"Pierwszy raz rodzice wysłali mnie na obóz odchudzający, kiedy miałam 10 lat. Zaliczyłam sześć turnusów, także zimowy"

Psychodietetyk z jednej z warszawskich poradni mów dosadnie: "Rodzice wysyłający dzieci na obozy odchudzania to barbarzyńcy. Nie mają pojęcia, że właśnie wypuszczają w świat kolejne pokolenie kobiet skazanych na trwającą całe życie walkę z efektem jo-jo i zagrożonych zaburzeniami odżywiania: anoreksją i bulimią. Jak wyglądają takie obozy, opisuje Elżbieta Turlej w książce "Naciągnięte", której fragment publikujemy.

A teraz jestem tu, gdzie wszystko się kończy i jednocześnie zaczyna. Czyli na obozie odchudzającym dla dzieci. Głównie dla dziewczynek, bo na 30 odchudzanych jest tylko czterech chłopców. Średnia wieku 11 lat.

Najmłodsza dziewczynka ma 10 lat i dwadzieścia kilo nadwagi. Kiedy pytam, co tu robi, mówi: - Jestem tu dla rodziców. Nie chcę, żeby się martwili, że jestem gruba. Dla nich zmienię swoje życie i dietę.

Ale zanim to nastąpi, Ola musi przetrwać dwa tygodnie na diecie 1500 kcal. Na śniadanie zjada codziennie to samo: dwa wafle z plasterkiem chudej wędliny, do tego pół pomidora. Na drugie śniadanie - owoc i wafelek. Potem obiad, zupa na wywarze warzywnym i garść kaszy z kawałkiem mięsa i surówką. Przed kolacją (to samo co na śniadanie) dostaje kilka łyżek otrębów zmieszanych z maślanką. Wychowawczynie zalecają je popić dwoma szklankami wody: otręby mają przelecieć przez jelita i wymieść wszystkie złogi. Jakie to złogi, opiekunki kolonijne (nauczycielka wychowania fizycznego i studentka) nie mają pojęcia.

Stosują się do zaleceń dietetyczki, która opracowała program żywienia. W praktyce wygląda to tak, że trzydziestka dzieci w różnym wieku, na różnym etapie rozwoju i o zróżnicowanym BMI (są dzieci z pierwszym stopniem otyłości, ale też jest dziewczynka z niedowagą, są dzieci chore na insulinooporność, niedoczynność tarczycy) dostaje to samo. I głoduje. Tym bardziej że przy ubogiej diecie ma dużo ruchu: bieganie, pływanie, wspinanie się pod górę. 

Na początku parę chorowało, ale po kilku dniach wszystko przeszło - mówi Ola. - Mnie do dziś boli żołądek i kiedy wchodzimy pod górę, mam ataki kolki. Ale nie płaczę i nie skarżę się. Mam cel: zrzucić 15 kilogramów.

10 kg w dwa tygodnie

Jej koleżanka Marysia (11 lat, 10 kilogramów nadwagi) założyła, że schudnie przez dwa tygodnie o osiem kilogramów. Po pierwszym ważeniu, czyli w połowie turnusu, okazało się, że zrzuciła 3,5, dlatego w drugim tygodniu ćwiczy więcej niż inni. Biega po schodach w górę i w dół, przed snem robi pompki i przysiady. Słyszy przez ścianę, że nastolatki ze starszej grupy robią to samo. Wśród nich jest parę obozowych weteranek, które przyjeżdżają na obóz do K. od kilku lat. - Przyzwyczaiłam się do towarzystwa. Dobrze się czuję z innymi grubasami - opowiada mi jedna z nich, piętnastoletnia Karina (40 kg nadwagi). - Ale nie mogę się przyzwyczaić, że na obozie chudnę, a po powrocie do domu odzyskuję starą wagę i łapię dodatkowe kilogramy. W ubiegłym roku było podobnie. Przez dwa tygodnie zrzuciła dziesięć kilo.

Dietetyczka dała jej, podobnie jak innym uczestnikom, na nową drogę życia trzy kartki. Zielona z napisem "TAK!!!" była spisem tego, co może spożywać, czyli np. drób zawsze bez skóry, ryby chude z rzek, olej sojowy, rzepakowy i woda mineralna. Na pomarańczowej liście było wypisane to, co można jeść, ale w ograniczonej ilości i dwa razy w tygodniu, np. mięso wołowe, jagnięcinę i dżemy niskocukrowe. Na czerwonej z napisem "NIE!!!!! Niebezpieczeństwo" były żółtka jaj, kandyzowane owoce, frytki, makarony wielojajeczne.

Przez miesiąc wakacji jadłam według zielonej listy. Kupowałam sama, gotowałam, pilnowałam się - wspomina Karina. - Ale potem poszłam do szkoły i wszystkie kartki mi się pomieszały. Jadłam coraz więcej z pomarańczowej listy, bo nie miałam czasu gotować i chodzić na zakupy.

Miałam dwie szkoły: podstawową i muzyczną, dodatkowe zajęcia z tańca, szkołę językową. W szkole były obiady, ale tylko dla dzieciaków do piątej klasy. W drodze na kolejne zajęcia biegłam na kebab lub do McDonald'sa.

Zgubione kartki, odzyskane kilogramy

Miesiąc po powrocie z obozu przytyła dwa kilogramy. Zgubiła gdzieś kolorowe kartki, więc w ogóle przestała jeść. Piła tylko wodę mineralną, którą obozowy dietetyk przedstawiał jako sposób na całe zło. Po tygodniu zemdlała na lekcji wychowania fizycznego. Trafiła do szpitala, pod kroplówkę. Wyszła do domu pięć kilogramów cięższa. Przez kolejne miesiące przytyła dodatkowe dziesięć. Przed samym obozem, tak jak inni dziecięcy weterani odchudzania, dobiła kolejne pięć. - Wiedziałam, że przez dwa turnusy (bo wybłagałam rodziców, żeby wysłali mnie na cztery tygodnie) będę głodować. Chciałam na zapas nacieszyć się słodyczami - mówi. Mimo to - przyznaje - coś musiało się stać z jej metabolizmem. Nie chudnie tak szybko i tyle, ile w ubiegłym roku i dwa lata wcześniej. Obozowy dietetyk tłumaczy, że powinna wziąć poprawkę, że dojrzewa. Ale nie bierze poprawki. Jest rozżalona, bo kiedy była młodsza, szło jej lepiej. Patrzy z zazdrością na gubiące centymetry w obwodach dziesięcioletnią Olę i jej koleżankę Marysię.(...) - A nie masz żalu do rodziców, że nie zadbali o to, żebyś zdrowo i regularnie jadła? - dopytuję, ale Karina chyba nie rozumie pytania.

Przecież dbają o mnie. Dają mi pieniądze na jedzenie. Zapłacili prawie 4 tysiące za dwa turnusy obozu - mówi zdziwiona. (...)

Otyłe dzieci
Rys. Shutterstock

Podczas pobytu na obozie wysyłam e-maile do kilku dietetyków. Pytam, czy ich klientami są dzieci. Ze zdziwieniem czytam, że do ich gabinetów trafiają już sześcio- i siedmiolatki. - Rodzice oczekują, że bez ich udziału odchudzę dzieci i nauczę je zdrowego stylu życia. Dziwią się, kiedy mówię, że edukację żywieniową zaczynam od rodzica, bo to przecież on odpowiada za to, co dziecko je - odpisuje mgr inż. Agnieszka Kopacz, dietetyk z poradni stacjonarnej i online Pora Diety.

W praktyce wygląda to tak. Zgłasza się do niej kobieta z sześcioletnią dziewczynką. Dziecko nie jest otyłe, ma lekko wystający brzuszek, ale matka nie jest w stanie tego zaakceptować. Obwinia za to przedszkole, babcie oraz apetyt córki.

- Przed wizytą zawsze proszę o prowadzenie tzw. dzienniczka żywienia, czyli spisywanie na bieżąco wszystkiego, co zostało zjedzone i wypite - pisze Agnieszka Kopacz. - W przypadku dziecka dzienniczek prowadzą rodzice. Kiedy poprosiłam o pokazanie dzienniczka, klientka zwróciła się do sześciolatki: "Pokaż pani, co masz w telefonie". Okazało się, że to na dziecko został przerzucony obowiązek zapisywania. I dziewczynka - w przerwie między grami czy oglądaniem filmików - zapisywała po swojemu, czyli niezrozumiale i z błędami, że zjadła bułkę, banana czy serek. Nie było sensu go omawiać, ale ta sytuacja uświadomiła mi oczekiwania matki w stosunku do córki. To sześcioletnia dziewczynka, a nie jej dorosły opiekun, miała być odpowiedzialna i dojrzała.

Moim zadaniem miało być tylko nauczenie jej podejmowania świadomych wyborów żywieniowych. Mama sześcioletniej dziewczynki oczekiwała również, że dietetyczka uwrażliwi córkę na to, co może, a czego nie powinna jeść i jakie produkty ma wkładać do koszyka podczas wspólnych zakupów, żeby zachować szczupłą sylwetkę. Denerwowała się, że namawia ją w sklepie na zakup kaszek czy budyniów dla dzieci. - Usiłowałam ją przekonać, że to rodzice powinni wybierać żywność dobrą dla ich dziecka, ponieważ jest ono za małe na podejmowanie takich decyzji.

Oczywiście należy je uświadamiać w sposób adekwatny do wieku, co jest zdrowe, a co nie. Można je pytać, czy woli np. jabłko czy gruszkę, ryż czy kaszę, taką czy inną zupę. Dziecko uczy się jednak głównie przez obserwację i naśladowanie. Jeśli w domu się nie gotuje, a matka jest ciągle na diecie i ma ambiwalentny stosunek do jedzenia, dziecko nie będzie miało w przyszłości dobrych wzorców żywieniowych - tłumaczy Agnieszka Kopacz.

To rodzice powinni karmić dzieci, a nie oczekiwać, że ktoś inny, nawet w najbardziej wyrafinowany czy unikatowy sposób, zrobi to za nich.

Rodzice barbarzyńcy

Psychodietetyk z jednej z warszawskich poradni (prosi o niepodawanie nazwiska) pisze bardziej dosadnie: "Rodzice wysyłający dzieci na obozy odchudzania to barbarzyńcy. Nie mają pojęcia, że właśnie wypuszczają w świat kolejne pokolenie kobiet skazanych na trwającą całe życie walkę z efektem jo-jo i zagrożonych zaburzeniami odżywiania: anoreksją i bulimią. Nie mają też pojęcia, co jest potwierdzone badaniami amerykańskimi, że nastolatki, które stosowały diety, są w przyszłości bardziej od swoich nieodchudzających się rówieśników narażone na wystąpienie otyłości.

Lista skutków ubocznych rozhuśtania nastoletniego metabolizmu jest długa i dotyczy całego organizmu: od upośledzenia układu nerwowego (np. trudności z koncentracją), przez układ kostny (osteopenia i osteoporoza), po układ krwiotwórczy (anemia)".

- Do tego dochodzi rozregulowanie mechanizmów kontroli odżywiania - dodaje prezes Towarzystwa Psychodietetyki dr Anna Januszewicz. - Czyli wdrukowanie dziecku przekonania, że szczupłe jest dobre, a żeby osiągnąć to, co jest dobre, trzeba ciężko pracować, męczyć się i skazywać na wyrzeczenia. W takim stylu życia i żywienia nie ma miejsca na przyjemność z jedzenia i ruchu. Jest za to dyscyplina i asceza. Zaprzeczenie radości życia i przyjemności. Ideałem byłoby, przekonuje dr Januszewicz, gdyby organizowano obozy, na których dzieci poznają nowe smaki zdrowych potraw, uczą się dostosowanych do siebie form aktywności fizycznej, poznają sposoby radzenia sobie ze stresem - inne niż pocieszanie czy nagradzanie się jedzeniem, głównie słodyczami. - Koncentracja na szybkiej stracie kilogramów to droga donikąd - mówi dr Januszewicz.

Od strony formalnej wszystko gra

Mimo to organizator obozów odchudzających dla dzieci nie widzi w nich nic złego. Od strony formalnej wszystko gra. Są wszystkie niezbędne zgody. Na obozy, które są organizowane od ponad 10 lat, co roku przyjeżdża wysłannik lokalnego kuratorium. Nigdy nie było skarg na czystość w obiekcie i warunki zakwaterowania dzieciaków. Organizator zatrudnia dietetyka, który opracował swój autorski program odchudzania. Poza tym jest zgoda rodziców na objęcie dzieci tym programem. Jest wreszcie - co wbrew pozorom nie jest na tego typu obozach oczywiste - kuchnia, która przygotowuje i porcjuje posiłki według zaleceń dietetyka.

Kiedy startowaliśmy z odchudzaniem dzieci, znaleźliśmy cztery ośrodki (w górach i nad morzem), które spełniały nasze zasady - mówi mi przedstawiciel touroperatora. - Od razu posypali się chętni i co roku na siedmiu organizowanych przez nas turnusach jest komplet.

Przez moment mieliśmy konkurencję, ale upadła, bo nie udało im się znaleźć ośrodka z dobrym zapleczem. Proponowali catering albo stół szwedzki, ale to mijało się z celem. Nie było wyników, bo dzieciaki czyściły stoły z jedzenia i tyły, zamiast chudnąć. Rodzice byli potem niezadowoleni. Kiedy chwilę później rozmawiam z kierownikiem obozu, ten potwierdza, że wynik, czyli liczba zrzuconych przez dziecko kilogramów, jest dla rodziców najważniejszy. - Gdyby to ode mnie zależało, organizowałbym obozy odchudzające dla całych rodzin - mówi. - Wtedy wszystkim byłoby łatwiej.

Ale nie jest, bo rodzic płaci i wymaga sukcesu.(...) W trakcie obozu dzwoni rzadziej i pyta o liczbę zrzuconych przez dzieci kilogramów. Pod koniec interesuje go to samo: - Osiągnęliśmy sukces w zrzucie? Prosto po obozie odchudzającym jedziemy na Majorkę. Dziecko powinno ładnie prezentować się na plaży.

Otyłe dzieci
Rys. Shutterstock

Po zakończeniu turnusu z pytaniami o kontynuowanie diety w domu (albo co jeść, żeby np. poprawić wyniki krwi) dzwonią nieliczni. Jedna z matek starała się zachować złapany przez dziecko rytm zjadania pięciu przygotowywanych w domu posiłków dziennie. Udało jej się przez kilka miesięcy. Umęczyło ją gotowanie. Poddała się. Dziecko wróciło do starej wagi. I po roku, grubsze niż wcześniej, przyjechało na kolejny turnus o powrocie z obozu odchudzającego dla dzieci spotykam się z jedną z byłych uczestniczek podobnego turnusu z dietą 1500 kalorii. Dziś ma 23 lata. Studiuje dietetykę. Jest otyła, ale nie ma pojęcia, ile waży. Wyrzuciła wagę. Nawet kiedy musi u lekarza stanąć na wadze, nie patrzy w dół i prosi, żeby jej nie mówił, ile pokazuje podziałka.

Pierwszy raz rodzice wysłali mnie na obóz, kiedy miałam 10 lat - mówi. - Zaliczyłam sześć turnusów, także zimowy. Łącznie dwanaście wejść na wagę i 100 zrzuconych kilogramów. Problem w tym, że w przerwach między kolejnymi wyjazdami zbite kilogramy wracały. A w ślad za nimi dochodziły kolejne. Patrzyłam na ciało jak na wroga i tak je traktowałam.

Pamiętam, że kiedyś - miałam wtedy 13 lat - stanęłam przed lustrem i biłam się po twarzy. Powtarzałam: to za to, że dziś znów żarłaś. Zapamiętaj, nie możesz żreć. Płakałam, a potem sięgałam po batonik, żeby samą siebie pocieszyć. I tak to szło latami: od torturowania siebie również na obozach odchudzających po pocieszanie.

System kar i nagród

Pocieszyć się łatwo. Ale co może zrobić dziecko, żeby się ukarać? Kiedy zbita na obozie waga rosła, ona podobnie jak Karina przestawała jeść. Albo przez pół godziny lała pod prysznicem na uda (nienawidziła swoich nóg) gorącą wodę. A potem przez godzinę siedziała w wannie z zimną wodą.

Miała nadzieję, że trzęsąc się i szczękając zębami spali kalorie. Ale one w ten sposób nie dawały się spalić. Waga stała w miejscu albo rosła, nawet kiedy przestawała jeść, więc znowu karała samą siebie. Brała brzytwę ojca i robiła małe nacięcia na skórze stóp. A potem pocieszała samą siebie: naklejała na ranki kolorowe plasterki z bohaterami kreskówek.

Głaskała się, pocieszała. A potem znów się cięła, głodziła albo jadła za dużo. - Na szczęście nie wpadłam w anoreksję ani w bulimię, ale nigdy nie udało mi się osiągnąć prawidłowej wartości BMI, a przez lata chudnięcia, przybierania na wadze i różnych, również obozowych eksperymentów z głodzeniem się, rozregulowałam sobie gospodarkę hormonalną. Niedawno okazało się, że cierpię na chorobę Hashimoto - mówi. - Endokrynolog powiedział, że wyhodowałam sobie chorobę autoimmunologiczną. Jest w tym sens, bo przecież przez cały okres dojrzewania byłam agresywna w stosunku do swojego ciała i teraz, kiedy jestem dorosła, ono odpłaca mi tym samym.

- Przed wyjazdem z obozu pożegnałam się z dziewczynkami, które zostały tam chudnąć - mówię. - I wiesz, co im powiedziałam? - Trzymam za was kciuki - zgaduje była uczestniczka obozu. - Nie - odpowiadam. - Powiedziałam: pamiętajcie, że jesteście piękne. Chwilę przedtem stały na wadze i dietetyk sprawdzał ich postępy w chudnięciu. Myślisz, że to zapamiętają? Myślisz, że te słowa padły w odpowiednim momencie? - Nie. Dla nich już jest za późno - odpowiada.


Fot. Materiały prasowe

Opowieść o obozach odchudzających dla dzieci jest fragmentem książki "Naciągnięte. Jak Polki uwierzyły, że tylko piękne będą szczęśliwe" Elżbiety Turlej (wydawnictwo Ringier Axel Springer Polska). Skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji.

Elżbieta Turlej. Reporterka i reportażystka, w mediach pracuje od 1992 roku. W tygodnikach regionalnych w Siedlcach i Zamościu opisywała początki społeczeństwa obywatelskiego. W dziennikach, m.in. "Sztandar Młodych", "Życie Warszawy" i "Super Express", badała rosnący puls życia Polaków. Jako szefowa działu reportażu w "Świecie Kobiety" opisywała świat celebrytek, ale też wzorujących się na nich przeciętnych Polek. W tygodnikach "Polityka" i "Newsweek" najchętniej przygląda się nowym trendom i zmianom w relacjach międzyludzkich.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER

Komentarze (194)
"Pierwszy raz rodzice wysłali mnie na obóz odchudzający, kiedy miałam 10 lat. Zaliczyłam sześć turnusów, także zimowy"
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • hetty111

    Oceniono 53 razy 43

    Włosy na głowie stanęły mi dęba. Jak natapirowane. Co jest nie tak z rodzicami tych dzieci? Też pracuję, też nienawidzę gotować, ale prawda jest taka, że jak chcę zjeść smacznie, zdrowo i estetycznie dla oka, to muszę to zrobić sama. Więc gotuję w domu i pilnuję, co je i pije moje dziecko. Odkąd się urodziła. Nie wyobrażam sobie, żeby na przerwie szła do maca czy kfc. Przecież, skoro od pewnego momentu dziecko nie ma w szkole obiadów, to można mu w pudełko przygotować sałatkę z grillowanym kurczakiem i sosem vinegait, czyż nie? Masakra. Lenistwo niektórych rodziców sięga zenitu.

  • poziom1908

    Oceniono 39 razy 39

    Najpierw rodzice i babciunie robią dzieciom syf z zycia serwując syfne żarcie w nieregularnych porach, bo przecież wnusia/wnusio 'musi dobrze wyglądac'. A potem wysyłają biedne dziecko do czegoś w rodzaju obozu pracy...takim rodzicom należy się wielki liśc w r.j.

  • qlll

    Oceniono 50 razy 38

    Tak jak karane i piętnowane jest głodzenie dzieci tak samo powinno być z pasieniem.Tylko i wyłącznie rodzice odpowiedzialni są za otyłość dzieci, a tak chętne tłumaczenie, że to choroba, że to.. to tylko wymówka.. tylko niecały 1% ludzi otyłych jest przez schorzenia.. a pozostałe 99% ma scchorzenia przez otyłość.

  • jo1952

    Oceniono 34 razy 32

    Nie dzieci a dorosłych należy wysłać na obóz nauki posiadania i wychowywania dzieci.

  • a_imie_moje

    Oceniono 35 razy 31

    To jakiś koszmar.
    W szkołach zamiast lekcji religii powinny być normalne lekcie odżywiania

  • Gość: damapik

    Oceniono 25 razy 25

    to jest chore...rodzice traktują swoje dzieci jak dodatki do życia, jak małe pieski, które można wsadzić do torebki i pokazać się z nimi na kolejnej imprezie. Przecież 10 letnie dziecko nie wybiera sobie samo jedzenia, nie chodzi na zakupy, nie wie nawet co to kaloryczność potraw. To rodzice sa od tego, żeby wychowywać, dawać przykład jak odpowiednio się żywić, ale najlepiej przerzucić obowiązek wychowywania swojego podciepa na szkołę, na nauczycieli, na dietetyczkę!! Takich starych od razu do sterylizacji, bo nie nadają się na rodziców i wychowują lub raczej hodują zakompleksionych obywateli, którzy za parę lat nie obejdą się bez psychoterapii...fine by me, przynajmniej ja zarobię na tym jako psycholog

  • kamuimac

    Oceniono 37 razy 25

    najlepsza puenta artykułu to wypowiedz jednej z dziewczynek sprowadzajaca sie do "przez miesiąc trzymałam diete i było fajnie a potem kebab i mcdonald i poleciało"

    to pokazuje że rodzice nie potrafią wychować swoich dzieci . pokazać im najważniejszej rzeczy czyli jak zdrowo się odżywiać. no ale ważne że jest program flaszka 500 + i tatuś z mamusią maja kase a dziecko niech żre w macu.

  • kawagu

    Oceniono 25 razy 23

    Mam 40 lat. Jako nastolatka byłam na kilku obozach dla dzieci. Chudłam na każdym z nich ale powrót do rzeczywistości był brutalny. Rodzice wiecznie narzekali, że jestem gruba ale nigdy nie chcieli mnie wesprzeć na co dzień w walce z nadwagą. Nigdy nie zmienili nawyków żywieniowych. Paradoksem jest to, że pochodzę z rodziny lekarskiej, więc nie mogą powiedzieć, że nie znajdą zasad i konsekwencji. Co ciekawe dopiero jak zostali dziadkami zaczęli inaczej patrzeć na żywność. Wiedząc jakie mam problemy zdrowotne spowodowane tuszą od początku zaczęłam patrzeć na składy i jakość żywności jaką daję córce. Nie jest otyła bynajmniej. Ale nie jest typem niedożywionego dziecka. Jak ktoś chce mnie zranić np. rodzina męża mówią, że mamy ubite dziecko. Jest idealnie na 75 centylu wzrostu i na granicy 50 i 75 centyla wagowego. Je masę warzyw i owoców. Te anorektyczne dzieci jedzą gorszy junk food niż to moje dziecko. Dzięki Bogu dziadkowie to rozumieją i dają jej zdrowsze produkty i karmią lepiej niż mnie.
    Nawyki zmieniłam już dawno ale niestety schudnąć nie mogę. Całe życie nie miałam wsparcia ze strony otoczenia. Non stop tylko narzekają na moją tuszę ale wsparcia nie dają żadnego. Tak jak moi rodzice teraz tak samo zachowuje się mój mąż. Aby dziecko nie było otyłe potrzebna jest zmiana systemowa. Sanatorium czy turnus odchudzający nie załatwią za nas tematu otyłości dzieci. Sprawią, że temat zostanie zamieciony pod dywan. Zmiany trzeba zrobić od siebie a potem pokazać dzieciom jak powinny żyć i jeść zdrowo. Córka uczy się od męża, że sport to zdrowie. A ode mnie jakie produkty są zdrowe. Oczywiście popełniam błędy. Ale jak dziecko ma nie jeść słodyczy lub czipsów po prostu ich nie kupuj i nie przechowuj w domu. Wiem, że dziecko może kupić je na mieście ale jak pokażesz mu, że są lepsze rzeczy i gdzie ich szukać jest duża szansa, że wybierze coś innego niż czipsy.

  • sloncenadnami

    Oceniono 30 razy 22

    dzieci są strasznie otyłe, wystarczy przyjrzeć się przechodzącej grupie nastolatków - rzadko które nie ma nadwagi! w latach '80 jedno dziecko na całą klasę było otyłe, a teraz jedno szczupłe na całą klasę...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX