"Toksyczne relacje najlepiej buduje się na poczuciu winy - bo to rodzina, bo nie wypada, bo można się poświęcić"

To nie ludzie są toksyczni, to relacje - mówi Michał Pozdał, seksuolog i psychoterapeuta, i wyjaśnia, kto może mieć tendencje do wchodzenia w niezdrowe relacje, jak je rozpoznać i w końcu - jak się z nich wywikłać.

Mówimy o kimś, że jest toksyczny czy że jest w toksycznej relacji? Czym właściwie jest toksyczna relacja w rozumieniu psychologicznym?

Toksyna to trucizna. Termin "toksyczna relacja" będzie się zatem odnosić do takiej relacji, która nas zatruwa, czyli powoduje, że nie możemy realizować naszego potencjału. W której czujemy się gorsi lub poniżani.

Czy można powiedzieć, że są osoby z natury toksyczne?

Nie godzę się na to, żeby mówić o określonych ludziach, że są toksyczni, prawie zawsze toksyczność ujawnia się na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Ktoś zaczyna się z kimś spotykać czy przyjaźnić z jakichś powodów, i to ta relacja, ścieranie się ze sobą różnych cech lub zachowań, jest tym, co czyni ją zdrową lub toksyczną. Albo dynamika tej relacji staje się tak intensywna, że przez cały czas się z kimś kłócimy lub się nawzajem zdradzamy. I to nas niszczy.

Zachowanie może być toksyczne, nie człowiek.

Amerykańska psychoterapeutka Pia Mellody wyróżnia jednak dwa typy toksycznych osób - nałogowcy kochania i nałogowcy unikania bliskości.

Czyli innymi słowy unifikatorzy i separatyści. Ci pierwsi będą przede wszystkim dążyć do złączenia się, wręcz zlania się z innym człowiekiem, drudzy - pilnować swojej odrębności. W psychologii mamy pewne konstrukty, które pozwalają na opisanie określonych zaburzeń osobowości. Ale im dłużej jestem psychoterapeutą, tym bardziej przekonuję się co do tego, że te konstrukty są tylko drogowskazami wykorzystywanymi w pracy z pacjentem. Bo nagle do gabinetu trafia osoba niespełniająca żadnego z tych kryteriów albo co najmniej trzy naraz.

Każdy z nas w pewnych sytuacjach może wykazywać zachowania, które dla kogoś innego okażą się toksyczne. Na pewno nie przyporządkowałbym tych zachowań dwóm typom. Ludzie są zbyt różni i zbyt złożeni.

Psychologia
Rys. Shutterstock

Znam jednak osoby, których zachowanie nie tylko ja odbieram jako toksyczne. Przez lata przyjaźniłam się z kimś, kto był nieprzewidywalny - raz był niezwykle ciepły i wydawało się, że jest mi bardzo bliski, innym razem traktował mnie jak powietrze, upokarzał. Potem okazało się, że z dwiema innymi osobami postępował podobnie.

W przypadku niektórych ludzi toksyczne zachowanie może wynikać z różnych problemów natury psychicznej. Pracowałem z mężczyzną, który poznał taką kobietę. Bardzo szybko weszła w bliską relację z nim. Wyprowadzała jego psa na spacer i odwiedzała jego babcię w szpitalu. Ani się obejrzał, a znała wszystkich jego znajomych. Wracał do domu, a ona już tam była, siedziała z jego przyjaciółmi i w najlepsze z nimi gawędziła. Z czasem zaczęła wysuwać wobec niego coraz większe roszczenia, próbowała go kontrolować. Okazało się, że w przeszłości robiła tak też z innymi mężczyznami.

Wyprowadzała psa, odwiedzała babcię w szpitalu, poznawała znajomych - można by pomyśleć, że to po prostu miły, troskliwy człowiek, który chciał się do niego zbliżyć. Kiedy taka relacja staje się niebezpieczna?

Niebezpiecznie zaczęło się robić wtedy, gdy na przykład chciał postawić granicę, a nie mógł tego zrobić, bo ona zaczynała się obrażać albo go atakować. Albo kiedy zauważył, że coraz więcej sfer jego życia było jej podporządkowanych albo przynajmniej w nich uczestniczyła.

Jak się skończyła ta relacja?

Na szczęście całkowitą separacją, zerwaniem kontaktu. Ta osoba cierpiała na zaburzenia osobowości.

Czy jest tak, że niektórzy z nas ze względu na swoje cechy osobowości lub doświadczenia mają tendencję do wchodzenia w toksyczne relacje?

Oczywiście. Często są to ludzie z domów dysfunkcyjnych. Rodzina powinna pełnić określone funkcje - zapewniać wsparcie, miłość, bliskość. Ale jeśli tego nie robi, czyli w języku psychologii - zaprzecza się w niej pięciu podstawowym potencjałom człowieka: uczuciom, spostrzeżeniom, myślom, dążeniom i wyobrażeniom, to osoba wychowana w takiej rodzinie wykształca niezdrowe schematy.

Na przykład?

Jeśli w domu nie mogła dzielić się swoimi spostrzeżeniami, wyrażać emocji, to potem w przyszłych relacjach również nie będzie tego robić. Albo jeśli ktoś dorastał w rodzinie z problemem alkoholowym, w której ten problem był przemilczany, i wszedł w rolę osoby, która myśli, że jeśli będzie idealna - będzie się dobrze uczyć, wszystkim pomagać - to rodzic się nie upije, to w dorosłym życiu również nie będzie okazywać bólu, cierpienia, dzielić się swoimi uczuciami. Potem może się zdarzyć, że taki człowiek wejdzie w związek z osobą uzależnioną, niekoniecznie od alkoholu, ale na przykład od hazardu. I tak samo, jak w rodzinie, będzie o wszystko dbać, a jednocześnie wewnątrz będzie się spalać. Co nie znaczy, że wszystkie osoby z rodzin alkoholowych nie są w stanie stworzyć udanej relacji. Większość doskonale daje sobie radę w życiu.

W serwisie School of Life obejrzałam filmik, który tłumaczy, że ludzie dobierają się na podstawie swoich dysfunkcji.

Tak, wszyscy tak działamy - dobieramy się na podstawie naszych psychopatologii. Nie jest tak, że tylko niektórzy ludzie są dysfunkcyjni. Wszyscy jesteśmy. Tylko jedni w większym, inni w mniejszym stopniu. Jedynie na początku relacji sprawiamy wrażenie zdrowych i normalnych - ludzie zazwyczaj chcą się zaprezentować jako bardziej zrównoważeni niż są w rzeczywistości. Często na początku związku nie ujawniamy też naszych prawdziwych potrzeb, pragnień. Ale faza zakochania mija.

Może być też tak, że to, co na początku związku bardzo nam się w kimś podobało, nagle zaczyna być dla nas koszmarem i postrzegamy to zachowanie jako toksyczne.

Na przykład?

Jeszcze pół roku temu facet był zachwycony, że jego nowa partnerka cały czas się nim interesuje, pyta gdzie jest, co robi. Mija kilka miesięcy, a to samo zachowanie zaczyna odbierać jako ciągłą kontrolę i zniewolenie. Myśli sobie: "Jeśli ona jeszcze raz zadzwoni, to wyrzucę telefon przez okno, ona była taka wspaniała i nagle się zmieniła". OK, może być tak, że ktoś na początku nie ujawniał swoich prawdziwych pragnień i zaczął to robić po kilku miesiącach. Ale może być też tak, że zachowywał się od początku tak samo, tylko we mnie coś się zmieniło. To, co na początku było zachętą, dziś odstręcza.

Z tym nadmiernym zainteresowaniem jest trochę jak z zazdrością. Na początku jego zazdrość mnie kręciła, bo to oznaczało, że mu się podobam, teraz mnie ogranicza, zamyka na innych ludzi. Co może leżeć u źródła zmiany w postrzeganiu danego zachowania?

Mogę na przykład pochodzić z rodziny, w której mnie nie zauważano. Rodzice mnie karmili, kształcili, zaspokajali moje podstawowe potrzeby, ale poza tym specjalnie się mną nie interesowali. Dostawałem bardzo mało uwagi, miłości. Dorastam i poznaję osobę, która mi to wszystko daje. Przez jakiś czas jestem zachwycony. W końcu przychodzi ta cholerna kompensacja, nieświadomie całe życie o niej marzyłem. Problem polega na tym, że ja wciąż jestem tą samą osobą, która przez lata dostawała uwagi. Ale jednocześnie miała różne wtórne korzyści z tego tytułu, na przykład dużo przestrzeni dla siebie. Ktoś wykazując coraz większe zainteresowanie mną, będzie sukcesywnie przekraczał moje granice.  

I co w takiej sytuacji zrobić?

Przede wszystkim zastanowić się, dlaczego moje nastawienie się zmieniło. Czy to rzeczywiście ten drugi człowiek jest toksyczny, czy może to ja zacząłem inaczej postrzegać jego zachowanie. Co tak bardzo mnie w nim pociągało, że się z nim związałem. Czy powtarzam schemat jakichś relacji.

To tak jak z kobietami, które narzekają, że wszyscy poznani przez nie faceci to geje. Zapytam więc: Co jest w tych kobietach takiego, co sprawia, że podobają im się mężczyźni niezainteresowani ich kobiecością i seksualnością? Nie musi się to oczywiście odbywać na poziomie świadomym. Ona może dowiedzieć się, że on jest gejem dopiero po jakimś czasie, na przykład nakryć partnera z kolegą w dwuznacznej sytuacji albo majstrującego przy Grindrze [aplikacja randkowa dla osób homoseksualnych  - przyp. red.]. Ale zdarza się, że po rozstaniu kobieta znów wchodzi w podobny związek. Znam i takie, które wchodzą w relacje z homoseksualistami nawet, jeśli o tym wiedzą. Dlaczego? Bo z jakichś powodów pociąga je to, że ci mężczyźni nie są nimi do końca zainteresowani, bo jeśli by byli, to by oznaczało, że chcą być blisko, a to mogłoby być przerażające. Dlatego lepiej związać się z gejem, bo on nigdy nie będzie chciał być tak blisko, jak mógłby chcieć być mężczyzna heteroseksualny.

Jeśli ktoś nie ma takiej samoświadomości, jak może przełamać schemat? Zaraz pan powie, że na psychoterapii.

Niekoniecznie! Jestem daleki od namawiania wszystkich do psychoterapii. Jestem raczej z tych, co terapię radzą dobrze przemyśleć.

Jak to?

Psychoterapia jest ciężką pracą nad sobą, jest kosztowna emocjonalnie i czasami finansowo, wymaga bardzo dużo motywacji. Może trwać wiele lat. Wiele osób, które decydują się na psychoterapię, nie zdaje sobie z tego sprawy. Zwłaszcza dzisiaj. Żyjemy w czasach natychmiastowych gratyfikacji. A psychoterapeuta nie poda magicznej pigułki, nie przytuli w zastępstwie mamusi, bo ona nie przytulała, nie rozwiąże problemu za kogoś. Zbuduje za to nową relację, w której odzwierciedli się wiele problemów danej osoby i nad tym dopiero będzie można pracować w gabinecie. Czasami ludziom wystarczy sama konsultacja, opowiedzenie o swoich kłopotach i wysłuchanie, jak widzi to ktoś z zewnątrz. Innym pomoże dobry film, rozmowa z przyjacielem albo podróż.

Psychologia
Rys. Shutterstock

Więc jak samodzielnie wywikłać się z toksycznej relacji? Na przykład gdy chodzi o kogoś z rodziny i zerwanie kontaktu nie jest łatwe?

Przede wszystkim należy zadać sobie pytanie, czy w danej relacji mogę mówić otwarcie to, co myślę i czuję, czy jest na to przyzwolenie. Czy są takie rzeczy, o których mówić się boję. Czy mogę bezpiecznie stawiać granice.

Jak mogłoby to wyglądać w praktyce?

Wiele osób zwłaszcza w okresie okołoświątecznym zaczyna narzekać, że musi jechać do domu i spotkać się ze swoją rodziną. Miałem pacjentkę, która opowiadała, że jako dziecko zajadała swoje problemy i w związku z tym była grubszą dziewczynką. W tej chwili jest szczupłą kobietą. Ale kiedy wraca do domu na święta, to z każdym przejechanym kilometrem czuje, jak przybywa jej wagi i gdy już dociera na miejsce, czuje się tak samo źle jak przed laty. Dla niej przebywanie w domu rodzinnym wiąże się z niepokojem, łzami i ogólnym dyskomfortem. Ale od lat tam jeździ i zostaje na kilka dni. Męczy się. Wiele osób tak robi. A potem w drodze powrotnej płaczą. Nie przychodzi tym ludziom do głów, że mogliby powiedzieć rodzicom, że na przykład zatrzymają się w hotelu i wpadną na wigilię i ewentualnie śniadanie świąteczne. Bo tak im łatwiej, bo potrzebują własnej przestrzeni.

Ale przecież to tylko kilka dni w roku. Nie wypada. Przecież to rodzina. Można się poświęcić.

Toksyczne relacje najlepiej buduje się na poczuciu winy. Tylko pytanie, co dzieje się w tych relacjach, że człowiek boi się, że skrzywdzi swoich rodziców, gdy tylko się odseparuje. On jest dorosłą osobą, nie musi nikogo pytać o zdanie. Wystarczy, że poinformuje o swoich planach. Ludzie nie umierają przez to, że dorosłe dzieci śpią w hotelach, tak jak nie umierają, bo córka jest lesbijką. Ale historię o tym, że ojciec dostanie zawału serca, jak mu coś wyznam, słyszałem milion razy.

Nie twierdzę, że stawianie granic jest łatwe, dla nas wszystkich jest trudne. Do tego dochodzą jeszcze kody kulturowe, które nie pozwalają nam się od rodziców do końca odseparować, bo właśnie - nie wypada. Ale wytyczanie granic często sprowadza się do prostych rzeczy: Czy mogę powiedzieć, że mam ochotę pójść do drugiego pokoju poczytać książkę albo pooglądać swój serial? Czy mam prawo powiedzieć, że jest mi smutno albo że nie spodobało mi się czyjeś zachowanie? To są pytania, które powinniśmy sobie stawiać.

A jeśli stawianie granic nie pomaga? Kiedy jest ten moment, w którym powinniśmy zakończyć relację?

Każdy gdzie indziej ma ustawione granice. To kwestia indywidualna. Można do sprawy podejść też na zasadzie bilansu zysków i strat. Jeśli widzimy, że tych gorszych chwil, kłótni, płaczu jest więcej niż chwil radości, spokoju i przyjemności, to na pewno jest sygnał, że trzeba coś z tą relacją zrobić. Warto też sobie zadać pytanie, co tak naprawdę mnie w niej trzyma - czy na przykład boję się, że ta osoba sobie beze mnie nie poradzi, a może to ja nie poradzę sobie bez niej. I na przykład wyobrazić sobie, jak by to było, gdybym tej relacji nie miał. Terapia też jest jakimś rozwiązaniem. Ale znów - nie dla wszystkich. Ze stu par, które pójdą na terapię, nie zrezygnuje z niej ok. 20-30.

Wojciech Eichelberger za kryterium toksyczności uznaje to, czy dana relacja nas rozwija, czy przeciwnie - cofa. Czy to nie jest szkodliwe myślenie? Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach wciąż stawiamy swój rozwój na pierwszym miejscu. Jeśli przez jakiś czas w danej relacji się nie rozwijamy, to znaczy, że należy ją zerwać?

Dziś to my mamy być dla siebie numerem jeden. Ale jak będziemy całe życie tak myśleć, to w wieku 70 lat zostaniemy sami jak palec. Bez wątpienia warto inwestować w relacje. Obronię jednak tezę Eichelbergera, tylko lekko ją zmodyfikuję. Zdrowa relacja to niekoniecznie ta, która mnie rozwija, ale ta, w której mogę się rozwijać. Czyli jeśli chcę iść na studia podyplomowe, to mogę o tym powiedzieć i jeżeli okoliczności będą sprzyjać - będzie mnie na to stać, nie mam chorego dziecka, którym trzeba się opiekować - to będę mógł to zrobić. Jeśli natomiast słyszę w odpowiedzi tylko: "Co ty sobie wymyśliłeś", "Nie ma mowy", pojawia się problem. Zdrowa relacja to taka, w której można nawiązywać nowe przyjaźnie, rozwijać się, a nawet się zmieniać. I to może budzić lęk w drugiej osobie. Bo to znaczy, że i relacja może będzie musiała się zmienić.

Michał Pozdał. Pychoterapeuta, seksuolog. Wykładowca Uniwersytetu SWPS. Założyciel Instytutu Psychoterapii i Seksuologii w Katowicach, autor książki "Męskie sprawy. Życie, seks i cała reszta". Ekspert Sexedpl.

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER

Więcej o:
Komentarze (25)
'Toksyczne relacje najlepiej buduje się na poczuciu winy - bo to rodzina, bo nie wypada, bo można się poświęcić'
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • eend

    Oceniono 27 razy -19

    Naprawdę jest o czym dyskutować? Po tak potężnej dawce ble, ble , ble odechciewa się wszelkiej dyskusji. No bo o czym? ...

  • byann

    Oceniono 20 razy -8

    Jak się pracuje z chorymi, to się wydaje że wszyscy tacy są. A nie są.

  • piss-ass

    Oceniono 10 razy -6

    Czytajcie podrzędnych i wtórnych psychologów - jeśli chcecie mieć g...o w głowie.

  • Gość: Ala

    0

    To jest straszne. Ja byłam w podobnej sytuacji. Pomogły mi rozmowy z ludźmi i czytanie książek, blogów. Dzięki temu zrozumiałam wiele, zmieniłam punkt widzenia i poradziłam sobie zostając sama bez wsparcia najbliższej osoby. Z blogów bardzo mi pomógł blog Aplana teksty-aplana.pl, który pisze głębokie i poruszające opowiadania.

  • agnrodis

    Oceniono 6 razy 6

    Czy wedlug pana psychologa, ludzie ktorzy z natury sa patologicznie zazdrosni, albo egoistyczni, nie sa toksyczni, tylko ich zwiazki sa toksyczne???

  • Gość: Wandeczka

    Oceniono 7 razy 7

    "Albo dynamika tej relacji staje się tak intensywna, że przez cały czas się z kimś kłócimy lub się nawzajem zdradzamy. I to nas niszczy." Pan psycholog w d... był i g... widział, skoro nie słyszał o związkach przemocowych, w których jedna osoba ciągle wykorzystuje drugą, a ta druga pozwala sobie na to, "bo tak trzeba" (z różnych względów). Są ludzie toksyczni, którzy mają defekt na poziomie organicznym, nie pozwalający im nawiązywać zdrowych relacji. Każdy związek traktują na zasadzie rywalizacji, w której zdrowe ludzkie cechy partnera/-ki (uprzejmość, empatia, wzajemność, zaangażowanie itp.) traktują jak słabość, którą należy bezwzględnie wykorzystać. Także tego...
    Tekst wygląda mi na próbę wybielania psycho-/socjopatów kosztem ich ofiar. Bo przecież każdy może się zmienić. Otóż nie każdy!!!

  • wejsunek47

    Oceniono 11 razy 7

    wzbudzanie poczucia winy w celu robienia wody z mózgu i manipulacji to ma do perfekcji opanowane kościół katolski

  • Gość: bb

    Oceniono 23 razy 11

    Cóż, facet chyba nie miał w terapii męża wysokofunkcjonującej borderline, która pustkę wewnętrzną zapełniała sobie rżnąc się na lewo i prawo z klientelą zbiorników.com i innych tinderów. Potem facet został z HCV i tyle z romantyzmu historii. Nie bagatelizowałbym więc zaburzeń i toksyczności, bo potrafią po prostu zabijać... Warto pomimo zachwytu swoim ego, ja, dążeniami i przy tym unieważnianiu jakichkolwiek obiektywnych kryteriów swoich zachowań zdobyć się na odrobinę pokory i założyć, ze ludzkość generalnie wypracowała kilka wartych stosowania w praktyce zasad: wierność, samodyscyplina, krytycyzm i dystans wobec siebie, swoich pragnień itp. i czemuś one służą. Na przykład chronią bliskich. Albo nas przed nami samymi. Plus za zdrowe podejście do terapii - tak, to nie magiczny klucz.

  • felicjan.dulski

    Oceniono 19 razy 17

    Uważam, że zdanie o bilansie zysków i strat jest słuszne.
    Co z tego, gdy człowiek który wpadł w sidła osoby "toksycznej" nie jest w stanie takiego bilansu na ogół dokonać.
    Poza tym "toksyczność" osób dotyczy również socjologii.
    Na niwie działalności politycznej takich toksycznych jest na pęczki.
    Potrafią zatruć umysły nie tylko pojedynczym osobom, ale milionom.
    Można by nawet na przykładzie naszej współczesnej Polski dać wiele przykładów.
    Co prawda w temacie co kto uważa za toksyczne, kruszyć kopie można do końca świata i tydzień dłużej.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX