"Niektórzy na Islandii mieszkają od dwudziestu kilku lat, a ich islandzki nie jest nawet na poziomie podstawowym, angielski zresztą podobnie"

Mieszkańcy Starych Juch są liczebnie widoczni na Islandii do tego stopnia, że Islandczycy sądzili, że miejscowość ta musi być jednym z większych miast w Polsce. Nigdzie indziej rodacy nie przenieśli się za granicę tak lawinowo, całymi rodzinami.

Ola Długołęcka, Kobieta.gazeta.pl: Czy Islandia - piękna, ale jednak dość odległa geograficznie od Polski i trudna, jeśli chodzi o warunki pogodowe - z jakiegoś konkretnego powodu stała się celem emigracji mieszkańców Starych Juch, wsi w województwie warmińsko-mazurskim?

Profesor Małgorzata Budyta-Budzyńska, socjolożka i politolożka*: Często jest tak, że przykładowo nagle w jakiejś dziurze na środkowym zachodzie Stanów Zjednoczonych, gdzie nie ma rozwiniętego przemysłu ani rolnictwa, pojawia się enklawa emigrancka. Dzieje się tak z czystego przypadku. Z jakiegoś powodu do tego miejsca wyjeżdża jedna osoba i ona na zasadzie łańcucha emigracyjnego zaczyna ściągać kolejne, ale tylko wtedy, gdy jest tam dla nich praca. I tak było na Islandii pod koniec XX wieku - zaważył przypadek plus sprzyjające warunki. Bo gdyby nie było tam zapotrzebowania na pracowników, emigracja w ogóle, a ze Starych Juch konkretnie, nie poszłaby tak lawinowo [na Islandię wyemigrowała jedna trzecia populacji mieszkańców Starych Juch. W latach 80. XX wieku było 1500 mieszkańców, w 2016 - 1000 - przyp. red.].

A wcześniej Polacy trafiali na Islandię?

- W latach 60. i 70. wyjeżdżały pojedyncze Polki. Dziennikarz Stanisław Helsztyński, który na początku lat 60. był na Islandii, w książce pt. "Wyspa Wikingów" pisze, że w czasie, w którym odwiedził wyspę, w Akureyri [drugie co do wielkości miasto w Islandii - przyp. red.] mieszkała jedna Polka, w Reykjaviku - dwie. Gdyby "mityczna Ewa" [tak mówi się o pierwszej emigrantce na Islandię ze Starych Juch - przyp. red.] wyjechała w tym czasie, to pewnie nic by się dalej nie zadziało. Ale ona wyjechała na początku lat 80. XX wieku. Islandia w tym czasie potrzebowała zagranicznej siły roboczej do przetwórni rybnych. Pozyskiwano ją z innych krajów nordyckich, Afryki Południowej, Australii. A po 1989 roku, po umożliwieniu Polakom podróżowania, i z Polski.

Ale Islandia?!

- Polacy się tam dobrze odnajdują, zwłaszcza ci z mniejszych ośrodków. Z małej miejscowości w Polsce przenoszą się do małej miejscowości na Islandii, nie do Londynu, który może przerażać. Natomiast ludzie z dużych miast przeniesieni do małych wiosek czują się fatalnie, klaustrofobicznie.

Jeśli emigracja jest do krajów Europy Zachodniej, ale nie do prac sezonowych, to przeprowadzki są do dużych miast. Kiedy miasta nasycają się pracownikami zagranicznymi, zaczynają oni wyjeżdżać do mniejszych ośrodków - tak to działa w Wielkiej Brytanii. Na Islandii było odwrotnie. W Reykjaviku w latach 90. XX wieku było niewielu emigrantów, byli za to na prowincji, w fabrykach rybnych.


Kobiety patroszące ryby. Fot. Shutterstock

"Ewa" ze Starych Juch w Reykjaviku, ale też Dutkowa z Babicy w USA czy pani Danusia z Perlejewa w Brukseli - nie wiedziałam, że to właśnie kobiety uruchomiły ważne kierunki migracyjne Polaków.

- Paradoksalnie kobiety radzą sobie lepiej na emigracji. W przypadku kryzysu ekonomicznego, który dotyka kraj przyjmujący, kobiety nie tracą pracy - trudno osobom, które je zatrudniają, zrezygnować ze sprzątania, opieki nad dzieckiem lub starszym rodzicem. W czasach załamania gospodarczego pierwsze zatrzymują się inwestycje, remonty, budowy, czyli miejsca, w których pracują mężczyźni.

Dzięki pani Danusi z Perlejewa [wieś w województwie podlaskim, w powiecie siemiatyckim - przyp. red.] i ośrodkowi polskiej emigracji w Brukseli mamy teraz sytuację, gdzie między Siemiatyczami a Brukselą jeździ na stałe busik, który nie ma przystanków po drodze. Można wrócić z Brukseli do Polski w czwartek wieczorem na dłuższy weekend, a w poniedziałek stawić się do pracy w Belgii w serwisie sprzątającym.

Jak trafiła pani na Islandię i do Starych Juch, miejscowości, z której pochodzi tak wielu polskich emigrantów na tej wyspie?

- Zaciekawiło mnie, że tyle się dzieje w Starych Juchach. Mają bowiem kawiarenkę obywatelską w domu kultury, mogą się pochwalić strategią zrównoważonego rozwoju gminy na kolejne lata, projektami dotyczącymi przeszłości regionu, np.: spisaniem historii poniemieckich wiejskich budynków szkolnych, filmikiem "Legendy Starych Juch", akcją sprzątania okolicy nazwaną Marszem śmieciowym, dyskusyjnym klubem filmowym "Senior w kinie". Sądziłam, że ma to związek ze środowiskiem Polaków, którzy wyemigrowali na Islandię, że to ich aktywność, pieniądze, które przesyłają do Polski, stoją za poruszeniem w gminie. Okazało się, że emigracja nie wpływa znacząco na sytuację w Starych Juchach, że to "nowowiejscy", czyli ludność napływowa z dużych ośrodków miejskich, aktywizują to miejsce.

Juchasy - jak sami o sobie mówią mieszkańcy Juch - są liczebnie widoczni na Islandii do tego stopnia, że Islandczycy sądzili, że skoro trafia na wyspę tylu Polaków z tej miejscowości, to Stare Juchy muszą być jednym z większych miast w Polsce.


Islandia jest kameralnym krajem. Rys. Shutterstock

Jaka jest ta juska emigracja?

- Stare Juchy to klasyczny przykład emigracji łańcuchowej, kiedy wyjeżdża jedna osoba z rodziny i pociąga za sobą kolejnych emigrantów. Nikt nigdy nie wyjechał z Juch na Islandię w ciemno. Emigranci wyjeżdżali na zaproszenie, z polecenia. W pierwszych dniach pobytu trafiali pod opiekę rodziny lub znajomych. Do Wielkiej Brytanii, Irlandii emigruje się często w ciemno, w pojedynkę, na zasadzie "jakoś to będzie", "praca się znajdzie".

Wiele osób z Juch ma znaczną część rodziny na Islandii, są takie, w których na wyspie mieszkają już trzy pokolenia. Nie tęsknią więc bardzo za ojczyzną. Tęsknią za znajomymi, ale mają ich i tam. Jeden z urzędników gminnych powiedział mi, że to jest tak, jakby przenieść Stare Juchy z Polski na Islandię. Ci ludzie zostali przeniesieni z Juch na wyspę ze swoim otoczeniem społecznym.

Emigranci ze Starych Juch nie potrzebowali się asymilować?

- Stosunek do emigrantów zmieniał się na Islandii. Zacznijmy jednak od wyjaśnienia, dlaczego w ogóle Islandia zaczęła mieć problem z siłą roboczą i potrzebowała emigrantów. Pod koniec XX wieku Islandki, które pracowały na prowincji w przetwórniach rybnych - a praca w przetwórniach jest silnie sfeminizowana - wyemancypowały się. Zaczęły być lepiej wykształcone, nie chciały pracować przy rybach, chciały iść do miast, głównie do Reykjaviku. Uciekały ze wsi, przez co brakowało pracowników w przetwórniach ryb.

Agencje rekrutacyjne zatrudniały osoby spoza Islandii, które miały pracować u konkretnego pracodawcy. Te osoby z założenia nie miały mieć zielonej karty, miały zarabiać, a potem wracać do siebie. Wiadomo było, że nie zostaną na Islandii na zawsze, nie musiały więc poznawać języka, integrować się.

Później okazało się, że część pracowników została, a Islandia - dotąd państwo homogeniczne pod względem etnicznym - zaczęła mieć mniejszości, a największą stali się Polacy, którzy stanowią około 40 proc. wszystkich obcokrajowców. Państwo zaczęło uruchamiać kursy islandzkiego, naciskać na integrację, dużo było ułatwień: Polacy mieli dostęp do tłumaczeń z islandzkich gazet na jednym z portali, na stronach instytucji publicznych były przetłumaczone na polski dokumenty dotyczące systemu edukacyjnego, opieki zdrowotnej, podatków. Z czasem - w imię szybszej asymilacji - zaczęto to ograniczać. Wprowadzono egzamin z islandzkiego, czego wcześniej nie było, a którego zdanie jest obecnie warunkiem koniecznym, żeby otrzymać obywatelstwo.

Podziałało to proadaptacyjnie?

- Nie, bo najstarsze pokolenie juchasów jest otoczone przez ziomków, nie ma więc często potrzeby wychodzenia, zaznajamiania się z innymi. Oni zawsze znajdą Polaka, który zna angielski, lub mają dzieci czy wnuczęta, które znają islandzki, i one im pomogą. Od pogadania mają szwagra, siostrę, brata, koleżankę ze wsi. Niektórzy na Islandii mieszkają od dwudziestu kilku lat, a ich islandzki nie jest nawet na poziomie podstawowym, angielski zresztą podobnie.


Z rolnictwa Islandia przebranżowiła się na przetwórstwo ryb. Rys. Shutterstock

Czy z punktu widzenia socjologicznego istnieje w ogóle jakiś pozytywny wzorzec tego, jak powinna przebiegać emigracja dla kraju przyjmującego i opuszczanego?                

- Takich wzorców nie ma, nie można powiedzieć: jak emigrujesz na stałe, to powinieneś to i to, jak wyjeżdżasz sezonowo, to musisz to i tamto. Możemy sobie jednak wyobrazić, że osoby, które decydują się na emigrację na stałe, powinny szybko się asymilować: poznawać język, kulturę, wchodzić w społeczeństwo przyjmujące. Jeśli jest to społeczeństwo, w którym jest bardzo silna partycypacja obywatelska - ludzie sami o wielu rzeczach, zwłaszcza w małych miejscowościach, decydują - to emigranci także powinni tak działać. Islandia jest mała, więc łatwiejsza jest tu demokracja bezpośrednia, panuje tu także tradycja równego społeczeństwa. Na Islandii nie było dużych podziałów ekonomicznych - nawet jeśli ktoś był z lepszego klanu, rodziny, to różnice ekonomiczne nie były tak wielkie jak w innych krajach.

Powiedziała pani, że za aktywizacją Starych Juch nie stoi emigracja. A co emigranci mogą wnosić do kraju, który opuścili?

- Niektóre kraje rozwijające się prowadzą bardzo dobrze określoną politykę migracyjną. Meksyk czy Filipiny podpisują umowy o dostarczaniu pracowników na poziomie państwowym. Filipińczycy wyjeżdżają np. do Japonii, a kiedy kończą swoje kontrakty, witani są w ojczyźnie jak bohaterowie. Pewien procent ich zarobków - za umożliwienie im wyjazdu - jest przez władze zabierany. Poza tym ci, którym się wyjątkowo powiodło, inwestują zarobione pieniądze w kraju pochodzenia, bo czują się zobowiązani zrobić coś dla swojej wioski. Często ma miejsce sytuacja, w której rodzina utrzymuje kontakt z emigrantem, bo coś od niego dostaje. Z kolei dla emigranta kontakt taki jest ważny, bo dzięki niemu czuje się członkiem rodziny. Może to prowadzić do dramatycznych sytuacji, np. emigrant wcale nie radzi sobie dobrze za granicą i musi się zapożyczyć, żeby wysyłać pieniądze do domu.

W Polsce ten model nie funkcjonuje i nigdy nie funkcjonował. Chociaż przed wojną była tradycja, że emigranci zrzeszeni w stowarzyszeniach emigracyjnych z danego terenu, np. z wiosek na Podhalu, czuli się zobowiązani wesprzeć np. straż pożarną, wyremontować dach w kościele, sfinansować budowę domu ludowego. Dzisiaj także zdarza się, że Polonia dofinansowuje projekty - zwykle budowle sakralne.

Ale w Starych Juchach tak nie jest.

- Na to może się składać kilka przyczyn: kiedy emigrowali, do Polski wchodziły fundusze unijne, fundusze norweskie, gmina miała więc środki na remonty i inwestycje. Poziom cywilizacyjny w Starych Juchach jest też wyższy niż w krajach rozwijających się, nie ma więc konieczności finansowania np. szkoły czy punktu medycznego. Poza tym w perspektywie procesów emigracyjnych jest to ciągle nowa emigracja: większość Polaków jest na wyspie zaledwie kilkanaście lat. 

W juskiej emigracji dużo jest prostych ludzi, nie ma np. wśród niej żadnego nauczyciela. Emigranci mogą nie mieć pomysłu, żeby inicjować coś dla innych, nie mają takiej tradycji, nie wiedzą, jak to działa w innych diasporach, tak jak w USA, gdzie Polonia brała przykład z emigrantów z Włoch czy Irlandii.


Emigranci ze Starych Juch nie zwiedzają Islandii, trzymając się blisko okolicy zamieszkania. Rys. Shutterstock

No właśnie. Pisze pani w swoich pracach, że ludzie, którzy wyemigrowali do Islandii, są gorzej wykształceni. W filmie dokumentalnym Pawła Ziemilskiego "In Touch", który jest pokazywany w ramach festiwalu Milennium Docs Against Gravity, widać to podczas rozmowy syna z ojcem. Syn próbuje przekazać ojcu instrukcje dotyczące przedarcia się przez "pułapki" islandzkiego lotniska. Wydaje się też, że dla juchasów praca w przetwórni ryb nie jest niczym umniejszającym zawodowo czy społecznie.

- Z badań porównawczych dotyczących polskiej emigracji do Skandynawii i Islandii wynika, że na Islandię trafiają Polacy słabiej wykształceni niż ci, którzy jadą do Norwegii czy Szwecji. Rozmawiałam z osobami, które i w Juchach, i na Islandii pracowały fizycznie - przy pracach manualnych, jak się to obecnie określa. Jedna z juchasek przed emigracją pracowała w pralni szpitalnej w Ełku, na Islandii znalazła zatrudnienie również w pralni szpitalnej. Starsze osoby pracowały w Starych Juchach w PGR-ach, nie posiadały ziemi, ewentualnie miały dostęp do malutkich ogródków i małych chlewików, gdzie trzymały na własne potrzeby kury czy świnię.

Starsza emigracja Polaków ze Starych Juch to robotnicy rolni, młodsza to ich dzieci - część z nich kończy szkoły w Polsce, część ich nie kończy i wyjeżdża do rodziców na Islandię. Ponieważ mają mniejsze od wykształconych emigrantów kompetencje językowe, muszą podeprzeć się protezą w postaci znajomego i rodziny, żeby sobie na początku poradzić. Ze wsi nie emigrują osoby lepiej wykształcone, chyba że w czasie studiów, żeby zobaczyć, jak się mieszka i pracuje za granicą, nie emigrują też przedsiębiorcy.

Juchasi mało zwiedzają Islandię, nie podróżują, nie wypuszczają się poza najbliższą okolicę.


Wszyscy podkreślają, że pogoda na Islandii bywa nieprzewidywalna. Rys. Shutterstock

A skąd się bierze taka łatwość opuszczania Starych Juch całymi rodzinami? Bo w tym kontekście pisze pani o tej emigracji, że jest "zdumiewająca".

- Zwykle emigracja z polskiej wsi to jeden emigrujący członek rodziny, np. brat, który ciągnie za sobą brata. Całe gospodarstwo, wszyscy bracia nie wyemigrują, bo jest przecież ojcowizna. Nie można dopuścić do tego, żeby nasza z dziada pradziada ziemia stała się ugorem, a gospodarstwo popadło w ruinę.

W Starych Juchach byli robotnicy rolni, ludzie bez własnej ziemi. Z miejscem urodzenia byli związani tak jak osoby mieszkające w miastach - często lubią dzielnice, w których mieszkają, ale mogą mieszkać i w innych. Pytałam juchasów: a co się stanie z domem po waszym wyjeździe? "A niech się zawali" - odpowiedziała mi jedna z emigrantek. Inni, mieszkający w blokach popegeerowskich, również nie mieli silnych związków z mieszkaniem.

Kilka lat temu rozmawiałam z Polką z wyższym wykształceniem, która w Warszawie pracowała jako redaktorka w wydawnictwie, a na Islandię pojechała ratować budżet i odłożyć na konkretny cel. Zacytuję ją: "Pobyt tutaj, zanurzenie się w harującą fizycznie strefę polskiej społeczności to jak nowe narodziny, zrzucenie skóry i ulepienie pancerza, tożsamości od nowa. Nie można się podeprzeć środowiskowo-społeczną protezą. (...) Piekło bezprzytomnej pracy. Fajne, pierwotnie ciekawe doświadczenie, rozwijające duchowo, otwierające".

- Wśród juskich emigrantów, których przepytałam, znalazłam dwójkę ludzi z wyższym wykształceniem. Oni od początku mieli plan: zarobić, oszczędzić i wrócić. Na pytanie, co przywieźli z Islandii, odpowiedzieli: "Spotkaliśmy innych ludzi, na których w Polsce nigdy byśmy nie trafili". Okazało się, że oni, mieszkając w Starych Juchach, bezpośrednio się z tymi ludźmi nie kontaktowali, to nie był ich krąg towarzyski, rodzinny. Na Islandii trafili do fabryki rybnej, w środowisko, z którym wcześniej nie mieli żadnych kontaktów.

Jakoś ten kontakt docenili?

- To było stwierdzenie faktu, bez oceny.


Z badań prof. Budyty-Budzyńskiej wynika, że niektóre Polki zazdroszczą islandzkim kobietom troskliwych mężczyzn, który z wielkim zaangażowanie potrafią się opiekować dziećmi. Rys. Shuttersock

Rodzinę z Polski na Islandię sprowadza się, żeby jej pomóc?

- To jeden powód - solidarność rodzinna i sąsiedzka. Drugi powód to potrzeba zapewnienia sobie wsparcia emocjonalnego, potrzeba obecności kogoś bliskiego. Emigrant o wyższym wykształceniu, z wyższymi kompetencjami językowymi zwykle łatwiej wchodzi w nowe środowisko, dlatego nie sprowadza natychmiast siostry, brata, szwagra i wszystkich pociotek.

Jaki pomysł mają emigranci ze Starych Juch na swoją emeryturę?

- To dylemat, z którego jeszcze nie zdają sobie w pełni sprawy. Za tyle lat pracy i przy takim uposażeniu, jakie dostają, islandzkie emerytury nie będą zbyt wysokie - oczywiście jak na warunki islandzkie. W Islandii nie będą to środki pozwalające na wystawne życie. W Polsce islandzka emerytura to bardzo dobre pieniądze, które starczą na rehabilitację i sanatorium. W pierwszym odruchu starsze osoby, z którymi rozmawiałam, pytane o plany na przyszłość mówiły: "Wracam do Polski", ale jak pytałam, a co z dziećmi i wnukami, to docierało do nich, że będą w Polsce same.


Jak mówi jeden z Polaków na Islandii: 'Islandczycy inaczej myślą i żyją, są jak wikingowie: wolni i niezależni'. Rys. Shutterstock

*Profesor Małgorzata Budyta-Budzyńska, socjolożka i politolożka, zastępczyni kierownika Instytutu Socjologii Collegium Civitas, w latach 2010-2016 prowadząca projekty badawcze dotyczące Polaków na Islandii, autorka książki "Polacy na Islandii. Rekonstrukcja przestrzeni obecności" oraz artykułów o emigracji mieszkańców Starych Juch na Islandię.

"In Touch" w reżyserii Pawła Ziemilskiego to opowieść o mieszkańcach wsi Stare Juchy na Mazurach, z której od początku lat 80. XX wieku wyemigrowało do Islandii ponad 400 mieszkańców, co stanowiło ponad połowę całej społeczności. Zbiorowa emigracja części populacji, przyczyniła się do powstania niezwykłej więzi między tą odległą od Polski wyspą a prowincjonalną częścią Mazur.


Fot. Materiały prasowe

Ci, którzy wyjechali rozpoczęli nowe życie. Ci, którzy zostali - w większości reprezentanci starszego pokolenia - wciąż mają nadzieję na powrót bliskich. Duża odległość pomiędzy członkami rozbitych rodzin nie pozwala im na bezpośredni kontakt. Alternatywą dla tej sytuacji pozostają tylko "spotkania" w świecie wirtualnym.

Film można obejrzeć w ramach festiwalu Milennium Docs Against Gravity.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER

Komentarze (104)
"Niektórzy na Islandii mieszkają od dwudziestu kilku lat, a ich islandzki nie jest nawet na poziomie podstawowym, angielski zresztą podobnie"
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • anna_pot

    Oceniono 32 razy 28

    zastanawia mnie jak człowiek otoczony obcą kulturą, językiem w sklepach, gazetach, radiu na produktach nie wchłania go przez wiele lat do poziomu choćby średniego.

  • Gość: Marta

    Oceniono 51 razy 27

    Ot, konkretny przykad, kiedy Polacy zachowuja sie jak migranci z Maroka czy Turcji w Niemczech czy Holandii. Zero asymilacji, zero umiejetnosci spolecznych. No, ale my przeciez jestesmy lepsi, nie to co taki jakis Arab, co 10 lat mieszka w Utrechcie a dalej nie nauczyl sie jezyka...

  • kozieradka2012

    Oceniono 25 razy 25

    To są zjawiska powszechne, tyle że tutaj występujące w mikroskali i stąd te anomalie. Rzuć monetą trzy razy, a z całą pewnością liczba reszek w stosunku do liczby rzutów nawet nie zbliży się do "oczekiwanej" wartości 50%. W każdym kraju pierwsze pokolenie emigrantów z trudem albo wcale adaptuje się językowo i kulturowo do kraju osiedlenia. Inne zjawiska też są tutaj typowe. Interesujące jest natomiast obalenie na jaskrawym przykładzie tezy, że emigracja to jakiś drenaż mózgów, a w każdym razie pozbawianie kraju najlepszej, najbardziej energicznej i pracowitej części społeczeństwa. Na przykładzie Starych Juch widać, że wszyscy dobrze na tym wyszli. I ci, co zamiast pić i staczać się skrobią ryby na Islandii, i ci, którzy wreszcie mogli jakoś ogarnąć rodzinną wioskę.

  • boniface

    Oceniono 21 razy 13

    Polacy nie asymilują się wyjeżdżając do innych krajów, robią to jedynie pojedyncze jednostki. Czemu? Bo ci którzy nie maja kompleksów, są otwarci, nie zdeformowani polskością i katolicyzmem czuja się obywatelami świata, są otwarci na innych. Ci drudzy w swoim zacietrzewieniu okopują się na pozycji i „dzielnie” jako „ niezłomnie wyklęci” stawiają czoła gospodarzom kraj których wzięli szturmem rozsiewając ciemnogród i buractwo.

  • Gość: Jeszcze!

    Oceniono 16 razy 12

    Artykul bardzo ciekawy. Ale nie wyjasniajacy do konca fenomenu wyjazdu. Sekretem jest polozenie Starych Juch. Ci ludzie zyli na Mazurach. Ryby sa nadal wazna czescia gospodarki Mazur. Dodatkowo, Stare Juchy sa pieknym miejscem. Czyli wyjechali gdzies, gdzie jest calkiem podobnie.

  • dornjuan

    Oceniono 8 razy 8

    Dzięki pani Danusi z Perlejewa [wieś w województwie podlaskim, w powiecie siemiatyckim - przyp. red.] i ośrodkowi polskiej emigracji w Brukseli mamy teraz sytuację, gdzie między Siemiatyczami a Brukselą jeździ na stałe busik, który nie ma przystanków po drodze. Można wrócić z Brukseli do Polski w czwartek wieczorem na dłuższy weekend, a w poniedziałek stawić się do pracy w Belgii w serwisie sprzątającym. I pomyśleć, że niedługo pani Beatka z Brzeszcz o podobnych umiejętnościach będzie też jeździć do Brukseli ale za zupełnie inne pieniądze.

  • Gość: Jurek

    Oceniono 7 razy 7

    Urodziłem się i mieszkałem w Starych Juch ponad 20 lat, obecnie mieszkam w Szklarskiej Porębie (też jest ładnie, chociaż bez jezior). Część osób, które wyemigrowały do Islandii znam, to są moi koledzy, koleżanki i miejscowi znajomi. Historia z Islandią zaczęła się od przyjazdu do urokliwych Starych Juch młodego Islandczyka, któremu spodobała się "Juchaska" (a dziewczyny tam jak maliny), więc zaproponował jej wspólne życie na dalekiej wyspie. Dziewczyna była nie tylko ładna, ale też mądra i zaradna. Najpierw organizowała pobyty rodziny w Islandii, potem przyjaciół i znajomych. A dalej zaproszenia potoczyły się lawinowo. Ważny jest okres wyjazdów, są to lata kryzysu gospodarczego, a później rozpadu miejscowych zakładów produkcyjnych (POM, PGR, Zakładów Produkcji Betonu, SKR). Część osób wróciła po latach z Islandii do Juch, ale większość tylko odwiedza miejscowość ze względu na rodzinę, która nie zdecydowała się na emigrację.
    Pierwsza "Juchaska" mieszka poza Polską prawie od 40 lat, ale jej dzieci nie tylko świetnie mówią po polsku, znają naszą historię, przyjeżdżają na wakacje, one czują się również Polakami. Szacunek. Z tą asymilacją na siłę nie przesadzajmy. O Juchach trudno zapomnieć (coś o tym wiem). O sobie mówię, że jestem "Juchasem" mieszkającym w Karkonoszach.

  • veni.vici

    Oceniono 16 razy 6

    Ciekawe dlaczego Islandczycy nie emigrują do Polski, klimat jakby łagodniejszy i podobno też mamy demokrację? A tak serio - nie ma się czym chwalić, że miliony Polaków muszą szukać normalnego życia za granicą. Raczej zadałbym pytanie - dlaczego nie chcą pracować dla swojego kraju.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX