"Wzięłam kredyt we frankach, problemy zaczęły się szybko. Rok spędziłam w szpitalu..."

Oto moja historia. "Fajnie, że ja nie wzięłam kredytu", "Nie możesz sprzedać mieszkania?", "Po co brałaś kredyt w obcej walucie" - niemal zawsze słyszę te zdania, kiedy proszę o pomoc.

Franki szwajcarskie są bardzo ładne. Drukuje się je na specjalnym papierze zawierającym włókna bawełniane. Banknot 10-frankowy przedstawia wybitnego szwajcarskiego architekta Charlesa Edouarda Jeannereta, występującego pod nazwiskiem Le Corbusier. Banknot 20-frankowy, w dominującym kolorze czerwonym, poświęcony jest jednemu z najsłynniejszych kompozytorów XX wieku, którym był Arthur Honegger.

Rozstaję się z tymi banknotami z żalem, niestety nie z powodu ich wyglądu. Co miesiąc zanoszę do banku 1700 franków. Ich wartość znacznie przewyższa moją pensję. Zmiany kursu franka całkowicie zmieniły moje życie.

Jak to się zaczęło?

Do wzięcia kredytu we frankach namówili mnie - mój partner, jego tata, mój tata, przyjaciel i doradca bankowy. Tak, miałam więcej niż 18 lat i tłumaczenie, że nie znam się na pieniądzach i bankach, i tego typu sprawach, jest słabe. Powinnam była się na tym poznać, zanim podpisałam cokolwiek. Kara jest rozpisana na 30 lat. Więcej niż za zamordowanie kogoś.

Problemy zaczęły się szybko. Wskutek zawirowań związanych z kryzysem, partner stracił pracę. Niedługo potem umarł jego tata, który miał spłacać połowę raty. Mój tata zerwał ze mną kontakt, mówiąc, że dawanie pieniędzy jest demoralizujące i nie zamierza mi pomagać. Kurs franka zaczął rosnąć. Dziś mieszkanie, które kosztowało 860 000 złotych, kosztuje 1 600 000 zł. Tyle wynosi mój kredyt po kilku latach spłacania.

Kłopoty ze snem akurat miałam

W ciągu tych paru lat spłacania kredytu, rok spędziłam w szpitalu psychiatrycznym. Trafiłam tam z dnia na dzień. Pierwsze dwa tygodnie byłam w katatonii. Nie mówiłam, nie ruszałam się, miałam zamknięte oczy, byłam karmiona kroplówką. Kiedy się ocknęłam, nie pamiętałam, kim jestem. Podawałam się za Jezusa i wszystkich się bałam. Mam zdiagnozowaną schizofrenię paranoidalną.

Pani psychiatra mówi, że przyczyny tej choroby nie są znane. W mojej rodzinie nikt nie chorował, więc podłoże genetyczne w moim przypadku odpada. Starterem choroby może być podobno stres, nadwrażliwość, kłopoty ze snem. No tak, kłopoty ze snem akurat miałam. Nadwrażliwa też jestem. Wszystko więc się zgadza. Czy starterem choroby może być strach, że sobie nie poradzę z kredytem? Strach o dziecko, któremu nie zabezpieczyłam przyszłości?

Liczy się każdy pieniądz

Mój partner, który jest redaktorem, pracuje teraz w Anglii na wtryskarce. Poza tym wozi do pracy ludzi. Czasem sprząta sklepy i ludzie wrzucają mu papierki na szufelkę. W soboty pracuje na recepcji takiego miejsca, w którym są kursy językowe dla emigrantów. Liczy się każdy pieniądz. Zalegamy w banku dwie raty, które trzeba dogonić. Przez rok nie płaciliśmy czynszu. To też musimy spłacić, bo pewnego dnia przyszedł wyrok z sądu, do którego spółdzielnia zwróciła się o pomoc w windykacji zadłużenia.

Na skype rozmawiamy rzadko, bo ja też dużo pracuję. Na święta wysłałam mu opłatek, słoik z orzeszkami i pierniczki, które upiekła nasza córka. Słoik nie przeszedł przez granicę. Orzeszki były w gęstym miodzie, w którym mogło być coś do robienia bomby. Ja dostałam koniki polne i lizaka o smaku bananowym ze skorpionem - wymyślone w Ameryce dla amatorów wietnamskiej kuchni.

Odbieram telefon, trzeba mieć ze mną kontakt

Komornik nie miałby zbyt dużego pola manewru w moim (banku) mieszkaniu, bo nie dałam rady tego miejsca urządzić. Do niedawna nie miałam nawet lamp na suficie. Meble podarowane przez znajomych i stół z allegro są tylko w pokoju, do którego trafiają goście. Chyba zająłby (zajmie) mi pensję?

Po wpłaceniu pieniędzy, czterech tysięcy czy pięciu, telefon z banku jest już następnego dnia. Z pytaniem, kiedy wpłacę następne pieniądze. Potem odbieram kolejne telefony, bo pani lub pan z banku musi mi przypomnieć o ustaleniach. Trzeba być czujnym, bo oni się złoszczą, kiedy się nie odbiera. Wymagany jest stały kontakt.

Pani z działu windykacji czyta mi, ile dni zalegam i ile wynosi zadłużenie. Przypomina, że płacenie rat na czas jest moim obowiązkiem i, że w każdej chwili może zostać wypowiedziana umowa kredytowa. Umawiam się z nią na to, kiedy będzie następny zastrzyk gotówki. Ale i tak co miesiąc wyciągam ze skrzynki list za który płacę 10 franków z wezwaniem do natychmiastowej zapłaty. I groźbą, że jeśli tego nie zrobię umowa zostanie wypowiedziana. - Listy idą z innej puli, przestaną przychodzić, jak pani będzie płaciła na czas - tłumaczy mi pani z banku. - Liczą się nasze ustalenia telefoniczne - pociesza mnie.

Chciałam napisać list do dyrektora działu windykacji, który podpisuje te listy za 10 franków, ale to niemożliwe. Na stronie banku nie ma żadnych e-maili do takich ważnych pracowników.

Nie możesz sprzedać mieszkania?

Zaczęłam prosić o radę znajomych - dziennikarzy, redaktorów, radcę prawnego. Jeden z redaktorów nawet umówił się ze mną na kawę. Powiedział, "super, że ja nie mam kredytu i nigdy nie miałem". Zapytał: "Nie możesz sprzedać mieszkania?". Było tak samo jak zwykle, kiedy usiłuję o tym rozmawiać. Kiedy pytam ludzi, co robić, co zrobiliby na moim miejscu.

Teraz kurs franka skoczył jeszcze bardziej. Wygląda na to, że zaraz nawet pensja z fabryki w Anglii na to wszystko nie wystarczy. Sprzątam jeden pokój, żeby go wynajmować ludziom, którzy przyjadą do Warszawy na wycieczkę.

Jakie mieszkanie?

W rozmowach o kredycie ludzie zawsze pytają, a jakie to ja mieszkanie sobie postanowiłam kupić, ile ono ma metrów, i czy musiało być aż takie duże. Ma 110 metrów, ale mnóstwo miejsca zajmują schody, więc tej przestrzeni się nie czuje. Ma balkon, na którym mogę palić papierosy i jest na Woli. Blisko domu, w którym spędziłam dzieciństwo.

Znalazłam je, kiedy padał deszcz. Spodobało mi się, bo pan, który je sprzedawał, zaproponował mi kawę. Pomyślałam, fajnie mieszkać w domu, w którym wcześniej mieszkał ktoś miły. Nigdy wcześniej nie miałam swojego mieszkania. Mogłam zacząć od kawalerki, ale pomyślałam, że skoro mam spłacać kredyt przez 30 lat, to lepiej mieć duże, dwupoziomowe mieszkanie, tak, żeby w razie czego moja córka mogła w nim mieszkać ze swoją rodziną i ze mną. Poza tym był jeszcze przyjaciel ze studiów, z którym zawsze mieszkaliśmy. Chcieliśmy mieszkać razem dalej.

Przez cały dzień dzwoniłam do banku

W dniu kiedy kurs franka bardzo się zmienił, bo bank szwajcarski przestał go pilnować, akurat miałam wpłacić kolejną partię pieniędzy, bo tego dnia dostaję w pracy pensję. Okazała się za mała, żeby wymienić ją na potrzebną liczbę franków. Przez cały dzień starałam się dodzwonić do banku. Automat w telefonie tłumaczył, że mogą być problemy z połączeniem, że czas oczekiwania może przekroczyć 5 minut. Czekałam 5, 10, 15 minut. Nic z tego.

Wieczorem zadzwoniła do mnie pani zajmująca się badaniem opinii publicznej z pytaniem, czy zechcę porozmawiać o tym, czy jestem zadowolona z pracy polskich banków. Rozumiem, że to dowód na to, że jesteśmy monitorowani. No bo skąd ona ma mój numer telefonu i czemu dzwoni akurat do mnie? Odpowiedziałam, że nie rozmawiam na takie tematy. A poza tym, że jestem dziennikarką i nie powinnam w takich badaniach brać udziału. No ale co właściwie miałam powiedzieć? Że jestem głupia? Że wzięłam kredyt nie zdając sobie sprawy z konsekwencji?

Chciałabym mieszkać w Polsce

Jeden z dziennikarzy biznesowych powiedział mi: "wyjedź stąd na 3 lata i ogłoś upadłość z Anglii, w Polsce nie masz szans na wygraną, a tam ją ogłoszą z automatu, bo mają inne przepisy. Po trzech latach legalnego pobytu, będziesz miała prawo z nich skorzystać". Fajny pomysł. Mogę tam pracować na przykład sprzątając hotel. Mam wprawę w sprzątaniu. Sprzątałam mieszkania przez całe liceum. Na studiach też sprzątałam. Tylko ja nie chcę wyjeżdżać. Bardzo lubię swoją pracę. A poza tym piszę dwie książki, na które jestem umówiona z wydawcą. Mam w planie jeszcze jedną, którą mam stworzyć ze znaną osobą. Jej agentka szuka sponsorów i prosi o wsparcie w ministerstwie kultury. Jeszcze jeden wydawca przed świętami zapytał, czy napisałabym w jego wydawnictwie książkę, taką o czym chcę.

Chciałabym mieszkać w Polsce. Bardzo lubię Warszawę.  Na razie pocieszam się tym, że jest dobrze, bo przecież nikt mnie nie zabije.