Po 50 latach spędzonych w Anglii odzyskała rodzinny pałac w Polsce. "Nie uczyłam dzieci polskiego. Teraz tego żałujemy" [WYWIAD]

15.07.2013 11:20
Beata Ostrowska-Harris i jej pałac w Korczewia

Beata Ostrowska-Harris i jej pałac w Korczewia (fot. Agata Milewska, archiwum prywatne)

Uciekła z polskim złotem do Syrii, większość czasu żyła w Anglii przekonana, że już nigdy nie wróci do kraju. Stało się inaczej: o sobie, niedoszłej gwieździe filmowej, pałacu w Korczewie i przyjaźni prababki z Norwidem opowiada Beata Ostrowska-Harris.
Beata Ostrowska-Harris jest córką hrabiego Krystyna Ostrowskiego i Wandy z Krafftów (pochodzącej z bogatej rodziny przedsiębiorców o niemieckich korzeniach). Miała jeszcze starszą siostrę Renatę, wraz z którą 20 lat temu odzyskała pałac. Przed wojną rodzina Ostrowskich mieszkała w Korczewie, nazywanym wtedy "perłą Podlasia", a zimy spędzali w pałacu na Miodowej, w Warszawie. Prowadzili intensywne życie towarzyskie, podróżowali po świecie. W momencie wybuchu wojny, akurat skończył się remont i modernizacja pałacu, prowadzona przez mamę pani Beaty, malarkę.

Agata Milewska, Kobieta.gazeta.pl: Uczestniczyła pani w historycznej misji ratowania polskich rezerw złota. Jak do tego doszło?

Beata Ostrowska-Harris: - Mój ojciec był dyplomatą. Kiedy wybuchła wojna, włączył się w akcję wywiezienia polskiego złota ze skarbca Banku Polskiego. W olbrzymim konwoju warszawskich autobusów jechały też rodziny zaangażowanych w to przedsięwzięcie osób. Mieliśmy poprzez Ukrainę dostać się do Rumunii. Nieustannie byliśmy bombardowani przez Niemców. Nocą jechaliśmy, a w dzień odsypialiśmy. W Rumunii przesiedliśmy się do pociągu do Konstancy. Stamtąd angielskim statkiem dostaliśmy się do Konstantynopola, gdzie moi rodzice mieli znajomości z czasów pobytu na placówce dyplomatycznej. Następnie pojechaliśmy pociągiem do Syrii, która wtedy była francuska. A my właśnie Francuzom mieliśmy zostawić to złoto. Pozwolili nam popłynąć statkiem do Marsylii. Gdy Francja poddała się, pojechaliśmy do Portugalii i stamtąd w 1942 roku do Anglii. W Londynie działał już polski rząd, w którym ojciec od razu zaczął pracować, a moja matka malowała.


Beata Ostrowska-Harris w pałacowym gabinecie, fot. Agata Milewska

Czy Pani rodzice znosili rozłąkę z ojczyzną i utratę majątku w Korczewie?

- Do 1945 roku byli przekonani, że wrócą. Ale potem, kiedy w Polsce pojawili się Rosjanie, to już nie było o tym mowy. Uświadomili sobie, że na zawsze zostaną w Anglii. Mój ojciec do śmierci był przekonany, że nie wróci i że ja nie wrócę. Mówił: "Może jeszcze twój syn kiedyś wróci".

Rozpaczali, i to bardzo. To było ich całe życie, a ja przyznam, że mnie jako nastolatki to nie interesowało. Często zastanawiam się, dlaczego nie spytałam się o to czy o tamto. Teraz byłoby mi łatwiej. Ale wtedy o nic się nie pytałam. To mnie nie interesowało.

Miałam tam swoje życie do tego stopnia, że jak wyszłam za mąż, to powiedziałam, że będziemy mówić tylko po angielsku, bo nie chcę, żeby moje dzieci cały czas miały poczucie, że one tutaj nie należą. Ja tak czułam, że nie należę do Anglii, że jestem w pewnym sensie gościem. Dlatego chciałam, aby moje dzieci nie powielały tego syndromu. Stąd moi synowie i córka nie mówią po polsku, niestety. Teraz żałujemy wszyscy, że ich nie nauczyłam.

Jednak w końcu wszyscy przyjechaliście do Polski. Jak do tego doszło?

- W Anglii była recesja, a ja prowadziłam hurtownię antyków i bardzo trudno było cokolwiek sprzedać w tym czasie. To był 1989 rok. Wtedy mój kuzyn napisał mi, że jeżeli chcemy cokolwiek odzyskać, to jest dobry moment. Dlatego wsiadłam w samolot i przyjechałam do Polski odzyskać pałac w Korczewie i 12 hektarów parku.

I udało się.

- Tak, jednak odzyskany przeze mnie i moją siostrę pałac to były właściwie same mury i do tego niekompletne. Rosjanie zdemolowali pałac, kiedy zajęli go w 1939 roku. Do momentu odzyskania go przez nas działy się w nim przeróżne rzeczy: w sali balowej był magazyn nawozów sztucznych, w drewnianej zabudowie holu widać było ślady siekier, chyba zostawione "na pamiątkę" po nieudanych próbach porąbania jej na opał. Na szczęście drewno, z którego była zrobiona, okazało się za twarde. A pojedyncze przedmioty z pałacu trafiły do okolicznych mieszkańców. A przed wojną "perła Podlasia", bo tak nazywano korczewskie dobra, liczyła 20 tysięcy hektarów pól, lasów, pastwisk. Były tu tartaki, młyny, stajnie, mleczarnia, a nawet ferma srebrnych lisów. Na 35 hektarach parku hodowano rzadkie rośliny i drzewa. Za PRL majątek rozparcelowano, w pałacu działała między innymi Gminna Spółdzielnia "Samopomoc Chłopska", były mieszkania dla robotników. Dziś mam prawo pierwokupu odsprzedawanych przez państwo ziem. Jednak bez prawa do negocjacji ceny, które to prawo miałby każdy inny nabywca zainteresowany kupnem tylko nie ja.


Pałac w Korczewie za czasów PRL, archiwum prywatne

Ale pałac i park dostała Pani za złotówkę.

- Nie było wiele takich przypadków. Nawet wojewoda przyjechał na podpisanie tego aktu. Ale to, co mi "sprzedano" za tę złotówkę było w opłakanym stanie. Kiedy przyjechałam do Korczewa, wejście do pałacu było zabite deskami. Do środka dostałam się przez piwnicę. W budynku nie było stropów, podłóg, boazerii. Żadnych pozostawionych przez Ostrowskich rzeczy i mebli.


Sala balowa w czasie PRL, archiwum prywatne

Jak przez wojną wyglądał kompleks pałacowy?

- Składał się z dwóch budynków, oprócz głównego był też dom dla gości zwany Syberią. Według jednej z wersji wyjaśniającej pochodzenie tej nazwy, służba, nosząc tam jedzenie zimą, mówiła, że tam jest jak na Syberii, ale jest też druga wersja. Podobno w lochach, bo tam są bardzo duże lochy, kilka pięter w dół, ukrywano Sybiraków.


Część kompleksu pałacowego zwana Syberią, fot. Agata Milewska

Co się stało z Syberią? Teraz to jest ruina.

- Niestety! W Syberii mieścił się Urząd Gminy i w wyniku zemsty za zabranie czy nie wydanie komuś prawa jazdy podpalono ten budynek. Pożar był olbrzymi, jak przyjechałam kolejny raz zastałam zgliszcza, które musiałam posprzątać. Teraz tam nie ma nic, nawet podłóg, ale mimo to ciągle tam kogoś spotykam. Przez ciekawość ludzie wchodzą. Moim marzeniem jest, żeby ten budynek wyremontować i tam zamieszkać.

Ludzie opowiadają też, że stamtąd jest tunel do Drohiczyna.

- To wydaje mi się mało prawdopodobne. Może, jeżeli był tunel, to do końca parku, żeby w razie czego móc uciec. Ale do Drohiczyna to nie wierzę. Tam przecież jest po drodze rzeka i kiedyś były bagna.

Czy pamiętała Pani pałac sprzed wojny?

- Raczej nie. Miałam sześć lat, kiedy wyjechaliśmy. Ale pamiętałam, gdzie był mój pokój. To wiedziałam od razu. Potem przyjechała moja starsza siostra, ona pamiętała więcej.


Wnętrze "perły Podlasia" przed wojną, archiwum prywatne

I przyjechał pani mąż.

- Tak, kiedy pojawiła się możliwość odzyskania pałacu, dużo rozmawialiśmy o Korczewie. Powiedziałam, że muszę pojechać i zobaczyć, jak to wygląda i jakie mamy szanse na odzyskanie majątku. Moje wyjazdy stawały się coraz częstsze, dlatego Rodney zdecydował się towarzyszyć mi. Wkrótce przyjechał pierwszy syn, potem drugi, a na koniec córka. Jednak jej mąż nie znalazł pracy w Polsce dlatego oni wrócili do Londynu.

Od czego zaczęliście remont?

- Od urządzenia sobie mieszkania w dawnej oficynie. To było najłatwiejsze do wyremontowania, dlatego tu zamieszkaliśmy. W czasie remontu mieszkaliśmy w baszcie, wcześniej w mieszkaniu w Warszawie, kiedy mój mąż pracował w agencji reklamowej.


Prace renowacyjne w pałacu, archiwum prywatne

Z czego finansowaliście odbudowę?

- Londyńskie oszczędności dość szybko się skończyły, a ja ze starszą siostrą Renatą, dziś już nieżyjącą, porwałyśmy się na odbudowę gigantycznego majątku, jednego z większych w przedwojennej Polsce. Z czegoś trzeba było to przedsięwzięcie finansować. Zostałam największym pracodawcą w okolicy. Uruchomiliśmy w Korczewie mleczarnię, oferującą pierwsze w Polsce mleko w kartonach, jednak obecnie funkcjonuje tylko skup mleka.

Potem dowiedziałam się, że kozy to jest przyszłość, choć w sumie okazało się, że na mleko kozie było jeszcze za wcześnie. Popyt był mały, poza tym rodziły się w większości koziołki, które sama woziłam do odbiorców w Warszawie, co wspominam jako koszmar. Odsprzedałam więc kozy, a do obory kupiłam krowy. Mam ich teraz 180. Potem ktoś chciał mi odsprzedać dawny folwark. Nie bardzo było wiadomo co z nim zrobić, bo dookoła były już wybudowane domy. Wymyśliłam, że zrobimy salę weselną. I mamy salę weselną na 300 osób. Teraz będziemy też robić hotel, naprzeciwko bramy.


Pałac w Korczewie i dawna oficyna, archiwum prywatne

Przedsiębiorcza z Pani kobieta

- Byłam zmuszona. Musiałam coś wymyślić. Jak trzeba to się zawsze coś wykombinuje. Ale popełniłam masę błędów. Gdybym miała chociaż wykształcenie w tym kierunku, to co innego, a tak, to na wariata się wszystko robiło.

A mogę zapytać jakie ma Pani wykształcenie?

- Oj, nie powiem.

Czy to coś kompromitującego? Kim chciała Pani być, kiedy była Pani nastolatką?

- No więc właśnie, no wtedy to była właściwie wielka pomyłka, ale ja chciałam, no, chciałam być gwiazdą filmową. Jak się ma 17 lat, jeszcze wtedy, w tamtych czasach, zaraz po wojnie Chciałam być Betty Davies albo Joan Crawford, wtedy były takie gwiazdy. Moim marzeniem było jechać rolls royce'em z tygrysem siedzącym koło mnie. Poszłam do szkoły teatralnej. Ale nie miałam zdolności w tym kierunku, o czym na szczęście szybko się przekonałam. Przez jakiś czas pracowałam w Teatrze Polskim w Londynie, ale potem wyszłam za mąż, zajęłam się antykami i zapomniałam o tym wszystkim.

Czy nie chciałaby Pani zrobić z Korczewa takiej rodzinnej posiadłości, jaką był przed wojną?

- Aby mieszkać w pałacu, trzeba mieć bardzo dużo pieniędzy na wyremontowanie go, ale także na utrzymanie, ogrzanie, a to - jak wszyscy wiemy - są olbrzymie koszty. Mi się raczej marzy, żeby mieszkać w Syberii, a w pałacu żeby dużo się działo.


Sala balowa dziś, po odrestaurowaniu, fot. Agata Milewska

To dlatego walczy Pani o podpisanie pochodzenia listów Cypriana Kamila Norwida do Pani prababki?

- Tak, zależy mi na tym, aby było wiadomo, że są to listy z Korczewa, pisane dla mojej prababki Joanny Kuczyńskiej. Bo Norwid pisał wiersze "Do Pani na Korczewie". A to są listy do Pani na Korczewie.

Czy zna Pani historię znajomości Norwida i Pani prababki?

- Norwid przyjaźnił się z moją prababką. Poznali się w Warszawie, spotykali również w Paryżu, w saloniku prowadzonym przez Joannę. Poeta nigdy nie przyjechał do Korczewa, ale przez dziesięć lat znajomości intensywnie korespondował z marszałkową Kuczyńską.

Nie chciałaby Pani, żeby te listy wróciły do Korczewa?

- Nie, niech będą tam, gdzie teraz są, czyli w Bibliotece Narodowej. Ale zależy mi, żeby wszyscy wiedzieli, że są to listy z Korczewa, a nie od Bolesława Piaseckiego, prominentnego polityka czasów PRL, założyciela stowarzyszenia PAX.

Jak to się stało, że trafiły w ręce Piaseckiego?

- Listy uratował pewien tutejszy nauczyciel, wiedział jak są cenne i jak tylko pod koniec wojny weszli Rosjanie to wyniósł listy i obrazy, a po wojnie oddał je do Desy w Lublinie, a Piasecki odkupił od niego te listy. A właściwie dał mu mieszkanie na uli. Pięknej w Warszawie w zamian za nie. Jego córka w dalszym ciągu tam mieszka. Jeden mój znajomy poszedł z nią porozmawiać o tym wszystkim i ona przyznała, że tak było i nawet podpisała oświadczenie.

To Biblioteka nie chce tego przyznać?

- Jeszcze się wahają, bo ja nie chcę ich zabrać. Chciałabym tylko kopie, żebym mogła zrobić w Karczewie wystawę. Dobrze przynajmniej, że wiadomo, gdzie są, że nic się tam złego z nimi nie stanie.


Obrazy autorstwa Wandy Ostrowskiej, fot. Agata Milewska


Zdjęcia Wandy Ostrowskiej, matki Beaty Ostrowskiej-Harris, fot. Agata Milewska

Zobacz najnowsze wideo

Komentarze (273)
Po 50 latach spędzonych w Anglii odzyskała rodzinny pałac w Polsce. "Nie uczyłam dzieci polskiego. Teraz tego żałujemy" [WYWIAD]
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • krzysztof_ptk

    Oceniono 387 razy 241

    To dziwne, byliście szlachtą, elitą dyplomatyczną i reprezentantami Polski na zachodzie. I wasi synowie i córki nie mówią po polsku. W pierwszej generacji. I mówisz tylko niestety.

  • mageiar

    Oceniono 331 razy 167

    Po pierwsze: córka hrabiego, czyli hrabianka. W Rzeczpospolitej przedrozbiorowej nie było takich tytułów jak hrabia. Ci którzy go używają zapomnieli, że dostali tytuł od zaborcy. Albo za zasługi, albo go zwyczajnie kupili (vide "Popioły" Żeromskiego). Nie ma się więc szczególnie czym szczycić.
    Po drugie. Majątek tych jaśnie państwa liczył 20 tys hektarów. W II RP największym nieszczęściem i problemem, było ukryte bezrobocie na wsi. A brało się z tego, że jaśnie państwo, nawet za odszkodowaniem, nie chcieli dopuścić do częściowej reformy rolnej. Ziemię dali chłopom źli komuniści.
    Po trzecie. Ta wspaniała II RP miała do d..py dyplomatów, którzy nie zapobiegli sytuacji z 1939 i później.
    PO czwarte. Tak bardzo kochaliście swoich chłopów, że nie potrafiliście ich uwłaszczyć. Zrobili to zaborcy.
    Wnuk Chama (czyli chłopa który za skibę ziemi harował u jaśnie państwa).

  • hanishl

    Oceniono 190 razy 136

    Pieprzyc taka wolność . Mienie kościelne na wschodzie , zabużańskie , przedwojenne ( mąż pani Gronkiewicz ),
    i szereg innych . Wszyscy coś odzyskują tylko ja Podatnik na to płacę .
    Przepraszam zapomniałem o Romaszewskim i tym którzy walczyli o to żebym był wolny jak dzik

  • Gość: C'est la vie

    Oceniono 184 razy 120

    Z jednej strony jest mi naprawdę żal tego wszystkiego co stało się z polskimi pałacami, willami, kamienicami. Z drugiej strony pojawia się pytanie: kim byli właściciele tych posiadłości, w jaki sposób zarabiali pieniądze żeby je utrzymać, czym zajmowali się na co dzień? Czyżby to oni mieli w rękach losy Polski i jej narodu? Czyżby oni byli odpowiedzialni za te tragedie, które dotknęły naród polski poczynając od rozbiorów? Co stało się wtedy z „mniej szlachetnymi” Polakami, po tym jak ich Panowie stoczyli Polskę na dno w imię własnej beztroski, pijactwa, lenistwa, wygodnictwa, skłonności do rozrywek, egoizmu itd.? Zdaje się że pozostała im już tylko śmierć, rozpacz, tragedia za tragedią, tułaczki, emigracja, prześladowanie, nadzieja, naiwne rozlewanie krwi pod wpływem czczych obietnic innych mocarstw mamiących ich odzyskaniem niepodległości, ciągłe nie poddawanie się. Później to już tylko niezliczona ilość ofiar ze strony polskich patriotów w walce o choć częściowe naprawienie tego co zostało zniszczone: ale to już nie była szlachta… Czy współczuję potomkom dawnej polskiej arystokracji? Chyba nie.

  • cyreliusz

    Oceniono 201 razy 107

    Miałam tam swoje życie do tego stopnia, że jak wyszłam za mąż, to powiedziałam, że będziemy mówić tylko po angielsku, bo nie chcę, żeby moje dzieci cały czas miały poczucie, że one tutaj nie należą.
    Wstydu niema, ani honoru za grosz. To nie jest Polka tylko Angielka.
    Jak można wynarodowić swoje dzieci.
    Celowo i świadomie,bez przymusu.
    Kanclerz Bismarck nie wywierał na nią presji. Jak na dzieci we Wrześni.
    Niech nie opowiada głupot,, że rodzice mieli problemy.
    Pilot Stanisław Skalski wrócił, i do końca życia myślał co można dla Polski zrobić.

  • Gość: Podpisz się

    Oceniono 178 razy 92

    O psija kość! Kolejna hrabini wróciła do Polszy, o czem gazieta donosi! I dali jej od razu pałac! Pewnie za to, że jak większość psubratów z tzw. arystokracji jej rodzina wysługiwała się zaborcom, bo jakoś o bohaterskich czynach w walce o niepodległą Polszę, to a nich nie słuszat! We wrześniu 1939 r. jaśniepaństwo i cała reszta rasy panów wojnę przegrali w trzy dupy i wiali na wschód i zachód, co koń skoczy!
    Zostawili za sobą rozebrany kraj między bolszewika i nazistę, 40% bezrobotnych i tyluż niepiśmiennych i drugie tyle niedouczonych! A tera im za powrót majatki dają! Mądra ta władza czy głupia?

  • klawiatura1979

    Oceniono 132 razy 72

    "Miałam tam swoje życie do tego stopnia, że jak wyszłam za mąż, to powiedziałam, że będziemy mówić tylko po angielsku, bo nie chcę, żeby moje dzieci cały czas miały poczucie, że one tutaj nie należą".

    Co za wierutna bzdura...

  • Gość: osa

    Oceniono 104 razy 56

    To dziw że majątku nie przejęli czarni,przez sto lat zaborów grabili wszystko.

  • Gość: jezykkolczasty

    Oceniono 24 razy 18

    Zapomniała Jaśnie Pani że konstytucja z 1922 roku ZNIOSŁA wszystkie tytuły arystokratyczne.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Życie i styl:
Najczęściej czytane