Dłonie w różowych plamach i zero głodu. Pamiętnik z wczasów z postem zdrowotnym dr Dąbrowskiej

Nie więcej niż 500 kcal na dobę, "kryzysy ozdrowieńcze" i pozbycie się z organizmu tego, co złe. Tak w teorii wygląda słynny post dr Dąbrowskiej. Czy w praktyce jest tak strasznie, jak twierdzą niektórzy, a może tak wspaniale, jak opowiadają inni? Pojechałam sprawdzić i... drugiego dnia nie miałam siły, by zwlec się z łóżka.


Plamy, które nie chcą zniknąć. Fot. Gosia Tchorzewska

O co chodzi?

O poście dr Dąbrowskiej albo o samej dr Ewie Dąbrowskiej na pewno słyszeliście. Zanim jednak w 2017 roku księgarnie zalały pięknie wydane książki sygnowane jej nazwiskiem (a autorstwa jej synowej Beaty Anny Dąbrowskiej), jesienią 2016 roku Yoshinori Ohsumi otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny. Doceniono jego badania procesu autofagii, czyli - w dużym uproszczeniu - rozkładaniu się zużytych lub uszkodzonych części komórki. Na tym właśnie procesie opiera się post dr Dąbrowskiej. Dwa lata temu modę na detoks i szał na Dąbrowską zauważyłam, ale nie wzbudziły mojego zainteresowania. Dopiero gdy koleżanka opowiedziała mi o rezultatach zdrowotnych, które udało jej się uzyskać - przyjrzałam się bliżej tej metodzie. Doszłam do wniosku, że prawdopodobnie jest sposób na to, bym poradziła sobie z moimi problemami.

Chciałam poprawić wyniki badań cukru (niby w normie, ale zawsze w górnej granicy) i wesprzeć organizm w dającej już pierwsze objawy chorobie Hashimoto. Ubytek wagi przyjęłabym z radością, bo problemy z hormonami rozhuśtały mój metabolizm i przez to przybyło mi kilka kilogramów, ale nie był to mój nadrzędny cel.

"Za" i "przeciw"

Zdania na temat postu dr Dąbrowskiej są podzielone. Podstawowym zarzutem lekarzy przeciwnych tej metodzie jest to, że każda dieta, która zakłada wykluczenia pewnych pokarmów, jest zła. Bo dieta powinna być zróżnicowana. I po to jemy i białko, i węglowodany, by nasz organizm dobrze funkcjonował. Długotrwałe ograniczanie tłuszczów, węglowodanów i cukrów może prowadzić do niedoborów w organizmie - jak każda dieta eliminacyjna.

Zwolennicy postu powołują się z kolei na - dodajmy: anonimowe - "świadectwa", które można przeczytać na stronie www.ewadabrowska.pl w zakładce "Dieta". Sama dr Dąbrowska podczas swoich wykładów (w niektórych ośrodkach pojawia się osobiście, w innych wyświetlane są nagrania) pokazuje zdjęcia swoich pacjentów przed postem i po jego zakończeniu, omawia ich przypadki.

Mając w głowie argumenty przeciwników i zwolenników, postanowiłam wypróbować post na sobie.

Kuracjusze z nadziejami

W Polsce jest kilkanaście certyfikowanych przez dr Dąbrowską ośrodków, w których można poddać się diecie. Ceny pobytu wahają się od 740 do 1700 zł za tygodniowe wczasy i zależą od standardu hotelu oraz rodzaju pokoju (co ma znaczenie, biorąc pod uwagę, jakie fikołki wykonują jelita w trakcie detoksu - współdzielenie pokoju z obcą osobą nie sprzyja intymności).

W cenie są pełne wyżywienie (co brzmi zabawnie w kontekście postu), zajęcia ruchowe, wykłady i spotkania z dietetykami oraz - nie w każdym ośrodku - zabiegi kosmetyczne lub masaże (to te droższe opcje).

Ośrodki oferują tygodniowe lub dwutygodniowe turnusy. Zainteresowanie jest spore, miejsca trzeba rezerwować z parotygodniowym wyprzedzeniem. Na turnusie, na którym byłam wczesną wiosną, było około 40 kuracjuszy, ale - jak usłyszałam - gdy jest cieplej, jest ich więcej.


Oto, co będzie podstawą naszej diety. Fot. Gosia Tchorzewska

Motywacje osób, które zdecydowały się na turnus z detoksem, najczęściej wyglądały tak: zdrowotny problem do wyeliminowania plus kilka kilogramów do zrzucenia. Moja mama - Ula, którą namówiłam na wspólny wyjazd, ucieszyła się, że przy pomocy diety rozprawi się z migrenami i bólami stawów. Szczuplutka Maria przyjechała na wczasy z powodu dokuczliwych bólów głowy, Lucyna - by oczyścić organizm i zredukować wagę. Roma ma problemy z biodrami i nogami, twierdzi, że na poprzednich wczasach zdrowotnych udało się je zminimalizować.

Na turnusach zawsze jest przewaga kobiet, ale przyjeżdżają też mężczyźni. Zagaduję o ich motywacje. Tomek przyznaje, że dla niego detoks to najprostszy sposób, by zapanować nad wynikami badań. - Bo nawet jeśli człowiek się zaniedba - mówi - to potem jedzie na dwa tygodnie takiego reżimu i na pół roku wyniki wracają do normy. Łukasz przyznaje, że chudnięcie go nie interesuje, ale prowadzi niezdrowy tryb życia i czuł, że musi oczyścić organizm. - Mam taką pracę, że jestem często w trasie, jem sporo przypadkowego jedzenia - opowiada. - Do tego dużo spotkań z ludźmi, a na takich często jest alkohol - dodaje. Przyznaje, że zaczęło go to męczyć i chciał trochę "poprawić swoje życie", którego całkiem nie jest w stanie zmienić.

Menu na poście

Jak wygląda dieta dr Dąbrowskiej? W skrócie to: warzywa, warzywa, warzywa i odrobina owoców. Idealne proporcje to 3/4 do 1/4. Przy czym nie możemy jeść tych warzyw i owoców, na które przyjdzie nam ochota. Należy unikać roślin strączkowych oraz ziemniaków i batatów, z owoców dopuszczalne są jagodowe, cytrusy i jabłka.

Stosunkowo łatwo jest praktykować post na wyjeździe, gdy gotowe dania podstawiane są nam pod nos o określonych godzinach, a pomiędzy posiłkami zaplanowane są długie spacery (na diecie dr Dąbrowskiej ruch jest ważny!). W domu wszystkie posiłki trzeba przygotować samodzielnie, co jest czasochłonne. Do tego zalecenie podstawowe jest takie, by przygotowywane dania jeść od razu po zrobieniu.

Na turnusie posiłki są serwowane o sztywnych godzinach: 9.00, 13.30 i 18.00. To wprowadza rytm, który dobrze jest zachować, gdy już się opuści ośrodek. Trzeba pić dużo wody, ale nie pół godziny przed jedzeniem, w jego trakcie i pół godziny po. Posiłkom może natomiast towarzyszyć zakwas buraczany.

Każdy posiłek składał się z dwóch surówek, po których należy zrobić 5-10 minut przerwy w jedzeniu i następnie zjeść coś na ciepło. Poza znienawidzoną przeze mnie kapustą pojawiały się zupy kremy (z dyni, z marchwi, z pomidora) czy warzywne szaszłyki lub gulasze (różne warzywa ugotowane na parze - na patykach lub wymieszane i zalane sosem ze zmiksowanych pomidorów). Niektóre surówki były odkrywcze, jak kapusta pekińska z niewielkimi kawałkami grejpfruta, większość tradycyjna: pomidory z cebulką, kapusta kiszona czy starty seler z domieszką jabłka. Jestem fanką kiszonek, więc ogórki czy kapustę pochłaniałam z zadowoleniem. Najbardziej smakowały mi serwowane na kolacje małe szoty ze zmiksowanych owoców i warzyw. Jeden zawsze był słodkawy (np. z marchwi), drugi bardziej wytrawny (np. burak z odrobiną jabłka).

Surówki i ciepłe warzywa podawane są na dużych półmiskach, do samodzielnego nakładania porcji. Nie ma limitów, można jeść do woli. Problem w tym, że mało kto jest w stanie zjeść ogromne ilości kapusty czy buraczków. Posiłki są tak skomponowane, by nie było ryzyka, że kuracjusz zje więcej niż wymaga tego post. Mają dostarczać około 400, najwyżej 500 kcal.

Nie wszystkie dania z "postnego menu" przypadną nam do gustu. Ja na przykład nie znoszę kapusty na ciepło, a na stole pojawiała się często - czy to w formie rozwodnionego kapuśniaku, czy gołąbków z warzywnym nadzieniem.


Paskudny gołąbek i zestaw dozwolonych przypraw. Fot. Gosia Tchorzewska

Po powrocie z ośrodka możemy kontynuować post (zalecane minimum to dwa tygodnie, maksymalnie - sześć) lub przygotować się do fazy wyjścia, o której zaraz opowiem. Jeśli dalej pościmy, musimy przygotować sobie zakwas buraczany i stosować się do wszystkich zaleceń, które poznaliśmy na wyjeździe: stałe godziny posiłków, ograniczona lista dozwolonych warzyw i owoców, dużo wody pitnej między posiłkami.

O co chodzi w samym poście

Metodę dr Dąbrowskiej wiele osób traktuje jako dietę odchudzającą, wszak przynosi szybkie wyniki (ubytek nawet do pięciu kilogramów w tydzień), ale - jak przekonuje sama dr Dąbrowska - najważniejsze jest jej działanie oczyszczające. Ta dieta oczyszcza zarówno ciało, jak i duszę - podkreśla jej autorka.

Dlatego Anna przyjechała na dwutygodniowe wczasy ze zdrowotnym postem, by wyciszyć głowę i emocje po ciężkich wydarzeniach minionego roku. Po śmierci męża oraz poprzedzającej ją ciężkiej chorobie odizolowała się od rzeczywistości. I za pomocą postu chce do niej wrócić. - Przyjechałam tu zresetować głowę. Odciąć się od wszystkich kłopotów, jakie miałam - mówi. - U mnie oczyszczanie organizmu związane jest z pozbywaniem się złych emocji. Po tygodniu czuję efekty: głowa się uspokaja - przyznaje.

Pamiętnik z detoksu

Dzień pierwszy - szok poznawczy

Pierwszy posiłek - obiad. Przy sześcioosobowym stoliku tylko jedna osoba - Roma - była już na takim wyjeździe. Wyjaśnia nam, że trzeba jeść powoli. Robić przerwy pomiędzy surówką a ciepłymi warzywami. I to co najmniej pięciominutowe. Bo ma to ogromne znaczenie dla trawienia.

Na stół wjeżdża zakwas buraczany (inne płyny, jak już pisałam, są zakazane podczas jedzenia). Pierwsza reakcja: "wypluj" szybko zostaje zastąpiona przez głos rozsądku: "to ważne dla zdrowia, pij!". Można się przyzwyczaić. Ale - jak to ładnie ujęła jedna z kuracjuszek - to nie czekolada!


Pięknie różowy zakwas, przeczyszcza jak złoto. Fot. Gosia Tchorzewska

Dzień drugi - mam kryzys

Mam "kryzys ozdrowieńczy". Po śniadaniu wracam do pokoju, nie mam siły na spacer. Mówię mamie, że położę się na moment, po czym śpię jak zabita przez trzy godziny. Wstaję tylko dlatego, że zaraz czas na obiad. A po nim? To samo. Mała drzemka przeradza się w niedźwiedzi sen do kolacji. Po kolacji idę spać i śpię do rana. Następnego dnia jestem jak nowa. Brzuch pracuje na pełnych obrotach, energia we mnie kipi!

Dzień trzeci do siódmego - wczasy z deserem w tle

Dni mijają według stałego rytmu: śniadanie, ćwiczenia, spacer, obiad, wykład na temat detoksu albo spotkanie, na którym omawiane są przepisy na dania, kolacja, a potem sen. Codziennie na stół wjeżdżają inne dania. Co zabawne - posiłkom towarzyszą westchnienia i rozmowy o różnych smakołykach. Nigdy chyba tak dużo nie rozmawiałam o tym, co lubię jeść, co przy posiłkach na detoksie!

Trzeciego dnia pojawia się deser - mus jabłkowy, który jest objawieniem. Jabłka upieczone z cynamonem zmiksowane na pyszną maź. Cała stołówka mruczy z zachwytu. W piątek będzie pączek z trocin marchwi (czyli tego, co zostaje po wyciśnięciu z niej soku - jak się domyślacie smak nie zrywa z głowy kapelusza), a w następnym tygodniu: szarlotka (na spodzie z trocin marchewkowych jest mus z jabłek, polany zmiksowanymi malinami).

Przeprowadziłam mały plebiscyt wśród kuracjuszy i wśród deserów zdecydowanie wygrał mus jabłkowy.


Desery - wspaniały mus vs trocinowy pączek. Fot. Gosia Tchorzewska

Mimo że konsumujemy maksymalnie 500 kalorii dziennie, wszyscy moi rozmówcy mówią, że nie czują głodu. Dr Dąbrowska tłumaczy to w ten sposób: organizm przestawił się na żywienie wewnętrzne, czyli spala wszystko to, co mu niepotrzebne - złogi, toksyny, tkankę tłuszczową. W końcu zabierze się za mięśnie, właśnie dlatego postu nie można stosować dłużej niż sześć tygodni. Ten proces żywienia wewnętrznego zaczyna się, gdy tylko organizm strawi wszystko to, co jedliśmy przed startem postu. Na ogół następuje to w trzeciej jego dobie.

Dzień od ósmego do 24. - detoks w domu

Po powrocie z wczasów jadę na bazar z wózeczkiem na kółkach i kupuję: kilka kilogramów marchwi i drugie tyle buraków (będą soki!), ogrom ogórków kiszonych, kapustę kiszoną (plus proszę o sok z kapusty do słoika), czerwone cebule, zielone ogórki, pomidorki koktajlowe, cukinie, rzodkiewki, kalarepy, główkę kapusty (dobra do chrupania), pietruszkę, selera, pora, szalotki, natkę, szczypior, jarmuż, jabłka i kiwi. Torba waży kilkanaście kilo. W domu gotuję, kroję, jem. I czuję się bardzo dobrze. Przytrafia mi się jeden dzień spania, w okolicy 15. dnia detoksu. Poza tym nie opuszcza mnie energia. Ciągnę restrykcyjny detoks do 24. dnia.


Jarmużowy strzał zdrowia + obierania i siekania na godzinę. Fot. Gosia Tchorzewska

Dzień 25. - fazy wychodzenia

Fazy wychodzenia z postu są trzy. Przestrzegając zasad, można uniknąć potencjalnego efektu jo-jo, a nawet dalej gubić kilogramy, jeśli ma się taką potrzebę.

Faza I oznacza dodanie do dotychczasowej diety tłuszczów roślinnych, mleka roślinnego, jajek, niektórych nasion i orzechów oraz, w niewielkich ilościach, owoców niskowęglowodanowych. Ta faza trwa kilka dni.

Faza II to faza aktywnego spalania, dla tych, którym zależy na dalszym ubytku wagi. Dodajemy do jadłospisu nasiona roślin strączkowych, ryby (m.in. łosoś, makrela, pstrąg, śledź, sardynka i węgorz) i owoce morza oraz, bardzo oszczędnie i tylko jeśli ktoś ma silną potrzebę, mięso. Bardzo dbamy o to, by jeść dużo błonnika, żeby równoważyć zwiększoną względem poprzednich postnych tygodni dawkę węglowodanów. Jeśli nie chcemy dalej chudnąć, możemy potraktować tę fazę jako kilkudniowy etap przejścia (wprowadzając kolejne produkty) do fazy ostatniej.

Faza III to faza stabilizacji. Nie oznacza bynajmniej, że wracamy do starego żywienia. Post, jak każda dieta, uczy regularnych posiłków, spożywania większej ilości wody - tego warto się wciąż trzymać. W trzeciej fazie wprowadzamy warzywa skrobiowe (bataty, ziemniaki), fasolę, ciecierzycę, soczewicę, różnorakie płatki, mąkę z nasion roślin strączkowych (np. z ciecierzycy czy ziemniaczaną), mąki zbożowe i przygotowane na ich bazie makarony, pełnoziarniste zboża i kasze oraz mleko i produkty mleczne.

Wrzucenie w siebie czegoś ciężkostrawnego, mięsa, alkoholu czy czekoladki nie tylko zniweczyłoby cały osiągnięty już efekt, ale mogłoby skończyć się poważnym bólem. Dlatego wychodzić z postu trzeba pomalutku: wprowadzając odrobinę oliwy do surówek, mleko roślinne, kilka dodatkowych owoców (wreszcie moje wyczekane awokado!).

Podsumowanie trzytygodniowego postu

Podczas detoksu największe zainteresowanie wśród znajomych budziły różowe plamy na moich dłoniach. Miewałam je co trzy dni przez cały czas postu. Powód? Buraki - na zakwas czy na sok - które wżerały się kolorem w skórę na długie godziny! 

Cel podstawowy zrealizowałam: poziom glukozy we krwi po 19 dniach postu zjechał o 9 jednostek! Czuję się też lekko (ubyło 6 kilogramów), mam płaski brzuch. Poczucie solidnego najedzenia się stało się odległym wspomnieniem.

Przed postem bałam się, że będzie mi słabo, źle, głodno i markotnie, a bez kawy będę zabijać wzrokiem. Tymczasem fakty są następujące: zaliczyłam dwa dni słabego samopoczucia (głównie spałam lub nieproduktywnie się snułam), ale wytrzymałam bez kofeiny bez większych problemów.


Chrupaki i zakwas. Fot. Gosia Tchorzewska

Mimo braku kawy i iście głodowych porcji kalorii - za mną najbardziej energetyczne tygodnie od niepamiętnych czasów. W trakcie trwania postu budziłam się niemal codziennie przed budzikiem, wstawałam rześka i wyspana. Postanowiłam trzymać się ściśle jednej podstawowej zasady postu dr Dąbrowskiej: zrezygnować z przetworzonej żywności. To pozwoli mi mieć kontrolę nad tym, co jem. I łatwiej zauważać, co mi szkodzi.

(Imiona niektórych bohaterów zostały na ich prośbę zmienione).


Da się? Da się! Fot. Gosia Tchorzewska

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER