Zawód wróżka

Rozmowa z Agnieszką Wdowczyk, wróżką.

Psychotesty - sprawdź, czy łatwo poddajesz się stresowi



Małgorzata Kolińska-Dąbrowska: Pani jest wróżką czy wróżbitą, tak jak to wpisano na listę zawodów?

Agnieszka Wdowczyk: Jeśli już, to wróżbitką, ale widać formy żeńskiej nie przewidziano. Mówiąc poważnie, gdybym miała sama się określić, to raczej runistką - od słowa runa, czyli od techniki, jaką się posługuję. Podobnie jak ktoś, kto mówi o sobie tarocista, bo używa kart tarota.

Teraz, kiedy wróżbita jest oficjalnym zawodem, przestała pani być osobą, która gdzieś pokątnie wróży.

- (Śmiech) Tak, mam oficjalny, nowo uznany zawód uprawiany przez ludzi od kilku tysiącleci.

Czy to uznanie działalności wróżbiarskiej za zawód przekłada się na pani pracę, na prowadzenie biznesu?

- Nie ma to żadnego znaczenia. Ta klasyfikacja jest potrzebna wtedy, gdy rejestruje się działalność gospodarczą. Kiedyś wpisywano nasze "usługi" jako inną działalność lub przy rejestracji firmy wymyślano różne przedziwne określenia. A dla urzędu skarbowego to też jest obojętne, bylebym płaciła podatki.

Prowadzi pani firmę w oparciu o wpis do ewidencji działalności gospodarczej?

- Tak, razem z mężem. On jest bioenergoterapeutą, prowadzi sklep ezoteryczny, a ja wróżę.

Wróżka, wróżbita - co to za zawód? Kto go może uprawiać? Jak go zdefiniować?

- To jeden z najbardziej odpowiedzialnych zawodów. Przede wszystkim dlatego, że wpływamy na psychikę innego człowieka. A i sama wróżka też musi mieć określone cechy, by móc go uprawiać - intuicję, zmysł obserwacji. Trzeba być bardzo tolerancyjnym - nie można oceniać człowieka. Potrzebne są też nam silna psychika i silne emocje. No i określona wiedza.

Podkreśla pani tę odpowiedzialność. Dlatego że wróżka może manipulować człowiekiem, uzależnić go od siebie? Nie tylko by mieć nad nim władzę, ale także dla pieniędzy.

- Tak. Tego właśnie nie wolno nam robić.

A jest jakaś rada, która weryfikuje profesjonalizm wróżbitów? Jest jakiś zawodowy kodeks etyczny?

- Nie. Na przykład bioenergoterapeuci powołali stowarzyszenie. My takiego nie mamy. Szkoda. Nasze zawodowstwo weryfikują klienci. Można by powiedzieć - rynek. Jeżeli poczta pantoflowa działa i przychodzą kolejne osoby, to znaczy, że potrafimy wróżyć. A kodeks etyczny? Zawiera się w takim samym nakazie jaki obowiązuje lekarzy: "Nie szkodzić".

Powiedziała pani kiedyś komuś, że umrze, bo tak stało w kartach?

- Nie. Tego nie wolno. Można przestrzec przed pewnymi okolicznościami. Powiedzieć, że trzeba koniecznie zadbać o zdrowie.

Uprawiając ten zawód, zarabia się pieniądze?

- Zdecydowanie tak. Nie tylko na samym wróżeniu. Jestem zapraszana na wykłady związane z parapsychologią, ezoteryką. Prowadzę audycję w telewizyjnym kanale ezoterycznym.

U pani godzina konsultacji kosztuje 130 zł. To dużo?

- To średnia krajowa.

To ile osób przyjmuje pani dziennie?

- Czasami nikogo, czasami trzy-cztery osoby na godzinną konsultację. Nie może ich być zbyt dużo, bo staję się mniej produktywna. Nie wolno z przepowiadania przyszłości zrobić fabryki pieniędzy.

Ma pani stałych klientów? Jakieś znane osoby?

- Nie powiem. Obowiązuje mnie tajemnica. A stałych klientów oczywiście mam, ale nie zapraszam ich z tym samym problemem częściej niż co trzy-sześć miesięcy. Nie chcę nikim manipulować ani kogokolwiek ubezwłasnowolnić.

Czy kryzys gospodarczy jakoś wpłynął na wróżbiarską branżę? Pytam całkiem poważnie.

- A wie pani, że tak. Kiedy przyszły pierwsze poważne sygnały o światowym załamaniu, miałam bardzo dużo klientów. Zresztą nie tylko ja. Ludzie byli zaskoczeni i zdezorientowani sytuacją, więc pytali co dalej.

A byli wśród pani klientów spanikowani biznesmeni?

- Tak. Jednak spora grupa to po prostu osoby chcące zadbać o swoje pieniądze, dobrze zainwestować i nie stracić na tym.



Więcej o: