"To ważne, żeby pokazać, że mimo choroby można tańczyć, jeździć na nartach, uprawiać seks"

W październiku trafiła do szpitala. Diagnoza: rak jajnika. Stadium zaawansowane. Mimo choroby i trudnego leczenia nie zrezygnowała ze swojej pasji. Postanowiła publicznie mówić o tym, co przeżywa. - Chcę przede wszystkim zainspirować - mówi Daria Dziewięcka, dziennikarka tokfm.pl, autorka felietonów do magazynu "Joga".

Jeszcze w październiku 2018 r. byłaś pewna, że w styczniu 2019 r. wyjedziesz na dwa miesiące do Indii praktykować jogę.

Żeby dostać się na praktykę do Sharatha Joisa w Mysore, trzeba złożyć aplikację online. Zapisy są jednak tylko konkretnego dnia raz lub dwa razy w roku, formularz trzeba wypełnić bardzo szybko, bo jednocześnie robią to tysiące joginów na świecie, a liczba miejsc w shali [sala, w której praktykuje się jogę - przyp. red.] jest ograniczona. Na początku października wysłałam zgłoszenie. Tydzień później dostałam mejla z potwierdzeniem, że zostałam przyjęta. Bardzo się ucieszyłam, od razu kupiłam bilet lotniczy. 

Daria Dziewięcka
Zdjęcie z lutego 2019 roku. Fot. Aneta Awtoniuk

A kilka tygodni później trafiłaś do szpitala.

- Na zajęciach z jogi gorzej się poczułam, asany [pozycje w jodze - przyp. red.], które wcześniej robiłam bez trudu, nie wychodziły mi najlepiej. Moja nauczycielka powiedziała, że pewnie jestem po prostu przeziębiona i powinnam sobie zrobić przerwę. Kaszlałam, bolał mnie brzuch. Następnego dnia trafiłam do szpitala. Okazało się, że mam jedną opłucną pełną wody. Wciąż jednak podejrzewałam, że to pewnie zwykłe zapalenie płuc, przez dwa tygodnie pobiorę jakiś antybiotyk i wrócę na jogę, a w styczniu pojadę do Indii. Po kilku tygodniach okazało się, że nie jest to zapalenie płuc, a najprawdopodobniej nowotwór. Ta wstępna diagnoza potwierdziła się pod koniec listopada. Złośliwy nowotwór jajnika w stadium zaawansowanym, z przerzutami.

Przeszła ci przez głowę myśl, jak mogło do tego dojść, że zachorowałaś? Że przecież jesteś młoda, masz dopiero 37 lat, do tego prowadzisz zdrowy tryb życia, a od 10 lat ćwiczysz jogę.

- Nie, nie zastanawiałam się nad tym. I żaden lekarz też by mi tego nie wyjaśnił, bo nie mógłby. Nie wierzę też, że joga jest w stanie uchronić przed chorobami i nie znam nikogo, kto miałby takie przekonanie. Czułam się bardzo dobrze, miałam wrażenie, że mój organizm jest silny, jogę praktykowałam codziennie, z jednym dniem wolnym w tygodniu, więc było to po prostu zaskakujące, gdy okazało się, że już od jakiegoś czasu jestem bardzo chora.

W grudniu już wiedziałaś, że do Indii nie polecisz.

- Było mi przykro, ale nie rozpaczałam. Raczej byłam skoncentrowana na tym, aby jak najszybciej zacząć leczenie. Zresztą w tym czasie już bardzo źle się czułam, więc nawet nie byłabym w stanie pojechać. Cały czas kaszlałam, bolał mnie brzuch, miałam duże problemy z jedzeniem, mocno schudłam. Skupiałam się na tym, żeby utrzymać odpowiednią wagę, żeby dopuszczono mnie do chemioterapii. I na odpowiednim nastawieniu.

Od momentu, w którym trafiłaś do szpitala, aż do pierwszej chemioterapii pod koniec grudnia nie byłaś na jodze.

- Nie praktykowałam asan, co nie znaczy, że nie praktykowałam jogi. Joga nie ogranicza się do pozycji, bardzo ważnym aspektem są ćwiczenia oddechowe, czyli pranayama, oraz medytacja, które pozwalają się wyciszyć i skoncentrować. Te elementy praktyki bardzo mi pomagały, kiedy byłam w szpitalu. Przed każdym zabiegiem robiłam ćwiczenia oddechowe, żeby zebrać siły i jak najlepiej, najbardziej bezboleśnie, bez nerwów, go przejść.

Do asan wróciłam po pierwszej chemioterapii. Zaczęłam od robienia najprostszych pozycji w domu, żeby zobaczyć, czy w ogóle dam radę i jak się z tym czuję. Okazało się, że nie jest źle. Potem jedna z nauczycielek jogi z Yoga Republic - szkoły, do której chodzę - zaczęła mnie namawiać, żebym przyszła na poranne zajęcia z mysore [uczestnicy praktykują zgodnie z rytmem własnego oddechu i we własnym tempie, nauczyciel tylko koryguje pozycje - przyp. red.]. Nie byłam co do tego przekonana, od chemioterapii minęło zaledwie 10 dni. Myślałam, że na pewno nie będę w stanie ćwiczyć normalnie. Ale poszłam i było naprawdę OK. Od tamtej pory zaczęłam codziennie chodzić na poranny mysore, czyli wróciłam do trybu sprzed listopada.

Aż do następnej chemioterapii.

- Chemia daje w kość. Sprawiała, że przez kilka dni byłam całkiem wyłączona z życia. Źle się czułam, byłam słaba, przez trzy dni praktycznie leżałam w łóżku i nic nie robiłam. Ale potem zaczynałam czuć się lepiej i stopniowo wracałam do normalnego życia, do porannej jogi. Po trzeciej chemii postanowiłam wrócić też do pracy. Zaczęłam od pracy z domu. Od czwartej chemioterapii przechodziłam to znacznie lżej. Po ostatniej wróciłam do praktycznie normalnego trybu pracy.

Daria Dziewięcka
Daria na zdjęciach z lipca 2019 roku. Fot. Agnieszka Odachowska

W czym joga pomaga ci teraz, kiedy jesteś chora?

- Dzięki jodze organizm jest silny, więc gdy zderza się z chorobą, jest lepiej przygotowany do walki z nią. Dla mnie najważniejszym aspektem praktyki jest jednak ten umysłowy. Joga zapewnia równowagę emocjonalną, pozwala mi, zwłaszcza przed chemioterapią, kiedy już wiem, że za chwilę znów będę czuć się źle, odpowiednio się do niej nastawić. Jestem pewna, że wtedy leczenie jest skuteczniejsze, ma mniej skutków ubocznych. Podczas pranayamy ciało i umysł się uspokajają. Zawsze przed chemią bardzo długo robię ćwiczenia oddechowe, co sprawia, że w jej trakcie jestem wolna od negatywnych myśli.

Ale joga to jedno. Ogromne wsparcie i dużo energii dostaję od ludzi. Tych z jogi, którzy bardzo zaangażowali się w moje leczenie, ale również bliskich i znajomych. Wiele osób zaoferowało pomoc i naprawdę coś dla mnie zrobiło i robi. Tuż po pierwszej chemioterapii, na sylwestra, najbliższa mi osoba sprowadziła specjalnie dla mnie z Hiszpanii oryginalną cavę [wino musujące produkowane w Hiszpanii z wykorzystaniem metody szampańskiej - przyp. red.], tyle że bezalkoholową.

Mój nauczyciel jogi Przemek poświęcił mnóstwo czasu na zrobienie mi zdjęć podczas zajęć, mimo że miał dwie sale pełne ludzi. Dużo czasu na fotografowanie mnie poświęca też Aneta, która poza tym, że praktykuje ashtangę, jest bardzo zajętą osobą, ma swój program w telewizji. Inna znajoma przegadała ze mną prawie pół nocy, gdy miałam dużo wątpliwości w związku z leczeniem. Przed ostatnią chemioterapią znajomi powyciągali z piwnic słoiki z ogórkami kiszonymi i mi je przywieźli. Wiedzieli, że po wodzie z ogórków o wiele lepiej się czuję. Do tego dochodzą osoby, które siedzą ze mną w szpitalu, gdy mam podawaną chemię. Które dla mnie gotują. Moja rodzina. Nie wyliczę, niestety, wszystkich, ale pamiętam o każdym.

Po drugiej chemioterapii postanowiłaś powiedzieć publicznie o tym, że chorujesz. I zaczęłaś osobisty projekt w social mediach, opowiadasz w nim i o raku, i o jodze.

- Zrobiłam to przede wszystkim, żeby zainspirować. Gdy wróciłam po pierwszej chemioterapii na jogę, wiele osób mówiło mi, że obserwowanie mnie, jak ćwiczę, jest dla nich niesamowicie motywujące. Bo kiedy im się nie chciało przyjść na zajęcia, to pomyśleli o mnie i szybko zmieniali nastawienie. Znam również historie osób, które poświęciły się praktyce jogi, bo ta pomogła im w walce z uzależnieniem od narkotyków, zaburzeniami jedzenia czy chorobami kręgosłupa. Moje doświadczenie może pokazać osobom, które również poważnie zachorowały, że joga bardzo pomaga także w walce z nowotworem. Z kolei dla osób, które nie praktykują, inspirujące może być to, że poważna choroba nie musi oznaczać rezygnacji z pasji.

- Gdy opublikowałam pierwszy post, otrzymałam bardzo dużo wiadomości prywatnych, nie tylko ze słowami wsparcia. Ludzie zwierzali mi się, że również doświadczyli poważnej choroby. Uznałam, że to ważne, żeby pokazać, że mimo to można prowadzić normalne życie - tańczyć, jeździć na nartach, uprawiać seks albo zajadać się papryczkami jalapeno. Że oczywiście, trzeba z pewnych rzeczy zrezygnować - przynajmniej na pewien czas, ale że nie wygląda to aż tak pesymistycznie.

Gdy spotkałyśmy się kilka tygodni po tym, jak zaczęłaś chemioterapię, i opowiedziałaś mi, ile zrobiłaś w ciągu ostatnich dni - kilka razy byłaś na jodze, napisałaś felieton, zaczęłaś przygotowywać swój projekt, pomyślałam: wow, dużo. Gdy zachorowałaś, raczej wyobrażałam sobie, że będziesz leżeć w domu, źle się czuć i czasem jeździć do szpitala na kolejną dawkę chemii.

- Ja nie miałam takiego wyobrażenia, właściwie to w ogóle nie wyobrażałam sobie, jak to będzie. Każda osoba inaczej przechodzi chorobę, jestem pewna, że jest mnóstwo osób, które żyją zupełnie normalnie, ale na pewno są też takie, które mają całkiem inne dolegliwości niż ja, nie mają tyle siły, bo na przykład są starsze, ich ogólny stan zdrowia jest gorszy. Ja od początku starałam się przede wszystkim pozytywnie nastawić do leczenia, do tego, że jest ono konieczne, że mi pomaga i że na pewno będzie skuteczne. I normalnie żyć.

Na pierwszy rzut oka, czytając moje posty, może się wydawać, że ten cały proces leczenia jest bardzo lekki, że moje życie jest świetne, bo chodzę do jednej z fajniejszych szkół jogi i jadam ze znajomymi śniadania na mieście. Oczywiście nie jest tak kolorowo. Bywało, że czułam się naprawdę źle, bo leki mają skutki uboczne, zdarzało się, że nagle zaczynał lecieć mi krew z nosa, miałam obniżoną odporność, bolały mnie żyły. Wszystko ma swoją ciemną i jasną stronę, ale w związku z tym, że ludzie mają tendencje do skupiania się na tej ciemnej, to uznałam, że chcę więcej pokazywać tej optymistycznej.

Największy problem miałam z kondycją, ale dzięki codziennym ćwiczeniom i ona w końcu wróciła. Był czas, że znów robiłam 100 proc. tego, co robiłam, zanim zachorowałam. A jeszcze na początku leczenia temu byłam przekonana, że do końca chemioterapii będę robiła maksymalnie 80 procent. Za mną chemioterapia, przede mną jeszcze połowa terapii monoskładnikowej.

W mediach w kontekście walki z rakiem często pojawiają się historie spektakularnych osiągnięć osób cierpiących na nowotwór - ktoś zdobył górski szczyt, ktoś przejechał pół świata. Ty pokazujesz małe sukcesy, cieszysz się z każdej kolejnej asany, którą udało ci się zrobić.

- Po pierwszej chemioterapii ćwiczyłam bardzo ostrożnie, po drugiej poczułam się lepiej, więc zaczęłam dodawać kolejne pozycje, w tym dynamiczne przejścia. Wszystko oczywiście przychodziło mi trudniej niż kiedyś, bo część komórek mięśniowych pozanikała. Ale joga wzmacnia również mięśnie głębokie, które gdy praktykuje się długo, już tak szybko nie zanikają. To było momentami zabawne, bo niektóre, wydawałoby się, trudne asany sprawiały mi mniej kłopotu niż te obiektywnie prostsze.

Największy problem miałam z kondycją, ale dzięki codziennym ćwiczeniom i ona w końcu wróciła. W tej chwili robię już 95 procent tego, co robiłam, zanim zachorowałam. A jeszcze jakiś czas temu byłam przekonana, że do końca chemioterapii będę robiła maksymalnie 80 procent. Przede mną jeszcze trzy wlewy z chemioterapii trójskładnikowej.

Robisz plany?

- Robię dużo planów. Na razie najważniejsze jest leczenie, które będzie stosunkowo długie. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to planuję w przyszłym roku pojechać z koleżanką do Indii - tam, gdzie nie udało mi się dotrzeć w tym roku.

Trudno było ci zaakceptować, że jesteś chora?

- Nie, ciężko było mi zaakceptować tak trudne leczenie. Bo ja nie czuję się chora. Nie chcę, żeby to zabrzmiało głupio czy arogancko, bo doskonale sobie zdaję sprawę, jak poważna jest ta choroba, ale czuję się tak, jakby wszystkie chore komórki zostały już zabite, że nic tam już nie ma. Że systemowe leczenie działa. Oczywiście mogę się mylić, ale w tej chwili w to wierzę.

Wywiad z Darią ukazał się w lutym 2019 r. Daria w kwietniu zakończyła chemioterapię, na początku sierpnia była na półmetku leczenia terapią monoskładnikową. Wciąż codziennie chodzi na jogę, wróciła do normalnej praktyki sprzed choroby. Praktyka jest lżejsza, żeby organizm mógł się regenerować po leczeniu.

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Więcej o:
Komentarze (127)
'To ważne, żeby pokazać, że mimo choroby można tańczyć, jeździć na nartach, uprawiać seks'
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • zimmel

    Oceniono 39 razy 33

    Mimo,że 80 minęła mam kłopoty z rękoma przez lekarza,który nie zdiagnozował choroby a można było ją wyleczyć.Pracuję na budowie i nie daję za przegrane,guziki to mi żona zapina ale walczę jak lew i innym pomagam w różnych pracach.Pamiętajcie,że Joga może nie leczy a uspokaja człowieka w zależności co ćwiczysz.

  • madhivala

    Oceniono 40 razy 32

    Pani Dario! Spokoju umysłu i powodzenia w tym trudnym doświadczeniu!

  • Gość: twt

    Oceniono 27 razy 27

    od 2 miesiecy wycieram kąty waliszsewskiej onkologii. - i jeszcze 6 przede mna.,, dziennie mijam tam 2 setki chorych mniej lub bardziej ludzi - 2 setki na gabinetach na parterze .. setke obserwuje przez pouchylane drzwi pokoi na oddzialach...lub drepczacych ze stojakiem po korytzrzu - po nastepny wlew, po zmiane wenflonu, albo worka do cewnika...albo po nic - zeby nie zeswirowac w lozku, z telewizorem probujacym odmozdzyc 10h na dobe...., zeby zle nie myslec o *rwiajacym 24h/dobe sasiedzie z lewej ...lub drugim - po prawej...zeby sprawdzic czy nikt z personelu nie wyje gdzies w kacie - bo kto to przy zdrowych zmyslach jest w stanie to zniesc ...zeby zobaczyc czy juz faktycznie przyszla wiosna...zeby poczuc ze jeszcze nie umarlem....choc sie juz z tym tematem przestalem szarpac. joga? czemu nie - ale chyba zostawie sobie na nastepne zycie. bohaterce - sil i wiary - zycze.

  • instal.msm

    Oceniono 28 razy 24

    Mam 66 lat rok temu 3 miesiące po 12 chemii pojechałem z żoną do Austrii na narty i dałem radę pomimo utraty 20kg wagi. Walcz dasz radę. W połowie leczenia tak jak ty czułem, że jest dobrze i narazie jest dobrze , w tym roku też nie odmówiłem sobie sprawdzenia się na stoku.

  • sprostowany

    Oceniono 35 razy 17

    ciągle otaczają mnie dowody o jałowości czegoś takiego jak zdrowy styl życia.
    Może po prostu żyć, nie zabijać się nałogami i dewastacyjnym imprezowaniem.
    Umiera tak samo ideolog zdrowego życia i po prostu żyjący człowiek. Jeden wcześnie inny późno. Reszta to bzdury.

  • Gość: nesca

    Oceniono 10 razy 8

    Podziwiam za hart ducha, caym sercem życzę wyzdrowienia

  • Gość: lori

    Oceniono 14 razy 8

    Super sylwetka, super sport! Terapie są coraz skuteczniejsze. Jeszcze pojedzie Pani do Indii! :)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX