Masz ochotę na (nie)świeżą rybkę? Zapraszamy nad polskie morze! [LIST]

"Cudze chwalicie, swego nie znacie? Niestety znamy" - pisze nasza Czytelniczka, narzekając na standard w nadmorskich jadłodajniach. Łatwo o zatrucie, a ryby - choć przecież jesteśmy nad morzem! - serwowane są z mrożonek. Standard?

Polskie morze - nasza wizytówka! Piękne plaże, romantyczne zachody słońca, kąpiele słoneczne i pluskanie się w wodzie. Tak wygląda to na pocztówkach. W rzeczywistości mamy do czynienia ze spędem głośnych ludzi z jeszcze głośniejszymi dziećmi, syf i brud (bo przecież kto to słyszał, by po sobie sprzątać - a batonika zjeść i piwko wypić na plaży każdy lubi), woda tak lodowata, że nawet się nie chce do niej wchodzić, a jeśli już - to trzeba piszczeć, więc zapomnijcie drodzy turyści o wypoczynku w ciszy.

Co roku jednak tysiące ludzi obierają sobie Bałtyk za cel swego wyczekanego urlopu. Ładują się z rodziną na kwaterę, siedzą godzinami na plaży. A jak już z plaży się zejdzie, to chciałoby się coś zjeść. I tu trzeba uważać, bo można... zejść od jedzenia.

Jak to jest, że wyjazd do kurortów śródziemnomorskich nie kończy się zatruciem pokarmowym? Że możemy iść do tawerny nadmorskiej w greckiej wsi zabitej dechami i zjeść świeże i smaczne owoce i ryby, rozkoszować się zapachem oliwek i mięsa nabitego na patyczki. A w naszym pięknym kraju strach zjeść rybę w nadmorskim barze, bo można się po niej pożegnać z urlopem?

CZYTAJ TEŻ: Raport UOKiK: rolada zamiast oscypka, podmiana ryb na tańsze i inne oszustwa w 80 proc. polskich "turystycznych" miejsc. Oszukują nas notorycznie

Powiecie: Cudze chwalicie, swego nie znacie? Niestety znamy. Byłam z mężem i dziećmi nad polskim morzem kilka razy i za każdym razem dzieje się COŚ. O ile mogę przyjąć, że żołądek kilkulatka może sobie nie poradzić ze smażoną na starym oleju frytką (konia z rzędem temu, kto umie odmówić dziecku frytek, skoro wszystkie dzieci dookoła je jedzą?), to już ja czy mój mąż trawimy zdrowo i normalnie. Dlaczego więc po obiedzie w knajpce oferującej wszystko ŚWIEŻE czujemy się, jakbyśmy zjedli coś bardzo NIEŚWIEŻEGO? Czasem to tylko ból brzucha, ale bywa i tak, że dwa dni trzeba spędzić w pobliżu ubikacji.

Nasi przyjaciele w zeszłym roku wybrali się na Openera i spędzili wyczekane koncerty w przenośnych toaletach - jak sami subtelnie ujęli: lało się z nich z obu stron. Powód? Chętka na rybkę, której ulegli, bo przecież jak jesteś nad morzem, to nie zjeść świeżej rybki jest grzechem śmiertelnym.

Bo zakładasz przecież, że jak jesteś nam morzem - w miejscowości nastawionej na turystów - to dostaniesz świeżą rybę, prawda? Tymczasem znajomy opowiada historię, jak kiedyś, przez przypadek, szukając toalety, zawędrował na zaplecze baru przy wydmach, a tam pani, stękając ciężko, wyjmowała z wielkiej zamrażary głęboko zamrożone filety.

Zapachy dobywające się z większości tych knajp skutecznie nas odstraszają, a z drugiej strony, niestety, nie stać mnie na obiad dla czteroosobowej rodziny w wykwintnej restauracji, z której pięknie pachnie i w której - powiedzmy - mamy jako taką gwarancję, że skoro na szyldzie piszą o świeżości ryb, to rzeczywiście są one dopiero co złowione.

Nie wiem, może mam pecha i samych pechowców wśród znajomych, ale to historia, która najwyraźniej lubi się powtarzać. Czy tylko ja trafiam na nieświeże ryby i frytki smażone na starym, śmierdzącym oleju? Najbliższy urlop planuję poza Polską, nad Morzem Śródziemnym. Wydatek podobny, jeśli dobrze upolować wycieczkę, a przynajmniej człowiek nie wyda kasy na leki łagodzące objawy zatrucia...

Ewa

***

Czekamy na Wasze historie, którymi chcecie się podzielić. Wybrane teksty, za Waszą zgodą oczywiście, będą opublikowane na kobieta.gazeta.pl. Autorom opublikowanych przez nas listów rewanżujemy się drobnym upominkiem. Piszcie: kobieta@agora.pl.

Więcej o: