''Kiedy przejeżdżała przez rondo Dmowskiego w Warszawie, wszystkie auta stawały, bo kierowcy się na nią gapili''

Angelika Swoboda
A gdy wychodziła na scenę, ludzie dostawali na jej widok małpiego rozumu. To był rodzaj opętania, którego nie widziałam u publiczności innych artystów - opowiada Iza Michalewicz, współautorka książki "Villas".

Jaka była naprawdę Violetta Villas?

Prywatnie bardzo prostolinijna. I wyluzowana. Tonami jadała śledzie. Miała najzwyklejsze poczucie humoru, czasem na granicy prostactwa. To była zagubiona, przestraszona światem dziewczyna z małego miasteczka, z Lewina Kłodzkiego, ze zwyczajnej, niewykształconej rodziny. Jej ojciec był górnikiem, grywającym na skrzypcach w wiejskich kapelach.

Na scenie stawała się diwą, zakładała kostiumy, maski. Ale Czesią Gospodarek [prawdziwe imię i nazwisko po pierwszym mężu - przyp. red.] pozostała do końca życia. I właśnie przez zderzenie tej prostoty z jej nieprawdopodobnym muzycznym darem nastąpiła katastrofa.

Co masz na myśli?

Gdyby ten dar, czyli absolutny słuch i genialny głos o nieprawdopodobnej skali, przytrafił się komuś innemu, może do dramatu, upadku jej kariery by nie doszło. Ale Violetta nie przyjmowała od nikogo rad, nie miała zaufania do ludzi, nie dała się nikomu poprowadzić. Była apodyktyczna; albo mnie kochaj, albo rzuć.

Przerosła ją ta ogromna popularność?

Kiedy przejeżdżała przez rondo Dmowskiego w Warszawie, wszystkie auta stawały, bo kierowcy się na nią gapili. A gdy wychodziła na scenę, ludzie dostawali na jej widok małpiego rozumu. To był rodzaj opętania, którego nie widziałam u publiczności innych artystów. Ona była zjawiskiem. Pod każdym względem. Kiedyś Villas zaśpiewała piosenkę pt. "Mechaniczna lalka": "Znów chcecie bawić się mną, znów chcecie słyszeć mój głos. Wiem, że laleczką mnie zwą, cóż, taki widać mój los.". Cóż, ten tekst był zbieżny z jej emocjami.


Janina Cieślak z córkami Violettą (pierwsza z lewej) i Wandą (z prawej) na łące w Lewinie po przyjeździe z Belgii (fot. arch. rodzinne)

Smutne.

Gdyby mieszkała tam, gdzie się urodziła, w Belgii, gdzie święciły triumfy Édith Piaf i Dalida, być może jej życie potoczyłoby się inaczej. Tam osobowość artystki była brylantem, u nas obrzucano ją błotem. A wobec Villas nie można było być obojętnym. Albo się ją kochało, albo się z niej śmiało. Nic pomiędzy.

Z jej manierą i pazurem nie mogła się przyjąć w siermiężnym PRL-u. Krytykowano jej wizerunek, wyśmiewano go. To też było dla niej trudne. Z perspektywy lat i rozmów o Violetcie myślę, że była nieszczęśliwa sama ze sobą. Gdyby było inaczej, łatwiej poradziłaby sobie z krytyką.

Villas przyjęła się jednak za granicą. Przecież już w katach 60. koncertowała m.in. we Francji, Szwajcarii, RFN, Kanadzie, USA.

Gdybyśmy mieli wtedy media społecznościowe, wszyscy zobaczyliby, jak wjeżdża cadillakiem na scenę i występuje ze stuosobowym męskim baletem. Christian Dior szył dla niej sukienki. Dawała dwa koncerty każdego wieczoru. To było potwornie wyczerpujące. Pamiętajmy, że to była drobniutka, maleńka kobieta.

Była też wtedy bardzo młoda, miała niewiele ponad 20 lat, nie znała dobrze języka. Gdy trafiła do Stanów, była przerażona. Już Warszawa była dla niej wielkim światem, a co dopiero Las Vegas! Ze Stanów nagle uciekła do Polski. Wymyśliła, że jej mama jest umierająca. Próbowałam ją zrozumieć, dociec, po co były jej te brednie.

No właśnie - po co?

Była śmiertelnie, wręcz obsesyjnie zakochana w krytyku muzycznym Januszu Ekiercie. W Stanach doszły do niej plotki, że on po Warszawie wozi jej samochodem dziewczyny. Więc rzuciła wszystko i wróciła do kraju. Umierała z miłości i zazdrości. Gdy śpiewała w piosence, która weszła do filmu tylko jako dźwięk: "Po drogach moich, będę chora na ciebie, chora na ciebie o kochany mój", myślała o Januszu.


Janusz Ekiert, Violetta Villas (fot. Wojciech Surdziel/AG, Stanisław Jakubowski)

Janusz Ekiert był szalenie inteligentnym, przemiłym człowiekiem. Z wielką klasą i wiedzą muzyczną. Utrzymywaliśmy kontakt, także po napisaniu książki, aż do jego śmierci [Janusz Ekiert zmarł 1 czerwca 2016 roku - przyp. red.].  Pokazał nam rozpaczliwe listy, jakie pisała do niego Violetta. Na maszynie, na kartkach A4.

Czy on odwzajemniał miłość Violetty?

Potrafił cierpliwie czekać sześć godzin w pokoju obok, aż Violetta się przygotuje i do niego wyjdzie. Łączyła ich niezwykła więź, o czym zresztą Janusz szczerze nam opowiadał. Jego wspomnienia były tym cenniejsze, że mężczyźni bardzo rzadko przyznają się do takich uczuć.

Dlaczego się rozstał z Villas?

Trwało to kilka lat, rozchodzili się i schodzili. Gdy Violetta wyjechała na kolejne tournée po Stanach na początku lat 70., Janusz w tajemnicy ożenił się z pianistką Lidią Grychtołówną. Villas błagała go, żeby do niej wrócił. Na chwilę wrócił, a potem uznał, że to nie ma sensu. Rozstali się w 1973 roku.

Violetta była głodna miłości?

I akceptacji. Fani przed nią klękali, a ona ich przytulała. Mówiła często: Całuję was w samo serce. Z drugiej strony była niesłychanie trudna, zaborcza. Wszyscy musieli żyć absolutnie dla niej. Jeśli ktoś nie poświęcał się jej w całości, to przestawał dla niej istnieć. Wymagała wyłączności. Violetta była nieobliczalna, nie panowała nad emocjami. Była wielką osobowością, która kompletnie nie nadawała się do życia. Do tego już w latach 60. doszedł problem narkotyków.

Podobno Villas była uzależniona nie tylko od nich.

Koncerty, które dawała w Las Vegas, trwały po 2,5 godziny. To była tytaniczna praca. Kładła się spać nad ranem. Potem zaczynała od picia szampana w kasynie i już nie mogła się obyć bez tego lekkiego szumu. Nie była pijana, ale lekko znieczulona. Do tego doszły środki nasenne, których wpływ zauważyła rodzina. Maria Cieślak, bratowa artystki, wspomina w rozdziale książki pt. "Odlot", jak Violetta znienacka runęła na pianino, które stało w jej mieszkaniu, a szła wtedy na spotkanie z Januszem Ekiertem, czekającym pod blokiem. Brała stymulanty, podejrzewam, że na bazie amfetaminy. Miewała stany euforyczne, tak opowiadał reżyser Jerzy Gruza. I wielu świadków jej "dziwnych" zachowań.


Violetta z Piotrem Gospodarkiem, na odwrocie data: 21 lutego 1955 (fot. archiwum rodzinne)

Pozostańmy jeszcze przez chwilę przy mężczyznach Violetty Villas. To prawda, że miała romans z Frankiem Sinatrą?

Bzdura!

Zanim w latach 60. związała się z Januszem Ekiertem, przez trzy lata była żoną porucznika Piotra Gospodarka.

Koleżanki Villas z dzieciństwa opowiadały mi, że była Gospodarkiem zafascynowana, ale nie chciała za niego wychodzić. Do małżeństwa zawartego w 1955 roku zmusili ją rodzice - miała wtedy 16 lat! Chciała wyfrunąć z domu, żeby śpiewać, żeby być gwiazdą. W końcu od niego uciekła.

Zostawiając syna Krzysztofa, którego urodziła w 1956 roku.

Jako matka musiała dokonać tragicznego wyboru. Wyjechała uczyć się śpiewu do Szczecina, uznając prawdopodobnie, że synowi będzie lepiej u dziadków, na wsi. Violetta w tamtym czasie nie nadawała się ani na żonę, ani na matkę. Z Jerzym Danilewiczem zastanawialiśmy się nawet, czy w przypadku ciąży nie wydarzyło się coś wbrew jej woli. Wiele wątków z życia artystki pozostaje tajemnicą.

W 1988 roku wyszła za przedsiębiorcę polskiego pochodzenia, Teda Kowalczyka. Na ślubie zaprezentowała się 1500 gościom w 21 kreacjach. Miesiąc miodowy spędzili w Honolulu...

A po roku się rozwiedli i wróciła do Polski. Potem Kowalczyk udzielał wywiadów w polonijnej prasie, w której zarzucał Villas m.in. "wielogodzinne modły i większe umiłowanie do zwierząt niż do seksu". Jak mężczyzna może wyciągać tak obrzydliwe rzeczy? Zapytałam o to zresztą bezczelnie Ekierta, czy Violetta była oziębła wobec mężczyzn i czy unikała seksu. Uwierz mi, była pod tym względem zupełnie normalną kobietą.

Małżeństwo z Kowalczykiem było kompletną porażką. Dziś wydaje mi się, że dla obojga był to rodzaj dealu. Ale ze strony Violetty były też emocje. Imponowali jej mężczyźni z pieniędzmi i gestem. A Kowalczyk wysyłał jej setki róż. Liczyła też, że na nowo zacznie karierę w Stanach. Ted obiecał jej restaurację ze sceną, na której będzie występować. Ona wciąż kochała śpiewać. W gruncie rzeczy mąż chciał na niej zarabiać. Poza tym byli niedopasowani jako kobieta i mężczyzna. Violetta nigdy nie pokochała Teda tak jak Janusza.


Violetta (z lewej) z siostrą Wandą i kolegą, wesele z Tedem Kowalczykiem w Chicago w 1988 roku (fot. archiwum rodzinne)

Bogusław Kaczyński mówił, że po rozwodzie z Kowalczykiem Villas nie była już tą samą osobą. Pojawiły się urojenia, problemy psychiczne.

Nie jest tajemnicą, że Violetta Villas była przez krótki czas w szpitalu psychiatrycznym w 2007 roku, do którego trafiła w bardzo ciężkim stanie. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Zgodziła się leczyć, więc wypuszczono ją do domu. Wielu artystów ma za sobą podobne epizody czy terapie, bo domeną tych ludzi jest nadwrażliwość. A nadwrażliwość Violetty była ogromna. Brała antydepresanty i leki stymulujące ją do występów. Do tego dochodził wspomniany alkohol, który piła w ilościach ogromnych, intensywniej od lat 80. Zwłaszcza koniak. Jak miała ochotę, piła od śniadania, ale bywało też, że nie piła w ogóle. Robiła wszystko po swojemu, według własnego widzimisię. I nikt, absolutnie nikt nie był w stanie jej tego zabronić. Nie znosiła sprzeciwu.

Podjęła leczenie?

Nie. Po rozmowach z osobami z otoczenia piosenkarki podejrzewam, że Villas cierpiała na rodzaj manii prześladowczej. Z biegiem czasu ta choroba się pogłębiała. Mogła też mieć osobowość dwubiegunową.

Violetta nadawała się na wieloletnią terapię, ale nigdy się jej nie poddała. Zamiast tego szukała ulgi w alkoholu i lekach. Zamykała się we własnym świecie i w nim czuła się najbezpieczniej. W domu, w Lewinie, ludzie podrzucali Villas zwierzęta, a ona je przygarniała. To też był rodzaj ucieczki przed światem. Obok była Elżbieta Budzyńska, gotowa na każde jej skinienie. Padało: "Elka, daj papierosa", "Elka, gdzie jest mój drink?" albo "Elka, dzisiaj zjadłabym mielone", i Elka leciała. Nie mówiła na przykład: "Pańciuniu, mielone nie, zrobię ci schabowe". Spełniała wszystkie jej prośby. Budzyńska była zafascynowana Violettą i jej talentem. Przyszła kiedyś na jej koncert z różami i tak się poznały. A kiedy została dopuszczona blisko Villas, nie chciała już odejść. Żyła życiem Violetty, była tylko dla niej. To była toksyczna relacja, ale to właśnie Elżbieta wytrzymała z Violettą najdłużej [4 listopada 2014 roku Budzyńska została skazana na 10 miesięcy pozbawienia wolności w związku z nieudzieleniem pomocy artystce; sąd uniewinnił ją od zarzutu znęcania się psychicznego nad Villas - przyp. red.].

]2001 WROCAW WIOLETTA VILLASFOT. MIECZYSLAW MICHALAK / AGENCJA GAZETAPLYTA WROCLAW NR 040
Violetta Villas na koncercie we Wrocławiu, 2001 rok (fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta)

A jak wyglądały relacje Villas z synem?

Bardzo chciała kochać syna, ale nie potrafiła. Syn wielokrotnie wyciągał do niej rękę, ale ona ją gryzła. Dlaczego? "A bo tak!" Nie było na to racjonalnego wytłumaczenia. Być może nie chciała, żeby ingerował w jej świat. Mógł jej przecież powiedzieć: "Mamo, nie pij".

Bywały chwile, że mieli dobre relacje, syn przyjeżdżał do niej z wnukiem, którego uwielbiała. Wcześniej mieszkali razem, jeszcze w domu w podwarszawskim Sękocinie-Lesie, zwanym Magdalenką. Ale nagle Violetta kazała mu się wyprowadzić. Oparło się o prawnika. Ale nie mogę ci powiedzieć nic więcej. Zresztą w książce ten wątek się nie znalazł. Uznałam, że tak głębokie wchodzenie w tę relację jest nieetyczne. Niech to zostanie między nimi. 

U schyłku życia Violetta Villas żyła bardzo skromnie.

Przez zwierzęta, które przygarniała, w jej domu było potwornie brudno. Na szczęście znalazła się grupa osób, które jej ten dom wysprzątały i wyremontowały. Obrzydliwe było jednak to, że gdy zapraszano ją do programów telewizyjnych, w zamian za udział oferowano jej karmę dla zwierząt. I ona się na to zgadzała. Pod koniec życia pomógł jej Michał Wiśniewski, który nagrał z nią płytę. Zarobiła na niej 150 tysięcy złotych i te pieniądze pozwoliły jej przetrwać przez jakiś czas.   

Violetta Villas miała około tysiąca złotych emerytury. Dzięki staraniom jednego z jej fanów, który nie chciał, by padło jego nazwisko, premier Donald Tusk przyznał jej cztery tysiące złotych miesięcznie tzw. renty specjalnej. Niestety, stało się to dopiero w 2011 roku, w którym zmarła [Violetta Villas umarła 5 grudnia 2011 roku - przyp. red.].

Mówi się, że Villas współpracowała z SB.

Funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa chodzili za Violettą tak samo jak za innymi artystami w tamtych czasach. Nie była pod tym względem wyjątkiem, ale wyjątkowo dobrze sobie z nimi radziła. Nie była z tych, co kapowali. Kombinowała, żeby dostać paszport wielokrotnego przekraczania granicy, co było wtedy szalenie istotne. Esbecy relacjonowali np. "Spotkałem się z Violettą, kupiłem jej róże". Ona w rewanżu opowiadała jakieś bzdury, aż ją w końcu uznano za nieprzydatną. Choć oczywiście zgodę na współpracę podpisała, widziałam ten dokument w IPN.

A włosy? Sama Villas mówiła, że myje je w nafcie i dlatego są tak gęste.

Villas nieraz poprawiała sobie urodę. Zoperowała nos, by był zgrabniejszy, w Stanach Zjednoczonych powiększyła piersi na początku lat 70. To, że myła włosy w nafcie, jest legendą. Poświęciliśmy temu cały rozdział pt. "Łóżko pełne włosów". Miała swoje, bujne, ale dopinała pukle w identycznym kolorze. Wiem to od rodziny jej zaufanego fryzjera, który przyjeżdżał do niej z Radomia.

Nikt oprócz niego nie mógł dotykać jej włosów. Ale gdziekolwiek się pojawiała, każdy chciał ją za nie złapać. Największy problem miała z dziećmi, które bez pytania za nie ciągnęły. Jako dziecko też byłam tymi jej włosami zafascynowana i myślałam, że są w całości prawdziwe. Z błędu wyprowadziła mnie moja mama, która jest znakomitą fryzjerką. Powiedziała: Zobacz, że one się nie ruszają naturalnie, są sztuczne. Villas je tylko podrzuca.

Nigdy nie widziałaś się z Violettą Villas?

Wiele razy próbowałam, ale nigdy mi się nie udało. Od 2008 do 2011 roku jeździliśmy z Jerzym Danilewiczem do Lewina, siedzieliśmy pod jej domem w samochodzie, ale brama była zamknięta. Płakałam z bezsilności. Villas z jednej strony bardzo chciała się z nami spotkać, bo wiedziała, że piszemy o niej książkę, a z drugiej się bała. Była już wtedy ciężko chora, miewała urojenia. Gdy się do niej dodzwoniliśmy, opowiadała nam, że była wyprowadzić swoje ukochane kózki, których od lat już nie miała.

Raz Elżbieta Budzyńska wpuściła nad do środka, powiedziała, że pani Violetta śpi. Była bardzo życzliwa. Mówiła, że czuły się zaszczute przez dziennikarzy, którzy ciągle kręcili się wokół domu z kamerami. Nagle z pokoju obok rozległ się niski, piękny głos Villas: "Elka, daj papierosa". "Pani Elu, to Violetta pali?" - zapytaliśmy zdziwieni. Okazało się, że trzymając papierosa w dłoni, nawet się nie zaciągając, znowu czuła się jak dama. Budzyńska powiedziała, żebyśmy przyszli jeszcze raz. Ale potem znowu nie odbierała telefonu.

Po pewnym czasie zorientowałam się, że bezpośrednia rozmowa już nie ma sensu. Violetta dzwoniła do mnie znienacka i mówiła: "Pani Izuniu, niech pani przyjedzie, bo ta czarna małpa z TVN chodzi po moim ogrodzie". Po którymś takim telefonie wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy. Ale znowu nas nie wpuszczono. To bardzo smutne, ale w 2011 roku Villas nie nadawała się już do rozmowy z dziennikarzami. Może była pod wpływem alkoholu, może na lekach? Na pewno nie chciała już żyć.

W książce podziękowaliście Violetcie Villas, że ostatecznie się nie spotkaliście. Czemu?

Bo ja bym się w niej z miejsca zakochała. A to byłoby niedobre, bo pewnie straciłabym obiektywizm. To wspaniale kochać swojego bohatera, jest w tym piękna reporterska pasja. Ale ja nie jestem pisarką. Nie stwarzam ludzi. Opisuję ich prawdziwie. Niemniej jednak do końca pilnowaliśmy, by nie odrzeć Violetty Villas z godności. Bez żalu zrezygnowaliśmy z bezpośredniej rozmowy. Z szacunku dla naszej bohaterki.

Książkę możecie kupić w Publio.pl.


Iza Michalewicz i okładka książki ''Villas'' (fot. Anna Gondek-Grodkiewicz)

Iza Michalewicz. Reporterka związana z "Dużym Formatem" Gazety Wyborczej, laureatka nagrody Grand Press i finalistka Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Autorka zbioru reportaży "Życie to za mało. Notatki o stracie i poszukiwaniu nadziei", książki "Rozpoznani" o rozpoznanych na kadrach powstańczej kroniki filmowej uczestnikach powstania warszawskiego oraz bestsellera o policyjnej specgrupie do rozwiązywania zagadek zbrodni sprzed lat, nazywanej Archiwum X - "Zbrodnie prawie doskonałe. Policyjne Archiwum X". Współautorka biografii Violetty Villas, "Villas". Mieszka i pracuje w Warszawie.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, kawy i sportowych samochodów.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Więcej o: