W annałach psychologii znana jest historia szczura, któremu badacze wpakowali wprost do mózgu elektrodę. Trafiła ona - przypadkiem tak się złożyło - do ośrodka zawiadującego odczuwaniem przyjemności. Elektroda ta podłączona była do klawisza, który szczur mógł przycisnąć w dowolnej chwili. Ot, mała dawka elektrycznego szczęścia. Skutek? Ponieważ dawka przypuszczalnie nie była wcale taka mała, a gryzoń zdawał się wręcz rozpływać w ekstazie, jego reakcje przeszły najśmielsze oczekiwania uczonych. Odkrywszy, że może aplikować sobie rozkosz, zwierzak tak rozmiłował się w tłuczeniu w przycisk, że zapomniał o jedzeniu i piciu. Biedaczyna - myślimy - tak dalece bezwolny, tak silnie uzależniony... Jakie to szczęście, że my, ludzie, mamy do powiedzenia znacznie więcej w sprawie guzików, które decydujemy się przyciskać. Jakie to szczęście, że możemy o tym świadomie decydować!
Bzdura. Świat dzisiejszych mediów jak nic innego uświadamia nam, jak blisko jesteśmy tego półżywego, samostymulującego się gryzonia.
Małpio zabawni Świat, który dziś nas otacza, jest światem zapośredniczonym. Poznajemy go nie tyle zmysłami i rozumem, ale poprzez... media. Toczą one nieprzerwany bój o naszą uwagę. Jako odbiorcy znajdujemy się w stanie permanentnego ostrzału w wojnie nadawców i reklamodawców. Każda informacja, która do nas dociera, oznacza zysk dla jej producentów. Niepodzielnym władcą w krainie wolnych mediów jest oglądalność, poczytność i liczba odsłon internetowych, które przekładają się na zarobione złotówki.
Przemysł medialny rozwija się zadziwiająco dobrze. Jest ku temu prosty powód. Scenarzyści, reżyserzy, animatorzy, scenografowie, graficy i wszyscy inni twórcy pop-oferty zdołali odkryć tajniki naszych zainteresowań. Potrafią nas oczarować, nieomal zahipnotyzować. Wiedzą, co nasz umysł postrzega jako wyjątkowo atrakcyjne, ciekawe i pociągające.
Żyjemy w kulturze konsumpcyjnej, w której każdy element służy temu samemu: dostarczaniu wrażeń. Uwielbiamy być zabawiani.
Psychologowie twierdzą, że świadczy to o naszej niekończącej się dziecinności. Cechę tę - neotenię - mamy wpisaną w naturę i na dodatek dosłownie wymalowaną na twarzy. Bo jeśli porównywać ludzi z innymi typowymi naczelnymi, to okazuje się, że przypominamy raczej małpie niemowlaki, dzieci aniżeli osobniki dorosłe. Nasze szczęki nie są wysunięte do przodu, głowa zaś jest znacznie większa w stosunku do reszty ciała. Nasze stopy nie są chwytne (tak samo jak stopy szympansiątek), a cała skóra pokryta jest znacznie mniejszą ilością sierści.
No i bawić lubimy się częściej niż przeciętna dorosła małpa. Uwielbiamy trawić czas na przyjemnościach. Być nieustannie zaciekawianym - oto jedna z przyjemności wspólnych dużym i małym. I tutaj właśnie współczesne media zwietrzyły szansę na niezły biznes. Należy tylko podsunąć ludziom odpowiednio kuszące guziczki i dźwignie.
Anatomia intrygi Czy zastanawiałeś się kiedyś, drogi Czytelniku, czym jest fabuła? Z jakich detali jest utkana, ażeby w ogóle mogła być traktowana jak opowieść? Co należy zrobić, by była ciekawa? O czym powinna opowiadać?
Ludzie jako gatunek musieli stawiać czoło najróżniejszym przeciwnościom losu. Od trujących roślin, poprzez niebezpieczne zwierzęta, groźbę głodu, choroby czy śmierci. Prócz tego stykali się z całą ma są problemów, które niosło życie w określonej wspólnocie. Ażeby przetrwać, musimy szukać partnerów seksualnych, zawierać odpowiednie koalicje, niekiedy zwodzić i manipulować. Te właśnie czynniki zewnątrz- i wewnątrzgrupowe stanowiły esencję walki o przetrwanie przez znakomitą większość naszej historii. Takimi właśnie problemami nasz umysł uwielbia sobie... zaprzątać głowę, one właśnie mają kluczowe znaczenie z punktu widzenia przetrwania konkretnego osobnika. I te właśnie motywy odnaleźć możemy w praktycznie każdej fabule: choroba (seriale o lekarzach), groźba ze strony drapieżników (horrory), wojna, przemoc i gwałt (nie starczyłoby miejsca na wymienianie pozycji obfitujących w podobne tematy), zdrada, nieszczęśliwa miłość i relacje w związku (romanse, telenowele, melodramaty, komedie romantyczne). Zasada jest jedna: sednem fabuły jest konflikt żywotnych interesów. Chcemy dokonać czegoś, od czego wiele w naszym życiu zależy i coś nam to uniemożliwia. Pojawiają się przeszkody, które demontują naszą strategię na przyszłość i trzeba się z nimi uporać - oto banalnie prosty, ale zawsze skuteczny przepis na fabułę. Ten sam, niezależnie od tego, czy opowiadana rzecz dzieje się w świecie z "Gwiezdnych Wojen", w Normandii, gdzie oddział żołnierzy desperacko szuka szeregowca Ryana, czy w skomplikowanej podziemnej fabryce penetrowanej przez Jamesa Bonda... To są detale, dodatki do - od zawsze atrakcyjnej - tej samej treści.
Co dalej dzieje się w naszej dobrej historii? Otóż, gdy interesy jej bohaterów mocno się już splączą, przetną się - następuje punkt kulminacyjny, czyli moment spiętrzenia napięcia i rozładowanie go... Jeżeli takich punktów kulminacyjnych uda się zgromadzić jak najwięcej - widzowi trudniej będzie odejść od telewizora.
Scenariusz jest tym lepszy, im więcej knowań, manipulacji, ciosów w plecy, kopania dołków i wszelkich ukrytych intencji. Z tego wszak składa się całe nasze życie. Nie od dziś zachodzimy w głowę, co też ten ktoś o nas myśli i czy jest coś, co może bez naszej wiedzy wykorzystać przeciwko nam? To nie tylko scenariusz. To codzienne dylematy każdego z nas, do rozwiązywania i stawiania których nasz umysł jest świetnie przystosowany. Kiedy pojawia się wolny czas, umysł w dalszym ciągu może domagać się różnych bodźców. I takiej właśnie stymulacji dostarcza nam fabuła. Jest ona spleciona z treści, które w naturalny sposób wydają się ciekawe. Steven Pinker, psycholog ewolucyjny, przyrównał rozrywkę i sztukę do smacznego tortu. Smakują nam one wyśmienicie, a to dlatego, że stanowią nienaturalnie wielkie skupienie tego, czego nasze organizmy - uformowane przed wiekami na sawannach - poszukują: białek, cukrów i tłuszczów. Fabuła to właśnie taki tort, tylko przyrządzony z myślą nie o żołądku, a o naszym umyśle.
W dobie popkultury, kiedy wszystko ma dostarczać wrażeń, każdy bez mała przekaz uwzględniać musi powyższe wskazania. Nadawców nie stać na przekaz merytoryczny, ale mało efektowny. Jeżeli pozwolą sobie na zapełnianie czasu antenowego czymś, co wymaga skupienia, czymś, co zmusza do intelektualnego wysiłku, przegrają z kretesem z producentami, którzy oferują przekaz lekki, łatwy i przyjemny. Bo my lubimy same pyszne dania, koniecznie podstawione pod nos.
Złe dobre wiadomości Twardy orzech do zgryzienia pojawia się jednak tam, gdzie wymóg rzetelności spotyka się z pokusą zdobywania oglądalności. Odpowiedzią na to jest
info-zrywka (ang. info-tainment, od entertainment - rozrywka). Dogmatem programów informacyjnych utrzymanych w tym duchu jest zasada "informując bawić" lub "bawiąc informować". Informacja również ma być dla nas okazją do zabawy, tak jak wizyta w kinie czy barze typu fast food.
Info-tainment na stałe zagościł w ostatnich latach w serwisach informacyjnych, czasem przyjmując formy kuriozalne. Można wręcz odnieść wrażenie, że dziennikarze nie tyle chcą nam relacjonować fakty, ile raczej snuć opowieści, historyjki. Te mikrofabułki o gospodarce, polityce, kulturze, sporcie mają być smaczną przekąską dla naszego umysłu, która skuteczniej zatrzyma nas przed ekranem, nawet jeśli tak naprawdę nie przekazuje nic ciekawego ani istotnego.
Bardzo często spotkać się możemy z ironizowaniem, kokietowaniem widza, dowcipkowaniem, nieoczekiwanym nawiązaniem, metaforą, hasłem. Gdy mowa o wyborach i wyborczej kiełbasie, relacja rozpoczyna się od wizyty u rzeźnika, gdy tematem jest pościg policji za piratem ulicami stolicy - "ekspertem" wypowiadającym się obok rzecznika policji jest 9-latek zaprawiony w komputerowych rajdach, gdy mowa o trudnym partnerstwie koalicjantów, materiał rozpoczyna fragment "Samych swoich" z niezapomnianymi Kargulem i Pawlakiem. Rząd popełnił błąd w negocjacjach? Zacznijmy od premiera potykającego się o krawężnik! A potem już tylko z górki - niczym w thrillerach czy filmach sensacyjnych mowa będzie o tym, co najskuteczniej rozpala nasze ewolucyjnie zaprogramowane mechanizmy. O kataklizmach, chorobach, wypadkach, wojnach, kłótniach, wielkich pieniądzach, ale i sukcesach bądź przegranych naszych sportowców (opozycja my - oni to główna determinanta identyfikacji z macierzystą grupą).
Ma być krwiście, ironicznie, dowcipnie, zaskakująco, soczyście, szokująco, czasem wstydliwie, bo tylko tak przyrządzona strawa wydać się może naszemu umysłowi wystarczająco smaczna. Informacje to w dobie popkultury przede wszystkim zabawa, raczenie się specjalnie spreparowanym z sensacji, seksu, przemocy, humoru i agresji tele-tortem - kumulacją tego wszystkiego, co w zamierzchłych czasach przyciągało naszą uwagę. Wpadamy w tym momencie w błędne koło: ileż to razy słyszeliśmy już, że w "Wiadomościach", "Informacjach" czy "Faktach" mówi się tylko o tragediach, prawie nigdy zaś o czymś pozytywnym. Cóż, z jednej strony zauważamy przesyt treści negatywnych, z drugiej - w naturalny sposób takie właśnie informacje są dla nas znacznie bardziej nęcące. I nie znaczy to wcale, że z oglądania tragedii czerpiemy perwersyjną przyjemność. Choć lubimy happy endy, w dalszym ciągu jesteśmy jednak zaprogramowani na wyszukiwanie informacji, które mogą mieć niebagatelne znaczenie dla naszego przeżycia. Choroba, pożar, zabójstwo, wojna - choć daleko i za szklaną szybką ekranu - przykuwają naszą uwagę bardzo skutecznie. Opłaca się po prostu wiedzieć o czyhających na nas zagrożeniach. Dla naszego umysłu nie ma znaczenia, czy miały one miejsce za oceanem, na antypodach, czy w kosmosie. Reaguje on na informacje o zagrożeniach zupełnie tak, jak gdyby rozgrywały się w sąsiedztwie i faktycznie były dla nas niebezpieczne, zupełnie tak, jak miało to miejsce kiedyś, zanim pojawiły się telewizory. Informacja jest informacją i trzeba ją wyłapać. I przez tę właśnie furtkę media ze swoim przekazem prześlizgiwać się będą, dopóki będzie im to przynosić zysk.
Zatruty tort Nie byłoby w tym nic niepokojącego, gdyby nie fakty zaobserwowane już dawno w społeczeństwach Zachodu. Żyjący tam ludzie o wiele wcześniej mieli szansę nasiąknąć przekazem popkultury. Obywatele tamtych krajów (a nic nie wskazuje na to, by w Polsce miało być inaczej) tak bardzo rozmiłowali się w serwowanym im "torcie", że zaczęli przypominać laboratoryjne, samowarunkujące się szczury. Nie, oczywiście nie zaczęli umierać z głodu przed telewizorem... Ale okazuje się, że zarzucili coś nie mniej ważnego w życiu - swoje życie społeczne. Alarmuje o tym m.in. wybitny badacz zjawiska "kapitału społecznego" Robert Putnam, autor książki Samotna gra w kręgle. Upadek i odrodzenie wspólnot lokalnych w Stanach Zjednoczonych.
Z rozmaitych badań wynika, że ludzie coraz rzadziej spotykają się ze sobą, rzadziej wychodzą do miasta, nie mówiąc o zaangażowaniu w działania o charakterze non profit, akcje charytatywne czy działania o charakterze politycznym. Jeszcze nie tak dawno, w latach 50. i 60., wolny czas znacznie częściej spędzaliśmy ze znajomymi, z bliskimi, rodziną. Nie jest to tylko tani sentyment, potwierdzają to liczby. Dzisiaj tendencja ta uległa odwróceniu. Nie mamy czasu dla innych, ale tylko pozornie, bowiem rośnie liczba godzin systematycznie przejadanych (dosłownie i w przenośni) przed telewizorem. Rozrywka, która niegdyś pełniła funkcję jednoczącą wspólnotę (o ile przyjemniej śmiać się w grupie!), dziś staje się domeną indywidualistów. Potrafimy całymi popołudniami ślęczeć nad rozrywką skierowaną tylko do nas, łudzeni sztucznym śmiechem z pudełka.
I jest to wielka pułapka! Mamy bowiem całą gamę psychologicznych konsekwencji, mających źródło w nadmiernym obcowaniu z telewizorem. Sondaże przytaczane przez Putnama, a prowadzone na bieżąco w USA przez jedną z głównych instytucji badających zachowania konsumenckie, DDB Needham Life Style, potwierdzają, że wśród zagorzałych telewidzów prócz rozluźnienia kontaktów ze znajomymi, występuje również tendencja do depresji i niezadowolenia z życia, wybitnie konsumpcyjne nastawienie do świata, brak zainteresowań, nie licząc takich przypadłości, jak: choroby, migrena, złe samopoczucie, nastawienie na wartości materialne i żądza pieniądza, a nawet - uwaga - rosnąca liczba samobójstw! Anomia, czyli brak poczucia więzi społecznych u osób notorycznie poświęcających wolny czas na obcowanie z popkulturą, zatacza coraz szersze kręgi. Uczeni George Gerbner oraz Larry Gross już w latach 70. ubiegłego wieku wskazywali, że tak znacząca przewaga treści negatywnych emitowanych przez media wpływa na nasze sądy o świecie. "Mean-world hypothesis", czyli "hipoteza o nieprzyjaznym świecie" to ogólne przekonanie, że ludzie, otoczenie, układ, prawo, w ogóle wszystko dokoła jest paskudne i zepsute do szpiku kości. I że przy najbliższej nadarzającej się okazji zrobi nam krzywdę, wykorzysta, wyssie i porzuci. Gdyby taka hipoteza pozostawała tylko domysłem - pół biedy. Ale ona, niestety, przeradza się w praktykę. Badania takich uczonych, jak Edward Donnerstein, Ron Slaby czy Leonard Eron wskazują, że wśród respondentów w ostatnim czasie wzrosła liczba zachowań agresywnych, bardzo spadło zaufanie do ludzi we wzajemnych kontaktach, rośnie tendencja, by posądzać innych o złe intencje, a także maleje ochota do spontanicznej pomocy i prostolinijnych, codziennych "niewinnych" kontaktów.
Być może jest to najlepszy portret naszych czasów - jednostka rozdarta pomiędzy zewnętrzną ułudą zabawy a wewnętrznym poczuciem osamotnienia... Psycholog społeczny David Riesman mówił o powstaniu nietypowej formacji społecznej, którą nazwał samotnym tłumem.
Nazywał tak ludzi zorientowanych na osiągnięcie indywidualnego sukcesu i zewnątrzsterownych, pozbawionych głębszych relacji z otoczeniem. Obraz ten uzupełnili psychologowie, tacy jak Louis Zurcher i Michael Wood, którzy mówili, że dzisiejsze pokolenia prócz zewnątrzsterowności cechują się również znacznym oddaniem zabawie, nieustanną potrzebą autostymulacji i zorientowaniem na teraźniejszość, doczesność, bez szerszej perspektywy czasowej. Pół biedy, gdyby za tym swoistym dziecinnieniem szła jednocześnie duża liczba przyjaciół. Niestety, okazuje się, że są to ludzie, których nieodłączną cechą jest... samotność. Choć mają dokoła wiele osób i możliwości kontaktu, dłuższe przyjaźnie są niezmiernie rzadkie. Pochłania ich praca i wyścig szczurów, na kultywowanie pogłębionych relacji brakuje czasu. Są to także osoby pozbawione korzeni, nieczujące związku z tradycją, żyjące z dnia na dzień, wytyczające co najwyżej krótkoterminowe cele.
Obraz kreślony przez współczesnych myślicieli malowany jest iście czarnymi barwami. I, niestety, niewiele w tej materii na razie może się zmienić. Wpadliśmy bowiem w niezwykle groźną pułapkę. Telewizja i media przyczyniają się do erozji społeczeństwa i jednostki. Ale dopóki to się opłaca, a każdą wyemitowaną reklamę można przeliczyć na złotówki, euro czy dolary - nad szczurem nie ulituje się nikt.
*Tomasz Kozłowski jest socjologiem, doktorantem w Zakładzie Badań Kultury w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Jest również analitykiem mediów w firmie Press-Service. Na temat poruszany w artykule szerzej pisał w książce (http://charaktery.eu/ksiaznica/ ) Naga małpa przed telewizorem. Popkultura w świetle psychologii ewolucyjnej, której jest współautorem.
***
Najnowszy numer "Charakterów" -
spis treści 
polecają:
Seks, klaps, seks Nastrojowa muzyka, seksowna bielizna, blask świec, to dla miłośników spankingu za mało. W łóżku pragną stać się niegrzeczną uczennicą i srogim nauczycielem, który da jej podniecające lanie.
Tango-i-cash-czyli-symfonia-zakupow Im więcej czasu spędzamy w sklepie, tym więcej kupujemy. Tę zależność natychmiast dostrzegli sprzedawcy i zaczęli się zastanawiać, w jaki sposób przedłużyć czas pobytu klientów w sklepie.
Życie po wypadku Chwila nieuwagi lub brawury, a potem huk, brzęk tłuczonego szkła, ból i miesiące leczenia. Rany na ciele z czasem się goją, gorzej z psychiką.
Uzależnieni od samych siebie Spotkanie z narcyzem, to jak audiencja u jego wysokości króla. Masz jakieś pięć minut, żeby powiedzieć ze dwa, trzy zdania, a potem już tylko słuchasz i podziwiasz.
Język w zalotach Flirt ma coś z boskiego aktu tworzenia. Nie tylko może skończyć się trójką dzieci, ale potrafi nawet Ryszarda zamienić w Miśka.