"Kocham, całuję, lecę, pa!". Druga młodość naszych matek

Nasze mamy, babcie naszych dzieci, panie swojego życia. Każdy z tych opisów jest prawdziwy, ale w zależności od przypadku w kobietach po sześćdziesiątce proporcje rozkładają się zupełnie inaczej. Mniej w nich babć, a więcej królowych dojrzałej młodości.

- W środę mam jogę kręgosłupa, w czwartek idę do teatru - wiesz, są warszawskie spotkania teatralne, a w piątej chciałam zobaczyć "Mustanga" zanim zejdzie z ekranu. To co, może w sobotę się zobaczymy? - rzuca w słuchawkę moja mama, babcia dwójki moich dzieci. No, w sobotę zobaczyłyśmy się - mama wpadła na herbatę i ciastko. Uściskała wnuczęta i poleciała dalej. Jak wiele kobiet, które po sześćdziesiątce przeżywa drugą - lepszą, bo pełniejszą - młodość.

Zacznijmy od tego, że wiele z matek, które są jednocześnie babciami, pracuje na pełen etat. Katarzyna za rok mogłaby w sumie przejść na emeryturę, ale jest tak cenionym pracownikiem, że już wie, że jej szef przykuje się jej łańcuchami do maski jej samochodu, da koleją podwyżkę, zgodzi się na elastyczne godziny pracy, byle tylko nie opuszczała go.

Pracują razem od ponad dwudziestu lat, Katarzyna zna jego rodzinę, przyzwyczajenia i doskonale wie, że jej pracodawca poczuje się bez niej, jak dziecko we mgle. Niedawno w jej rodzinie pojawiło się maleńkie dziecko, na którego punkcie zwariowała.

Wizję emerytury spędzonej w skromnym domku na ukochanej Krecie nieco skomplikowało przyjście na świat niemowlaka. Katarzyna chciałaby się nim bardziej zajmować, ale wiadomo - praca i plany emerytalne, życie towarzyskie niestety kolidują.

Gabriela ma czworo dzieci i dwa razy tyle wnucząt. Ma także pracę na pełen etat i starszego o 12 lat męża na emeryturze. Mąż jak kania dżdżu wygląda weekendu, kiedy dom zapełni się wnuczętami i dziećmi. Pani Gabriela marzy o chwili wytchnienia, ale z drugiej strony cieszy się, że dzieci tak chętnie ich odwiedzają. Przez chwilę myśleli nawet, żeby sprzedać dom pod lasem i przenieść się bliżej centrum miasta - kupić coś mniejszego, może z tarasem. Ale w którym ?czymś mniejszym? zmieści się dębowy stół na 14 osób... A na tarasie będzie szaleć ósemka dzieci bez szkody dla tarasu i dzieci?

Emerytura? Tak! Nie!

Do pracy codziennie chodzi także Jadwiga - nauczycielka w prywatnej szkole.

- Siedem lat temu, kiedy byłam w pierwszej ciąży usłyszałam, że jak pojawi się wnuczka (tak się złożyło, że termin miałam wyznaczony na dwa dni po zakończeniu roku szkolnego) to mama rzuca cudze dzieci i zajmuje się wnuczką - wspomina jej córka.

- Mama jest zresztą rekordzistką jeśli chodzi o deklarowane przechodzenie na emeryturę - taka decyzja zapada zawsze raz w roku, a czasami przy większych aferach z dyrekcją także w czasie roku szkolnego. Po drodze pojawiło się jeszcze dwoje dzieci, a praca jak była, tak jest.

.Fot. Marilylle Soveran/Flickr.com/ CC BY-NC 2.0

- Co w ogóle nie jest dla nas - rodziców małych dzieci - żadnym problemem - tłumacz córka Jadwigi. - Bardziej chodzi o to, że te plany nie mają pokrycia, a deklaracje pozostają deklaracjami.

Tym bardziej, że Jadwiga ma bardzo dużo zajęć pozalekcyjnych: uprawia nordic walking - to na fali dbania i kręgosłup oraz niekończącej się walki o smukła linię, ma szeroki krąg znajomych, wśród których ciągle trafiają się rocznice i jubileusze - ostatnio na tapecie była pierwsza ?Siedemdziesiątka?.

Kobieta marzy o podróżowaniu - na liście celów, na które odkłada pieniądze znajduje się Paryż oraz Stany Zjednoczone. Pierwsze miejsce na romantyczne obchody rocznicy ślubu (zbliża się czterdziesta), w drugie chce polecieć, żeby odwiedzić przyjaciół.

Jedyny problem, to jak sama mówi coraz mniej sił - bo ochota i apetyt na życie są ogromne, gorzej z możliwościami ciała. - No niestety szybciej się męczę i kiedyś więcej udawało mi się upchnąć w dobie.

Ewa - także aktywna zawodowo polonistka po sześćdziesiątce - w dobie upycha dużo, a ostatnio jeszcze więcej. To tak żywiołowa i witalna osoba, że licealiści, których uczy wyglądają na jej tle jak banda wyzutych z energii flegmatyków. W ciągu dnia jest w pracy, po lekcjach organizuje klasowe wyjścia do teatrów i wyjazdy śladami pisarzy. Wieczorami i w weekendy zawsze znajdzie czas na spotkanie towarzyskie i odwiedziny u córek, z których jedna ostatnio została mamą bliźniąt. Dodajmy, że pani Ewa w odwiedziny wpada w obiadem w termosach i energią tornada.

Nauka nie idzie w las

- Jak wystawa w muzeum, to tylko połączona z lekcją muzealną, ewentualnie prelekcją kuratora - wylicza Ula, córka Alicji. - Kino? Fajnie, fajnie, ale jakby później było spotkanie z reżyserem to byłoby wprost idealnie - dodaje. - Najnowsze premiery książkowe? - To ja proszę mamę o podesłanie na mojego Kindla, nie odwrotnie - dodaje Urszula.

Pani Alicja korzysta z każdej ciekawej propozycji, twierdząc, że nie chce być jak były mąż, "który porasta mchem na kanapie". Emeryturę ma nienajgorszą, ale dodatkowo ma także pieniądze z wynajmu mieszkania po rodzicach. Ma także silną paczkę koleżanek z dawnych miejsc pracy oraz grupę wielbicielek, która rekrutuje się spośród ich córek.

A córki są młode, dynamiczne i z kontaktami. Alicja chętnie bierze więc udział w badaniach opinii (zawsze fajnie pogadać na temat reklamy kremu i zgarnąć za jeszcze to dwieście złoty), służy swoimi włosami i stopami uczennicom szkół kosmetycznych, chodzi także na wybrane konferencje i warsztaty, które podsyła jej córka jednej ze znajomych - obsypywana zaproszeniami przez firmy pr.

- Czasami mama jest tak zajęta, że muszę się z nią umawiać z tygodniowym wyprzedzeniem - podsumowuje Ula. Nie ona zresztą jedna ma problemy ze zwabieniem rodzicielki do domu.

- Mama jest jak meteoryt - pojawia się naszym życiu i znika - mówi Łukasz. - Kiedy ja i mój brat byliśmy mali, mama spędziła z nami w sumie sześć lat w domu. Była taką mamą, która zaprowadza do szkoły, gotuje obiady, chodzi do lekarza, jeździ na wakacje. Kiedy miałem 18 lat zapowiedziała mi lojalnie, żeby się nie spieszył z rozmnażaniem, bo jej plan na najbliższe 15 lat nie przewiduje ponownego "udomowienia".

.Fot. Stephanie Young Merzel/Flickr.com/CC BY 2.0

Pani Barbara - mama Łukasza słowa dotrzymała. Dalej pracuje, dużo podróżuje, rozwija się, dba o siebie i swoje dobre samopoczucie. A wnuka, który urodził się kiedy jej syn miał 30 lat chętnie zabiera do kina i teatru. Ufundowała mu także stypendium (coś w rodzaju programu 500+), dzięki któremu będzie mógł po osiągnięciu pełnoletności wydać je - w mądry, jak podkreśla pani Barbara - sposób.

- Czy się cieszycie się, że wasze mamy przeżywają drugą młodość? - zapytaliśmy wszystkie dzieci opisanych wyżej kobiet. Cieszyli się, cieszyli. Za mamy, bo za siebie to trochę mniej - zwłaszcza ci odstawieni na boczny tor. Cóż, takie (drugie) życie.

Więcej o: