Pielęgniarka, przetaczając mnie przy zmianie pieluchy, mówiła: "Taka młoda, szkoda, że umrze"

"Zdrowie - myślisz, że dane jest na zawsze. Nic bardziej mylnego. Jasne, może być dobrze wszystko i zawsze. Ale nie musi. Mnie świat zawalił się w jeden dzień. Tak po prostu - skończył się jeden świat, jak w filmie katastroficznym, a zaczął jakiś kosmos". 

Cytowany fragment pochodzi z książki Anny Marii Naskręt "Uwięziony krzyk" wydanej przez Muza SA i jest zapisem dramatu, który spotkał autorkę, ale także historią jej walki o powrót do zdrowia.

Jestem Anna Maria. Pochodzę z Wielkopolski. Moja historia jest przerażająca: zachorowałam na niedokrwienny udar pnia mózgu i móżdżku z czterokończynowym porażeniem spastycznym. Do tego doszła afazja, czyli brak mowy. Miałam dwadzieścia cztery lata i zostałam uwięziona we własnym ciele. 
Stała się katastrofa. Od pracy rozmaitych części mózgu zależą ruch, koordynacja, właściwe natężenie siły, działanie mięśni, chód, równowaga. Gdyby nie część zwana móżdżkiem, nie bylibyśmy między innymi w stanie skoordynować nawet ruchów gałek ocznych, tak by obiema patrzeć w jedną stronę. W pniu mózgu znajdują się ośrodki: oddychania, regulujący pracę serca, ciśnienie tętnicze oraz temperaturę organizmu. Czyli suma summarum to, jak mózg funkcjonuje, jest cudem. 

Autorka książki 'Uwięziony krzyk'
Fot. Archiwum prywatne

W nic ważniejszego niż pień i móżdżek oberwać nie mogłam. Według statystyk rocznie niedokrwiennego udaru mózgu doświadcza kilkadziesiąt tysięcy osób, jest on trzecią co do częstości przyczyną zgonu i najważniejszą przyczyną niesprawności osób dorosłych. Połowa chorych, którzy przeżyją, zmaga się z niedowładami, zaburzeniami mowy i innych funkcji. Udary dotykają ludzi w każdym wieku - od dzieci przez nastolatków do dorosłych. 

Wiele osób nie rozumie tego, co dzieje się z człowiekiem, kiedy musi zacząć żyć z nie swoim ciałem. Ciało to jedno, a psychika to drugie. Porażenie czterokończynowe, tak silne, jakiego doznałam, potrafi zwalić z nóg, odebrać godność, człowieczeństwo i siły do życia, już o walce o siebie nie wspomnę. 
Udar udarowi nierówny. Każdy jest inny, różnią się nie tylko objawami i późniejszymi powikłaniami. Jest to uszkodzenie mózgu. W jakim stopniu, tego nie wiedzą nawet mądre lekarskie głowy. Nikt, kto miał udar, nie może powiedzieć, że doświadczył czy doświadcza takich samych zaburzeń równowagi jak inny udarowiec. Nie sądzę, żeby dało się je jakoś opisać, a porównać jest niemożliwością. 

Kiedyś osoba na wózku, chora od urodzenia, zaczęła prawić mi morały, jak powinnam żyć i jak mam się pogodzić z chorobą.

Zapytałam tylko: "A chodziłeś kiedyś?". I po temacie.

2001 rok 

Byłam w dobrym nastroju mimo burego dnia. Podśpiewywałam zajmując się domem i dzieckiem. Trzy dni wcześniej byliśmy na osiemnastce u siostry, impreza u rodziców, a potem w pubie do rana. Pogoda ducha mi dopisywała, mimo że dzień był jesienny i siąpiący. Taki szary i ponury zwykły wtorek. Dziecko szczebiotało coś po swojemu, mąż wrócił z pracy punktualnie, co się rzadko zdarzało. Dzisiaj myślę, że może tak miało być? Wieczór minął spokojnie. Mała wykąpana, na kolację moje ulubione tosty z pieczarkami. Wszystko tak zwyczajnie. Córeczka słodko zasnęła. 

Po kolacji zakręciło mi się w głowie, bardzo mocno, tak że momentalnie upadłam i nie wiedziałam, co się dzieje. Za chwilkę mi przeszło, więc zbagatelizowałam to. Ale nie na długo zapomniałam. Około pierwszej w nocy ze snu wyrwał mnie dziwny ból głowy, taki wewnątrz i z tyłu. Zaczęło mi się znowu kręcić w głowie, nie wiedziałam, gdzie sufit, gdzie podłoga. Obudziłam męża, zaniósł mnie do toalety i zaczęłam wymiotować. Po dwóch wizytach tam już tylko wisiałam z łóżka głową do dołu bezpośrednio nad miską. I tak sobie wisiałam nad nią do szóstej rano, słyszałam, że dziecko się obudziło i płacze. Zaalarmowani teściowie przyjechali, stali bezradnie. Tylko zabawili córkę, teściowa dała mi tabletkę na wymioty, taką na chorobę lokomocyjną, nie zdążyłam jej połknąć, zwróciłam. Wtedy w moim mieście panowała grypa żołądkowa, wszyscy pewnie myśleli, że to właśnie to, nawet ja. Sądzę teraz, że dlatego to zbagatelizowali.

Zdezorientowani i bezradni pojechali sobie, ale na całe szczęście przyjechali moi rodzice, a wtedy akcja potoczyła się błyskawicznie. Nawet nie zdążyłam się zorientować, co się dzieje. Wezwali pogotowie, lekarz, który przyjechał wraz z ekipą ratunkową, widząc, że mam sztywny kark i pływające oczy, mówię bełkotliwie oraz popuszczam mocz, stwierdził, że coś jest nie tak. Znieśli mnie na noszach do karetki i na sygnale zawieźli do szpitala miejskiego. 

Autorka książki 'Uwięziony krzyk'
Fot. Archiwum prywatne

Błyskawicą trafiłam na oddział, położyli mnie na łóżku i podłączyli kroplówkę przeciw wymiotom. To usłyszałam, bo głośno nade mną rozmawiali. W głowie kręciło mi się nadal, przestawałam widzieć na prawe oko. Straszne uczucie, nie czułam też prawej ręki ani nogi, leżały jak martwe. Tylko po lewej stronie ciała oraz po twarzy chodziły mi mrówki. Takie, gdy coś cierpnie, drętwieje, tyle że te mróweczki miały po pięć centymetrów, tak czułam, wielkie oblepiające mrówy. 
Chciałam je strząsnąć, kopałam lewą nogą, ale słabo mi to wychodziło. Mrówek było coraz więcej, wydukałam: "Siku", zdziwiłam się, bo mówiłam jakbym była pijana. Czułam, że ktoś podsuwa pode mnie basen, a ja nadal kopałam nogą, żeby strząsnąć te mrówy. Basen spadł na podłogę, pusty. Tylko brzęk słyszałam. Narobił hałasu, wleciały ze dwie osoby, drąc się na zmianę, jaka to jestem syfiara i niewychowana, że basenem się nie rzuca (...).  

Lekarz stwierdził, że to coś poważnego i zawiozą mnie do szpitala klinicznego. Do dzisiaj nienawidzę sygnału dźwiękowego karetki, tylko rodzina rozumie, dlaczego się krzywię, kiedy gdzieś wyje syrena.

Nie przyjęli mnie do szpitala, usłyszałam: 'Po co, przecież i tak umrze'. 

Ojciec, który jechał ze mną w karetce, zadzwonił do znajomego lekarza z innego szpitala i dzięki niemu przyjęli mnie tu, dokąd mnie przywieźli. 
Jechałam korytarzem, chyba ktoś pchający moje łóżko biegł, bo lampy na suficie migały szybko. Korytarz był zwykły, szpitalny, ale nie rozglądałam się, miałam sztywny kark, widziałam tylko to, co znajdowało się na wysokości mojego wzroku. 

Gdzieś na korytarzu stanęliśmy, a mnie się nadal chciało siku, teraz już bardzo mocno, ale nie mówiłam już, tam musiały być toalety, no ale co z tego? Zawieźli mnie do przyciemnionego pokoju, tyle z tego widziałam. Wsadzili mnie do tuby, która hałasowała, dzisiaj wiem, że to rezonans. 

Głowę mi czymś unieruchomili, leżałam na wznak. Nie wiem, ile czasu minęło, zaczęło mi brakować powietrza, brakowało. Brakowało. Kurwa, bardzo zaczęło mi brakować powietrza. Widziałam już gwiazdki, a płuca rozrywał ból. Matko, przecież zaraz umrę, a oni się nie dowiedzą. 

Musiałam jakoś dać znać, ale jak? Bez głosu? Nadludzką siłą zaczęłam kopać, wierzgać, i jeszcze, i jeszcze. Z całych sił wierzgałam, mnie się wydawało, że kopię niczym konik, ale pewnie słabo. Ale skąd ta siła w martwym już prawie ciele? Do dzisiaj nie wiem, pewnie ze strachu przed uduszeniem.  
Obsługa mnie jednak wyjęła, zauważyli to wierzganie, lakonicznie stwierdzili (.):

'O, wpadł jej język do gardła', bo i on był już martwy, wiotki. Zachowali się tak, jak gdyby codziennie ktoś się dusił w rezonansie i to była norma (...).

 Potem była punkcja, ale tylko pamiętam, jak mnie trzymało kilka osób, pewnie żebym nie drgnęła, przecież igłą wkłuwali się w rdzeń kręgowy, ale na żadne drgnięcie nie było już szans, bo chwilę po tym przestałam się całkowicie ruszać no i urwał mi się film. 
Dwa tygodnie później 
Pomału się budziłam, jak się potem okazało, po dwóch tygodniach. Nie rozglądałam się, nie mogłam, oczy mi się rozjeżdżały, pływały. Nie dało się ich ustawić w ten sposób, żeby patrzyły na wprost, ledwo widziałam na prawe oko. Ale zaraz, zaraz! Nie mogę nic powiedzieć, nie mogę poruszyć ustami. Nie mogę ruszyć ręką, rękoma! Nie ruszam też nogami, leżą jak kłody. Próbuję usiąść, nie drgnęłam nawet milimetr. Kur. co jest?! Głowa, myśli jakby osobno, bo normalnie i zwyczajnie trzeźwo myślę. Ale głowa też jest przymurowana, nie mogę oderwać jej od poduszki. Szarpię się, szamoczę, nic, trup.  

Autorka książki 'Uwięziony krzyk'
Fot. Archiwum prywatne

Nie mogę nic, nie mogę nic. Matko Boska, co to jest? Co mi jest?! Ale przecież żyję, to o co chodzi? Ktoś mi to wytłumaczy? Nikt się nie odezwał, ba, nawet nie zwrócili uwagi, że się obudziłam. Gdybym mogła, powiedziałabym im wtedy, żeby mnie uśpili jak psa. 

Dzisiaj sądzę, że musiałam mieć dobre leki, bo szybko przeszłam nad tym do porządku dziennego. I myślałam, że to na jakiś czas, że przecież na chwilę. Ja wstanę i pójdę, wypiszą mnie do domu zdrową. Nie rozumiałam, co się ze mną dzieje. Zresztą nikt z lekarzy (.) nie wiedział, jaka to choroba (.). Koniec końców leżałam jak worek cementu, a diagnozę postawił profesor z Francji w konsultacjach mejlowych. Ale tego dowiedziałam się znacznie później. 
Budziłam się w takim stanie codziennie. Jakiś pieprzony dzień świstaka. Jak przez mgłę pamiętam stojących nade mną załamanych, milczących rodziców. Teściowie również milczeli, ale było to milczenie oskarżycielskie, przynajmniej tak czułam.

'Nic już z niej nie będzie' - słyszałam we własnej głowie, chciałam wstać, krzyknąć, wrzasnąć: 'Co wy za bzdury gadacie!!!', ale przecież byłam jak zalana betonem, trup. 'Co z dzieckiem?' - chciałam zapytać i nie mogłam. Nie macie pojęcia, jakie to uczucie, taka niewiedza, strach (...). 

Pytań milion latało mi luzem po głowie, nawet nie cisnęło się na usta, bo one były martwe. Najgorzej było rano, po południu i wieczorem; kiedy czasami spałam, dało się jeszcze wytrzymać. Zauważyłam podczas czynności pielęgnacyjnych, jakim poddawano moje suche i płaskie jak jesienne liście ciało, że mam pieluchę, jednocześnie miałam wprowadzony cewnik, żeby mocz sobie spływał. Najwidoczniej pielucha była na grubsze rzeczy. Żenujące i wstyd. Poddałam się bólowi psychicznemu i wstydowi z przeświadczeniem, że przeznaczenia już nie zmienię. Pomyślałam: pewnie zaraz się dowiem, że tak już zostanie. Poznali tę prawdę moi rodzice.

'Nigdy nie wstanie' - powiedzieli neurolodzy, konsylia lekarskie i inni znawcy, ale usłyszałam o tym dopiero potem, w domu. Nie ma ŻADNYCH SZANS (...). 

Nie rozumiałam swojego stanu, żal mi było rodziców, nic więcej. Nawet samej siebie nie było mi żal, bo nie wiedziałam, co ja tu robię. Koniec tamtego życia był początkiem nowego. A nowe? To imitacja, podróbka życia. Myślałam, że wyjdę z siebie, kiedy pielęgniarka przetaczając mnie niczym worek po łóżku przy zmianie pieluchy, mówiła do koleżanki:

'Taka młoda, szkoda, że umrze'. Gdy zrozumiałam, że rozmawiają o mnie, to nie wiem, jakie miałam tętno. 

Kolejne dni i noce 

Bałam się zasnąć w nocy, nie spałam w ciągu dnia. Żadnych drzemek, zupełnie świadoma, prawie dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ze strachu, że już się nie obudzę, nie potrafiłam zasnąć. Ze zmęczenia przysypiałam, ale zaraz zrywałam się jak ptak do lotu. Serce mi łopotało: żeby tylko nie umrzeć, chociaż jeszcze jeden dzień!  

W zasadzie to mi się wydawało, że to wszystko było jakimś snem. Zupełnie pozbawione realizmu. Niestety, to było realne i namacalne. Żyłam, biło mi serce, oddychałam, a w buzi miałam rurkę od intubacji. Najpierw wydawało mi się, że to przez nią nie mogę mówić. Ale nie dlatego byłam niema. 
Całe ciało było jak pozbawione życia. Widziałam, że coś leży na mojej piersi, jakieś wężyki. Było ich kilka, w różnych kolorach, sonda w nosie, jakieś elektrody przyczepione do klatki piersiowej. Jak mnie obracali, zauważyłam, że jestem nimi podłączona pod monitory. Leżałam na OIOM-ie, łóżka były wysokie, dostosowane do potrzeb opiekujących się pacjentami, rehabilitantów, karmiących. 

Sąsiadów na oddziale miałam takich, że co trzy dni któryś umierał. Byłam świadkiem reanimacji, biegania lekarzy, później śmierci, zabierania ciała przez obsługę do kostnicy. (.) Gdy brali je na wózek, taki metalowy, wstrętny, zwłokom opadała głowa i zawsze się uderzyła w ten wózek. Tego głuchego dźwięku nie zapomnę do końca życia.  

Wiecie, że kiedy ktoś umarł, to natychmiast pojawiał się taki dziwny zapach? Taki jak od zgaszonej świeczki albo spalonych w ogniu włosów? Podsumowując: zbyt długo sąsiedztwa nie miałam, bo zawsze ktoś inny leżał na łóżku obok. Sala była przedzielona szynami, na nich zawieszono tkaniny, pamiętam ich kolor, taki zielony, jak ściany. Można było je zasunąć, ale kto by się tym przejmował. Kiedy się obudziłam z tego snu śpiącej królewny, w sali były trzy łóżka, obok leżał obcokrajowiec. Chyba Włoch, bo słyszałam, jak jego żona śpiewnym dialektem dyskutowała z pomocą tłumacza z lekarzami. Z tych rozmów dowiedziałam się, że ma nieoperacyjnego guza. Podsłuchiwałam, co się dzieje wokół, nie żeby jakoś specjalnie, ale czym miałam zatkać uszy? Włoch leżał, był w śpiączce. Któregoś dnia się obudził, napił z kubeczka z dzióbkiem, żona się cieszyła, szczebiotała po włosku. A on za trzy dni zmarł. I chyba słuszne jest powiedzenie, że trzy dni przed śmiercią się polepsza. 

I tak mijał dzień za dniem. Karmienie przez rurkę w nosie (...), raz dziennie wstrzykują ci trzy strzykawy zupy. Po prostu podchodziła pani, wtłaczała w rurkę, co miała, i odchodziła w milczeniu. Nawet ciekawe uczucie. Jesteś głodna, coś płynie przez rurkę i nagle nie czujesz głodu, choć wcale nie poczułaś smaku. Pić mi dawali rzadko, chociaż oddychałam przez usta.  
Języka mi nikt nie zwilżał. Rodzina pewnie się bała, podobno język miałam jak spękana ziemia. Oddychałam przez usta, ust nie mogłam zamknąć, nikt ze szpitala tego nie widział? Służba zdrowia w takie duperele się najwidoczniej nie bawi.  

Zmiana kroplówek, wiecznie coś tam we mnie leciało ze stojaka. Wenflon był zmieniany co trzy dni,odczyny zapalne, pękające żyły, już nie było miejsca, miałam ręce całe sine, granatowe. Więc zapakowano mi wenflon do żyły w szyi. Zmiana pieluch, wsadzanie w odbyt czopka, oklepywanie, rehabilitacja polegająca na dziesięciominutowym machaniu moimi martwymi kończynami (mogłam zobaczyć swoją dłoń) (...).  

Autorka książki 'Uwięziony krzyk'
Fot. Archiwum prywatne

Gapiłam się w ścianę przed sobą, naprawdę nie było tam nic ciekawego, ścianka z okienkiem na górze. Za tym okienkiem chyba była inna sala, bo widziałam tam czuprynę pani podającej jedzenie. Chyba że mnie przekręcili na bok, to patrzyłam w okno. Za oknem był budynek szpitalny, nie widziałam go wyraźnie, miał duże okna, a wieczorem był oświetlony. A ja sobie wyobrażałam, jaki to oddział, kto tam leży, co się tam dzieje. Kto spaceruje po oddziałach, kto z kim rozmawia. Takie głupotki, ale o czymś musiałam myśleć, bo bym zwariowała. Nie da się myśleć o niczym (...). 

Zwykle pielęgniarki wykonywały swoje obowiązki w milczeniu lub rozmawiały przy mnie między sobą. Nikogo nie obchodziło, że tam w środku żyję, wychodziły bez słowa. Ale najgorsze było to, że traktowano mnie nie jak człowieka, ale jak "coś", coś do obsługi. Niekoniecznie trzeba temu czemuś przekazywać wiadomości czy z nim porozmawiać. Bo przecież czy takie coś ma jakieś potrzeby? Czegoś chce, o czymś myśli? Nikt przez osiem tygodni mnie nie umył, nie przetarł gąbką chociaż na łóżku. W zasadzie dobrze, że miałam zatkany nos (paraliż twarzy), bo nie czułam własnego smrodu. O paznokciach i włosach nie wspomnę, bo i tak ich nie widziałam. Dłonie rzadko, włosów wcale.  

Dzisiaj (po 18 latach rehabilitacji i walki o sprawność) 

Na to, że wstałam z łóżka złożyło się wiele czynników. Rehabilitantka i jej cierpliwość, rodzina i jej zawziętość w walce o moją sprawność. Moja złość na los, pragnienie wychowywania córki. I jeszcze jeden motyw:

'Ja wam pokażę!'. Kogo mam na myśli, pisząc 'wam'? Wszystkich, którzy mówili, że nic ze mnie nie będzie, lub radzili oddać mnie do zakładu opiekuńczo-leczniczego.

Lekarz mówił, że nieważne, jaka motywacja, ważne, że działała. Ale nie jest łatwo. Chciałabym, żeby kiedyś moim jedynym problemem było to, czy mam ochotę na kawę, czy na herbatę. 

Mieszkamy razem z M. [partner Anny od 2,5 roku] na Śląsku. W życiu nie ma przypadkowych spotkań, każdy człowiek spotkany na naszej drodze jest albo lekcją, albo sprawdzianem, albo prezentem. Karma wraca, tak ludzie lubią mówić, a dobro komuś dane wraca do ciebie ze zdwojoną siłą w innej postaci. Całe lata nie wierzyłam w takie bzdury i zastanawiałam się, co to jest tak naprawdę. Nie wiem, co zrobiłam, ale dostałam taki prezent od losu, że aż mi w końcu brak słów. 
 

'Uwięziony krzyk' Anny Marii Naskręt
Fot. Materiały prasowe

Cytowany fragment pochodzi z książki Anny Marii Naskręt "Uwięziony krzyk" wydanej przez Muza SA i jest zapisem dramatu, który spotkał autorkę, ale także historią jej walki o powrót do zdrowia i względnej normalności. 

Więcej o:
Komentarze (73)
Pielęgniarka, przetaczając mnie przy zmianie pieluchy, mówiła: "Taka młoda, szkoda, że umrze"
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • hipis3308

    Oceniono 84 razy 72

    Wtem dobrze co autorka przeszła, ponieważ też miałem porażenie czterokończynowe tylko, że u mnie wystąpiło samoistne zapalenie rdzenia kręgowego w odcinku szyjnym, co zaowocowało uszkodzeniem tegoż rdzenia kręgowego. Dwa miesiące w stanie agonalnym i całkowity paraliż. Nie będę opisywał całej mojej choroby, jej leczenia i tego co przeszedłem będąc sparaliżowany, ponieważ musiał bym i ja książkę napisać, ale powiem tylko jedno, syf jaki mamy w naszych szpitalach i olbrzymia znieczulica personelu w naszej służbie zdrowia, wręcz poraża. To gadanie, że jak personel medyczny dostanie podwyżkę, będzie z korzyścią dla pacjenta, można między bajki włożyć. Ile by im nie podwyższył pensji, to pacjent i tak z tego nic niema. Naprawie tego systemu, może pomóc chyba tylko wojna.

  • zbieg-z-ciemnogrodu

    Oceniono 56 razy 56

    Dobrze ze Pani to opisala. Moze komus pomoze w przyszlosci. Zycze szczescia.

  • tysonc

    Oceniono 48 razy 44

    Krotko möwiac: przejebane. Kupie te ksiazke.

  • aor

    Oceniono 38 razy 36

    Daję do myślenia. A jestem z branży

  • doomsday

    Oceniono 41 razy 35

    Moja dziewczyna nie wyszła z tego. Umarła na Sclerosi Multipla . Pierwsze objawy miała już w wieku 16 lat. Dożyła 54 kompletnie sparaliżowana. Mąż oddal ja do ośrodka opiekuńczo-leczniczego. Przez lata nie odwiedzał jej ani mąż, ani jedyna córka. Byliśmy parą nastolatków, którzy porozjeżdżali się po świecie. Ja dalej jestem w Róży zakochany.

  • ivergon

    Oceniono 38 razy 34

    "Ojciec, który jechał ze mną w karetce, zadzwonił do znajomego lekarza z innego szpitala i dzięki niemu przyjęli mnie tu, dokąd mnie przywieźli."
    Ta cała prawda o publicznym szpitalnictwie, jak ktoś nie ma "znajomości" czy pieniędzy (na łapówki) na rzekomo darmową opiekę medyczną, to jest poza tym całym "konstytucyjnym" systemem.

  • symulacrum

    Oceniono 30 razy 30

    Nie wszędzie personel jest nieludzki. W szpitalu, gdzie uratowano mi życie pozatorowości lekarz prowadzącą przychodziła do mnie z psychologiem, rozmawiały ze mną i dodawały mi wiary w wyzdrowienie. Pielęgniarki życzliwe i po prostu serdeczne. Personel sprzątający też miał dobre słowo. W innym szpitalu, gdy usłyszałam nieciekawą diagnozę i byłam w rozsypce, pielęgniarki i panie sprzątające pilnowały, bym jadła i piła, a wieczorem sprawdzały, czy dałam radę zasnąć. Da się. Doświadczyłam też zderzenia z chorym systemem, wrednymi lekarzami, i tak dalej, ale spotkało mnie też dużo dobra. Panią z artykułu podziwiam. Pamiętam swój strach, prawie mnie zniszczył.

  • Gość: E.Blaszak

    Oceniono 31 razy 29

    Czytajac fragment mialam przed oczami identyczna sytuacje z moim synem ,który 6 lat temu przeszedł to samo ,ma teraz 37 lat i caly czas walczy .Zostal potraktowany przez lekarzy identycznie ,nawet niektóre słowa cytowane przez autorke ,wypowiadane przez pielegniarki były takie same .Tyle sie mówi,pokazuje spoty w telwizji o objawach udaru i co ?Nasi lekarze uwaźaja ze to niemozliwe w tym wieku , a jednak moźliwe tylko trzeba miec wiedze i nie bagatelizowac objawów ,tłumacząc sie ze to jest niemozliwe w tak młodym wieku.

  • com4tee

    Oceniono 27 razy 27

    Każdy spotkany człowiek jest albo lekcją, albo sprawdzianem, albo prezentem. Ale mnie ta myśl jebła. To jest genialne, a za razem głęboko prawdziwe i użyteczne. Spotykasz kogoś, klasyfikuje aż do kategorii i bardziej wiesz jak się do tej relacji odnieść. Awesome.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX