje w Niemczech (rozkręca właśnie własny start-up), drugi jest doktoryzującym się fizykiem także zamieszkującym tamte okolice. - Co tam fritz-kola, teraz w Niemczech pije się Wostok! - powiedział jeden. - A co to? - zapytałam. - Rosyjska odpowiedź na fritza? - Wostok, moja droga, to orzeźwiający napój o aromacie lasu iglastego - tłumaczy drugi.

Po ciężkim poranku dnia następnego googluję temat. I co znajduję? "Zioła z dalekiej syberyjskiej tajgi, olejek z igieł świerkowych, eukaliptus i odrobina kardamonu sprawiają, że ta lemoniada o złocistej barwie ma jedyny w swoim rodzaju smak: rześki, leśny, korzenny. Nie zawiera sztucznych barwników, ani konserwantów". To o Wostoku. Postanawiam jednak się nie rozpraszać. Miałam w końcu pisać o fritz-koli, nie Wostoku, Club Mate i Bombilli - napojach, które serwowane są w modnych alternatywnych kawiarniach i barach. Nawet Afri-Cola - także niemiecki koncept - zarejestrowany w 1931 roku nie będzie przedmiotem dalszej degustacji.

Osiem złotych za butelkę

W wypadku fritz-koli temat wymaga organoleptycznego zgłębienia. Schodzę więc na dół do naszej zakładowej kawiarni Gazeta Café. fritz-kola kosztuje mnie 8 zł (zjadła mój budżet na zupę w stołówce, czyli dzisiaj głoduję). Stoi już na moim biurku i przyglądam się jej. Z białej etykietki uśmiecha się do mnie dwóch mężczyzn. "Design, ekologia i smak" - to ponoć wyróżnia ten produkt.

Dwaj panowie to Lorenz Hampel i Mirco Wiegert, przyjaciele z Hamburga, którzy w 2002 roku stwierdzili, że mogą zrobić lepszą colę, niż ta oferowana przez potentatów na rynku. Jak postanowili tak też zrobili.

Na stronie internetowej hamburskiej firmy można przeczytać, że za fritz-kolą stoi głębsza filozofia. Co więc kupiłam za osiem złociszy? "Kofeina w napoju jest naturalna, pozyskiwana z orzechów kola, a napój w 100 procentach wegański". Gdybym wybrała cytrynową wariację na temat fritz-koli miałabym pewność, że "dodano prawdziwą cytrynę a nie jego chemicznie uzyskany zamiennik". Napój sprzedawany jest tylko w szklanych butelkach - nie chodzi jedynie o ekologię, ale o wartości smakowe! Bo jak się okazuje, plastikowe butelki zmieniają go. Żaden z tych argumentów nie trafia na podatny grunt, bo żadna tam ze mnie koneserka, ekolożka i wegetarianka.

"fritz-kolą raczy się hipsterka"

Pomysł młodych Niemców zainteresował nie tylko konsumentów, którzy ochoczo zabrali się za spożywanie. O koncepcji marketingowej marki powstała praca magisterska na Webster Graduate School w Londynie napisana przez Tima Buse'a. Jaki pomysł na sprzedanie produktu mieli Hampel i Wiegert? Dystrybucja w klubach, restauracjach i kawiarniach. Podkreślanie lokalności produktu, jego niszowości, walorów ekologicznych i smakowych. Idea świetna, ale i niezły biznes. fritz-kola, jak można przeczytać w opracowaniu, przyniosła w 2010 roku dochód w wysokości 2,7 mln euro i wyszła już poza granice Niemiec. Napój można kupić w Niemczech, Polsce, Holandii, Austrii, Szwajcarii, Hiszpanii, Belgii i w jednej niemieckiej restauracji w Wielkiej Brytanii.

- Czy w Polce Fritz-Kola się dobrze sprzedaje? - My jesteśmy zadowoleni - odpowiada Daniel z BIObox, jednego z dwóch dystrybutorów marki w Polsce. - fritz-kola wyróżniała się na rynku niemieckim wśród bardzo tam popularnych lemoniad niszowych, spodobała się nam, rozsmakowaliśmy się w niej i zdecydowaliśmy się razem ze wspólnikiem na dystrybucję w Polsce - tłumaczy.

- fritz-kola tania nie jest, kto więc ją pije? - dopytuję. - Nie jest tania, ale jest naturalną alternatywą dla coli za 3 zł - słyszę w odpowiedzi. - Piją ją głównie młodzi ludzie, słyszałem, że jest modna w środowisku hipsterskim, ale nie kumam o kogo chodzi, więc szczegółów nie znam - śmieje się Daniel.

Zamiast gadać, piję!

fritz-kola to nie tylko smolisty napój o maksymalnej zawartości kofeiny - co podkreślają jej wszyscy zwolennicy. Firma poszerzyła ofertę także o lemoniady owocowe - w sumie fritz-kola to dzisiaj osiem rodzajów napojów.

Napój i cała stworzona wokół niego otoczka ma tworzyć idealne połączenie dla wymagających i świadomych konsumentów. Czy ja do nich należę?

Otwieram moją flaszkę (w necie można znaleźć film instruktażowy, jak otworzyć fritz-kolę zapalniczką). Wącham. Zapach wydaje się baaardzo znajomy. Piję pierwszego łyka i już wiem!!! Dokładnie tak samo smakowała Pepsi-Cola w czasach mojej młodości, kiedy rodzice kupowali ją w małych szklanych buteleczkach w barku w parku na warszawskiej Agrykoli. Dokładnie kropla w kroplę identycznie! - Mówiłam ci - uśmiecha się tylko wymownie przewracając oczami Karolina, koleżanka z biurka obok.

Lubisz nasze artykuły? Zostań fanem i kliknij tutaj.