Zebrania wspólnoty mieszkańców - maraton kabaretowy [LIST]

- Raz do roku spotykam się z członkami mojej wspólnoty mieszkaniowej - pisze nasza czytelniczka. - I traktuję te posiedzenia jak pomieszanie kabaretu z filmem obyczajowym. Raz na rok wystarczy. Gdybyśmy mieli spotykać się częściej, polałaby się krew.

W kwestii formalnej

Zacznijmy od tego, że nazwa wspólnota jest myląca. Żadna tam z nas wspólnota, chociaż zdarzają się pogłębione znajomości i sojusze w ramach potrzeb. Raczej się nie lubimy i pozostajemy w układzie antagonistycznym niż wspólnotowym.

W mojej wspólnocie mamy postacie barwne, a napływ świeżej krwi wcale nie gwarantuje, że liczba "betonu i konserw" ulegnie zmniejszeniu.

Jeden z moich ulubieńców, pseudonim „W kwestii formalnej” mówi językiem pism urzędowych. To zupełnie niesamowite, że on tak na serio "parkuje pojazdy", "udostępnia lokal", "zapewnia regres".

Pan jest około trzydziestki, a mówi, jak emerytowany rzecznik urzędu skarbowego. Co gorsza mówi głośno, dobitnie i obficie. W połączeniu z jego wewnętrznym poczuciem, że posiadł wiedzę absolutną jego wystąpienia robią wrażenie. Idealny na rozgrzewkę i gdy trzeba ożywić towarzystwo.

Każdy ma jakiegoś bzika

Na jego stanowczość najlepszym sposobem jest jego sąsiadka, starsza pani w filcowym kapelusiku. Kapelusik jest zawsze i podczas zebrania nie opuszcza jej głowy. Pani, którą w myślach nazywam "Generałową Andersową" (fizyczne podobieństwo do Ireny Anders) ma kwestie, które są jej absolutnymi konikami.

Na dzień dobry gasi "Kwestię formalną" mówiąc, że go nie kojarzy, ale "czy to przypadkiem nie on parkuje samochód pod klatką tak, że przejść nie można?".

Po czym przejmuje dominację nad zebraniem i przez czterdzieści minut opowiada o tym, że piwnice są w tragicznym stanie, i czy zarząd ma zamiar zrobić coś, żeby je uchronić przed zalaniem, bo "w 1915 roku" podmyło dom i od tego czasu "ziemia jest tam pofalowana, oświetlenie f-a-t-a-l-n-e".

Mówi to wszystko głosem monotonnym, niepozwalającym na jej go odebranie. Porusza jeszcze temat zieleni, która usycha i należałoby ją codziennie podlewać (to nie teren wspólnoty tylko miasta, nikt nie chce płacić za hektolitry wody, które na ten cel popłyną).

Wszystko to ma miejsce zanim zacznie się porządek zebrania, a sugestie przewodniczącego, żeby może poczekać do wolnych wniosków starsza pani puszcza mimo uszu. Po monologu pani wstaje i wychodzi, mówiąc, że jej czas się skończył i musi gnać dalej.

WspólnotaFot. Eltpics/Flickr.com/CC BY-NC 2.0

Czeski film

Przyroda nie lubi próżni, dlatego pałeczkę natychmiast przejmuje "Prem pana" - starszy pan (ksywka "kapitan Baranowski" - znowu, ze względu na podobieństwo fizyczne). O czym on referuje, trudno powiedzieć.

Zdania zaczyna obiecująco: "Prem pana, bo wie pan...", po czym następuje pantomima gestów, coś oznaczających gwizdów i szemrań: "Prem pana, ostatnie wyliczenie... No nieee! Wie pan, (machanie głową i rękami, melodyjny gwiazd, oczy do nieba, uśmieszek) to tak nie można, prem pana. Albo serio, albo żarty. Prem pana, jakbyśmy my, prem pana, wiedzą państwo, prawda (uśmiech, machanie rękami, wzrok nieco obłąkany)". Państwo nie wiedzą, ale słuchają. Bo nie wypada przerywać starszej osobie.

Postać dnia

Czy napisałam, że nie wypada przerywać starszej osobie? Ha, jest postać, której wypada, bo to jej dzień. U nas osoba ta nazywana jest "Benito", bo nadyma się i robi miny jak Mussolini.  Dzień zebrania to jasny punkt w jej kalendarzu. Specjalnie na tę okazję ma uczesanie od fryzjera, nową stylizację. To także moment, w którym może błysnąć po oczach swoją władzą w bezosobowym zaczepnym stylu:

- Upoważnienia nie dostała?

- Nie dostała.

- Jak nie dostała, jak w skrzynce było?

- Nie było, nie dostała, napisała na kartce, weźmie, czy wyrzucić?

Rozdaje kartki do głosowania, na lewo i prawo dyscyplinuje. Na dodatek głośno komentuje: „Już by skończyła te głupoty gadać” - to o/do "Andersowej", „Oszołom” - to o/do „Baranowskim”, „A co przeciwko głosowała?” - to już do mnie.

Jak rzadko jaka sytuacja wzbudza moją agresję, tak w przypadku „Benito” mam ochotę wstać, podejść, strzelić w łeb, poprawić i wrócić na miejsce.

WspólnotaFot. Bart Everson/Flickr.com/CC BY 2.0

Mściwy odwet

Jak już poznęca się wspólnota nad administratorem ("W przyszłym roku proszę wybrać wygodniejsze miejsce na zebranie, bo naprawdę szału nie ma" - punktuje "W kwestii formalnej"), nad zarządem ("Jak rozumiem, za coś to wynagrodzenie dostajecie?" - kwituje "Andersowa") i powylewamy wszystkie żale ("Te gołębie, oni mi na parapet srają, no tak być nie może" - skarży się pani, która przed klatką gołębie traktuje jak stado kur i dokarmia je cały rok) przechodzimy do małych zemst.

Najemcy z lokalu użytkowego chcieliby pozwolenie na alkohol, czy wspólnota byłaby tak miła i go udzieliła? Raczej nie, skoro kuliście nasi milusińscy od 6 do 23, nie posprzątaliście klatki po remoncie, tarasowaliście bramę samochodami, zepsuliście dopiero co wymienione drzwi.

Albo pan, który chce zabudować część klatki - i prosi o akcept. Jasne, jasne. Ale, chwila! A zwróci pan pieniądze za pięć zalań mieszkania? A za to, że wentyle w rowerze wykręcił, bo "klatka to nie miejsce na przechowywanie klamotów" i córce dał po łapach, że domofonem się bawi? No chyba jednak zgody nie będzie.

Ten jeden dzień w roku to, oprócz rozrywki, czas małych zwycięstw, moment, w którym wszystko układa się na swoim miejscu, a każdy może poczuć, że sprawiedliwość jest na świecie. Tak w kwestii formalnej. I polsko-polskiej.

Zebrania wspólnoty...
Więcej o: