Bezdzietna pani Irena: "Gdybym trafiła na prawdziwego mężczyznę, a nie dupka, pewnie miałabym dzieci, ale i tak nie sprawdziłabym się w tej roli"

Pani Irena zapewnia, że w jej rodzinie: "Uważało się, że dzieci są nieważne. Ważni byli dorośli". Emerytowana bibliotekarka dzieci nigdy mieć nie chciała. Złożyło się na to wiele czynników, ale po latach pani Irena stwierdza, że posiadanie potomstwa to żadna gwarancja, że dzieci zaopiekują się niedołężnymi rodzicami.

Cytowany fragment pochodzi z książki Edyty Brody "Szczerze o życiu bez dzieci" wydanej przez wydawnictwo Pascal.

Edyta Broda: Jak się żyje bezdzietnicy na emeryturze? Tak strasznie, jak prorokują?

Irena 70 lat, emerytowana bibliotekarka, opozycjonistka, członkini pierwszej "Solidarności", blogerka i działaczka społeczna: Wcale nie jest strasznie. Emerytura była dla mnie wyzwoleniem od toksycznych zwierzchników. Odeszłam na nią z radością. Mam taki sposób na oswojenie zła obśmiewam je. Dlatego, przechodząc na emeryturę, postanowiłam napisać książkę, w której zamorduję wszystkich swoich wrogów. Bardzo mi się ten pomysł spodobał. Najpierw trochę odpoczęłam, zrobiłam kurs komputerowy, a po jakimś czasie dojrzałam do tego, żeby zacząć pisać. Okazało się, że nie umiem stworzyć powieści, ale napisałam dwadzieścia opowiadań.

Oczywiście nie naraz, trochę to trwało. Zaplanowałam sobie, że ich akcja będzie się dziać w bibliotekach, w których pracowałam, ale wrogów namnożyło się tak wielu, że musiałam znaleźć również inne miejsca zbrodni. (...).

Wszystkie moje zajęcia, również pisanie, traktuję jako masowanie szarych komórek. Mam taką koncepcję, że szare komórki zanikają, gdy się ich nie masuje.

Co jeszcze robi pani na emeryturze poza pisaniem?

Przez całe życie korespondowałam analogowo z różnymi osobami, dlatego gdy już przeszłam na emeryturę i nauczyłam się obsługiwać komputer, założyłam bloga "Kot na gałęzi". To blog po przejściach, miałam z nim różne przygody, bo trochę trwało, nim oswoiłam komputer, ale wciąż go prowadzę, od października 2009 roku.

Wpisy są najróżniejsze: od głupich przez mądrzejsze. No, bardzo mądre to nie. (śmiech) Piszę o książkach, o filmach, o tym, co się u mnie dzieje, o tym, że byłam na jakimś fajnym spotkaniu czy targach książek... To zapis mojego życia. Poza tym zainteresowałam się rękodziełem i chodziłam na zajęcia do "Ekocentrum" na Nadodrzu, a teraz chodzę do "Famy" i Dolnośląskiej Biblioteki Publicznej. Wszędzie, gdzie tylko mogłam się czegoś nauczyć, uczyłam się, a potem dzieliłam się tym z innymi, bo jestem taka niechwaląca się. (śmiech)

Niektórzy to, czego się nauczą, trzymają dla siebie, żeby błyszczeć na tle innych, ja natomiast lubię się dzielić. Dziś w Klubie Seniora "Bakara", "Firleju" i Klubie Osiedlowym "Anna" prowadzę zajęcia z rękodzieła. (...).

Zapytałam, czy żyje się pani strasznie, bo panuje taki stereotyp, że ludzie bezdzietni na starość wiodą puste, smutne, jałowe i samotne życie.

I plują sobie w brodę, że nie mają dzieci i wnuków. (śmiech) Jak widać, nie mam pustego życia. Wczoraj rozmawiałam z trzydziestoletnią bezdzietną kobietą i zapytałam ją, przewidując nasze spotkanie, czy zamierza zostać mamą. Powiedziała, że przy swoim trybie życia nie ma na to czasu. Podrążyłam, co na to rodzina, z jednej i drugiej strony, i okazało się, że teść trochę naciska, ale poza tym nikt nie ma o to do niej pretensji. To jest kwestia pokoleniowa. W moim pokoleniu był przymus wyjścia za mąż i urodzenia dzieci.

Bezdzietna starość
Rys. Shutterstock

Mnie się życie tak ułożyło, że tego nie zrobiłam, ale ja w ogóle cholernie nie lubię przymusu. Bardzo źle go znoszę. Poza tym w mojej rodzinie uważało się, że dzieci są nieważne, ważni są dorośli. To dość charakterystyczna postawa dla pokolenia moich rodziców. Nigdy nie słyszałam: "Wyjdź za mąż i miej dzieci", bo przede wszystkim miałam zajmować się matką, ciotką czy babcią. Moje sprawy i moje życie były absolutnie nieważne.

Na szczęście tak się złożyło, że nie ma we mnie pragnienia dziecka. Nie chciałam zostać matką. Miałam lalki, ale nie przebierałam ich, nie przytulałam, nie miałam takich odruchów. Do zajęć domowych też mnie nie ciągnęło, robię, co muszę, nic ponadto. Zresztą, moja matka też nie lubiła dzieci. Babcia miała czworo, ale chyba tylko z poczucia obowiązku. Choć, muszę przyznać, ratowała mnie, gdy w dzieciństwie ciężko zachorowałam, miała więc instynkt opiekuńczy. Z kolei moja ciotka, czyli siostra matki, nie miała dzieci i oczekiwała ode mnie, że zrezygnuję ze swojego życia i zostanę jej niewolnicą. Też uważała, że jestem nieważna. Takie miałam rodzinne wzorce do kitu.

Nikt nie pchał mnie w macierzyństwo. Inna sprawa, że zawsze trafiałam na fatalnych mężczyzn. Wszyscy co do jednego byli zajęci i przejęci wyłącznie sobą. Takie jednokomórkowce - liczę się tylko ja, moje wygody, moje korzyści i mój interes. Wszyscy oczekiwali, że będę się nimi zajmować. Miałam rzucić wszystko i obsługiwać ich, piejąc z zachwytu. A z moim charakterem, to ech. szkoda gadać. Nawet gdy byłam dojrzała, po czterdziestce, rozwiedzeni panowie uderzali do mnie w konkury, ale ja już wiedziałam, że nie warto wrąbywać się w takie związki.

Miałam jednego długoletniego partnera, lecz facet też mnie zawiódł, więc nie ma o czym mówić. Dzieci przy takich układach to kiepski pomysł. Z własnych doświadczeń wiem, że trzeba je otaczać miłością, a nie tylko zapewniać jedzenie i ubranie. Czułość, uwaga też są ważne. Niestety, patrząc na moje rodzinne doświadczenia i moje geny, wiem, że nie byłabym dobrą matką.

Gdybym trafiła na prawdziwego mężczyznę, a nie dupka, pewnie miałabym dzieci, ale i tak nie sprawdziłabym się w tej roli. Łaska boska, że ich nie mam. Przez wiele lat miałam kota, najpierw jednego, potem drugiego, i to mi ocieplało dom, ale teraz nawet kota nie mam i też mi niczego nie brakuje. Etap kota w moim domu minął.

Lubi pani być sama?

Nie mam pędu do życia stadnego. To też jest bardzo ważne w bezdzietności - umieć być samą. Chętnie wychodzę do ludzi, ale nie przepadam za pustą paplaniną. Lubię sensowne rozmowy. Wczoraj byłam na spotkaniu dyskusyjnego klubu książki, który działa przy Pomaturalnym Studium Animatorów Kultury "SKiBA". Chodzę tam z koleżanką, którą poznałam, będąc już na emeryturze. Naprzeciwko tej "SKiBY" jest Cafe Równik - klubokawiarnia prowadzona przez osoby z niepełnosprawnościami.

Po spotkaniu zawsze idziemy tam na kawkę i rozmawiamy o różnych ciekawych sprawach: trochę o polityce, trochę o życiu, o tym, że się cieszymy, że taka Cafe Równik istnieje. I fajnie! Lubię tak pogadać, podzielić się z ludźmi tym, co wiem i co umiem, ale uprawiam też sztukę bycia sam na sam ze sobą. Wielogodzinne przebywanie z ludźmi bardzo mnie męczy, wręcz ogłupia, dlatego źle znosiłam szkołę i źle znosiłam długie godziny w pracy. Wracałam do domu i padałam.

Ale jeszcze w ostatniej bibliotece prowadziłam amatorską galerię sztuki, a wcześniej naprawdę ogromny kiermasz taniej książki. Jeździliśmy po mieście ze znajomymi, zbieraliśmy dary książkowe albo ogłaszaliśmy, że je zbieramy. Ludzie przywozili ich nieprawdopodobnie dużo. Czasami ktoś pomógł mi je wnieść do biblioteki, ale z przenoszeniem tego i układaniem musiałam radzić sobie sama... Kiedyś napisałam notkę dla koleżanki, która sprzątała bibliotekę: "Jak znajdziesz gdzieś leżący krzyż, to mój. Odpadł mi ze zmęczenia". W tym całym galimatiasie zachowałam przynajmniej poczucie humoru.

Jak wyglądało życie osoby bezdzietnej w latach osiemdziesiątych. Była presja?

Muszę powiedzieć, że nie, nie odczuwałam jej. Ani ze strony rodziny (o czym już mówiłam), ani ze strony znajomych. Jestem łagodną osobą, ale potrafię warknąć, może dlatego. Kiedyś koleżanki z pracy na imieniny życzyły mi dobrego męża. Warknęłam na to: "Tak, najlepiej dwóch, jeden niech mnie utrzymuje, a drugi nosi na rękach". I nie było tematu. Kiedy indziej ktoś życzył mi dziecka i też się zjeżyłam. "Zamieszkam z nim pod mostem, przynajmniej będziemy mieli świeże powietrze i bieżącą wodę", odparowałam. Jak mnie ktoś sprowokuje, to usłyszy to, na co zasłużył. (...)

Miała pani bezdzietne znajome?

W tamtych czasach dzieci były obowiązkowe, ale tak - miałam koleżanki bezdzietne. Pamiętam z pracy ze cztery dziewczyny bez dzieci. To nie było aż takie dziwne. Nigdy nie pytałam ich, jak to się stało i dlaczego. Nie jestem wścibska i nie wnikam w tak intymne szczegóły.

Natomiast mnie to niemanie dzieci przyszło naturalnie, bez żadnych wahań i rozterek. Tak się potoczyło moje życie i nie żałuję tego. Nikt mi też nigdy nie powiedział, że będę żałować. Może przez te moje odzywki ludzie uważali, że Ireny nie należy tykać? Tak jak wspominałam, jestem spokojną i życzliwą osobą, ale potrafię warknąć.

Dziś często słyszę od kobiet, że czują presję, są nagabywane. To wszystko zależy od tego, w jakim gronie się przebywa. Jeśli posiada się dużą rodzinę: siostry, braci, wujków, ciotki, można odczuwać presję. U mnie było inaczej. Miałam matkę, od której uciekłam, mając osiemnaście lat, potem byłam bardziej związana z ciotką i babcią, które też uważały, że jestem nieważna, ważne są tylko one i powinnam się nimi opiekować. Nie miałam wujków ani wielu ciotek, nie jeździłam na śluby, imieniny, wesela, chrzciny. Nie miał mi kto zadawać wścibskich pytań.

Jak pani myśli: bezdzietnym kobietom jest dziś łatwiej czy trudniej niż kiedyś?

Łatwiej jest tym kobietom, które nie dają się zmanipulować, które wiedzą, czego chcą, albo czego zdecydowanie nie chcą. Niezależnie od pokolenia. Jeżeli się jeszcze dogadają z partnerem, to super. A rodzinę trzeba jakoś spacyfikować. Jak kogoś się lubi - to żartem i łagodnie, a jak się nie lubi - to na odlew. Z doświadczenia wiem, że trzeba odcinać się od toksycznych ludzi. Mnie się to parę razy zdarzyło, przede wszystkim musiałam odciąć się od rodziny.

Bezdzietna starość
Rys. Shutterstock

Brak kontaktu z rodziną jest dla mnie wyzwalający. Najpierw, mając osiemnaście lat, wyprowadziłam się z domu. Nie wiem, jaki anioł stróż mi to załatwił, ale to było jak kolejny w moim życiu przebłysk geniuszu. Zdecydowałam się na to, nie mając pieniędzy, zawodu, mieszkania. No wariatka, po prostu wariatka. Ale jeszcze rok, a wylądowałabym w szpitalu psychiatrycznym.

Moja matka jest toksyczna. Wykształcona osoba, żaden lump, a mimo to toksyczna. Gdy z nią mieszkałam, lekceważyła mnie, poniżała, w dzieciństwie biła. Kiedyś powiedziała mi: "Twoje życie jest dla mnie puste". Nie chodziło o to, że mąż i dzieci, absolutnie nie! Jeszcze musiałaby się wnukami zajmować (choć ja akurat nawet kota bym jej nie powierzyła). Powiedziała tak, bo nie chcę być jej niewolnicą. Nie chcę z nią uprawiać działki, nie chcę robić przetworów. No i jeszcze ciotka - dokładnie taka sama. (...).

Z ojcem w ogóle nie utrzymywałam kontaktów. Rodzice się rozwiedli, on założył drugą rodzinę. Gdy uczyłam się w studium bibliotekarskim, przysyłał mi część alimentów, ale żądał, bym każdorazowo okazywała mu zaświadczenie o tym, że się uczę. Część pieniędzy dawała mi matka - dzięki ciotce i jej znajomej adwokatce wyprocesowałam tę kwotę. I taka to rodzina. Gdybym miała mieć dziecko z takimi genami, to chyba bym się zachlastała.

Nie boi się pani samotnej przyszłości?

Mam za ścianą osiemdziesięcioletnią sąsiadkę, też bezdzietną, i ona jakoś sobie radzi. (śmiech) Starym ludziom pomaga MOPS, są domy opieki. Jeżeli czegoś się boję, to zależności od złych i głupich ludzi.

Zresztą, znam takich, którzy mieli dzieci i też samotnie umarli, to wcale nie jest reguła, że dzieci zapewniają opiekę na starość. Miałam kiedyś w bibliotece czytelniczkę, żonę i matkę. Jej jedyny syn mieszkał w Niemczech. I co? Najpierw umarł jej mąż, a potem ona - w samotności. Z tą szklanką wody to naprawdę głupie gadanie.

Ja się boję niemożności, ograniczeń ruchowych, zależności od ludzi. Ale nie jestem wyrachowana, nigdy nie myślałam: "Jak będę miała dzieci, to ktoś się mną zajmie na starość". Jakby dziecko wdało się w moją rodzinkę, na pewno by mi nie pomogło.

Co by pani powiedziała młodym dziewczynom, które teraz wybierają bezdzietność?

Przede wszystkim - żeby nie wchodziły w byle jakie związki. Ważne też, by zaglądać w siebie i obserwować, czy macierzyństwo to żądanie otoczenia, czy nasze własne pragnienie. No i warto mieć na tyle wredny charakter, żeby dawać odpór tym wszystkim nagabującym. Wyobrażam sobie, że to może być trudne, ale jeżeli ktoś nachalnie wchodzi w nasze życie, to trzeba zrywać kontakty.

Rodzina wcale nie jest najważniejsza. To stereotyp, że kontakt z rodziną jest taki super. Wcale nie jest super! Mam mnóstwo znajomych, którzy mają wredne rodziny.

Zabiła pani swoją rodzinę w książce?

W domyśle. (śmiech)

'Szczerze o życiu bez dzieci'
Fot. Materiały prasowe

Książkę "Szczerze o życiu bez dzieci" napisała Edyta Broda, autorka bloga "Bezdzietnik", a wydało wydawnictwo Pascal.

Więcej o:
Komentarze (61)
Bezdzietna pani Irena: "Gdybym trafiła na prawdziwego mężczyznę, a nie dupka, pewnie miałabym dzieci, ale i tak nie sprawdziłabym się w tej roli"
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • Gość: żal ściska

    Oceniono 26 razy -20

    Przes**ne życie. Dzieciństwo ze znienawidzonymi rodzicami, potem związki z mężczyznami, którymi gardziła i też ich za to nienawidziła, znienawidzona praca aż do emerytury, a na emeryturze... Cóż, zamiast spokoju i pogody też kipiąca nienawiść, którą ulewa z siebie w postaci tych opowiadań, których jej wrogowie najpewniej nie przeczytają. Dobrze, że bezdzietna, to przynajmniej nie przekaże tej trucizny następnemu pokoleniu.

  • mniklasp

    Oceniono 24 razy -18

    Dobrze ze prawdziwy mezczyzna nie obraza tak facetow jak pani Irena i ma dzieci tylko z prawdziwymi kobietami. Wspolczuje pani Irenie ze zostala odrzucona przez matke jak byla dzieckiem bo byla niechciana. To jest okropne zyc tak cale 70 lat. Tylko dziwne ze lubila zyc w tej nienawisci . Zamiat leczenie u psychologa wybrala napisanie ksiazki. Przyjemnej lektury opowiadan pani Ireny dla masochistow

  • olsztyniak79

    Oceniono 36 razy -18

    A może, jakby chciała mieć dzieci, to jej facet nie okazałby się dupkiem?

  • Gość: któś

    Oceniono 24 razy -16

    Mhm... "Trzeba mieć odpowiednio wredny charakter", któym pani bibliotekarka się chwali (mówiąc również jak bardzo jest łagodna) i wszyscy mężczyźni ją zawiedli. Może po prostu nieli dosyć baby o wrednym charakterze. Jeśli "wszyscy zawodzą" to znaczy że problem jest w niej.

    "Gdyby trafiła na prawdziwego mężczynę". A ona - oczywiście - jest niedoścignionym ideałem.

    Z drugiej strony zgadzam się z tym, co mówi o "szklance wody" (to bzdura, draństwem jest płodzenie dziecka po to, by mieć obsługę na starość); o przebłysku świadomości świadczy również jej stwierdzenie, że z takimi genemi i doświadczeniem jakie miała - dzieci mieć nie powinna. Większość ludzi rozmnaża się odruchowo, bez najmniejszego zastanowienia.

  • walek7003

    Oceniono 15 razy -15

    Ta pani jest efektem powszechnego systemu emerytalnego. Brak związku emerytury z zastępowalnością pokoleń powoduje, że dzieci są zbędne. Ale jak to w życiu..do czasu.

  • archimedesss

    Oceniono 20 razy -12

    Dorabianie filozofii do braku umiejętności pójścia na kompromis, bez tego nie założysz rodziny. No ale nie każdy musi..

  • gonzoe

    Oceniono 36 razy -4

    Co i rusz czytam o kobietach które nie chcą mieć dzieci, jednak sam nigdy takiej nie spotkałem. Co poznam jakąś ciekawą dziewczynę, to okazuje się że koniecznie chce mieć dzieci. Gdzie więc się ukrywają te które ich nie chcą? Podobno tyle ich jest! Zaczynam wątpić czy one występują w świecie rzeczywistym, na to wygląda że żyją one tylko w świecie wirtualnym.

  • komorka25

    Oceniono 24 razy 0

    Pani Irena jest postacią wymyśloną lub ma zaburzenia percepcji, bo niemożliwe, żeby realnie istniejąca osoba przy zdrowych zmysłach mogła twierdzić, że "starym ludziom pomaga MOPS" i nie zdawać sobie sprawy, że starego samotnego człowieka nader rzadko stać na dom opieki.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX