'Nie znosił rozłąki. Bał się, że mała o nim zapomni' - ojcowie, którzy zginęli na służbie [DZIEŃ OJCA]

'Tatuś cię kocha i niedługo wróci', nagrywał na kasetach wraz z wykonywanymi na gitarze utworami. Gdy odszedł na zawsze, pamiątki po nim stały się bezcenne. Dla nas ratownik, policjant, strażak, żołnierz. Dla nich tata, który zginął w akcji. Poznaj bohaterów ich dzieci - podopiecznych Fundacji Dorastaj Z Nami.
Marek Łabunowicz Marek Łabunowicz Fot. Archiwum rodzinne

Marek Łabunowicz - tata Hani, ratownik TOPR

Świat stracił cudownego człowieka. Hania straciła kochającego ojca. 30 grudnia 2001 roku udał się wraz z ekipą ratunkową TOPR, aby nieść pomoc poszkodowanym przez lawinę. Była to jego ostatnia akcja ratunkowa. W wyniku kolejnej lawiny Marek Łabunowicz 'Maja', wraz z kolegą ratownikiem, zginęli pod Szpiglasową Przełęczą w Tatrach polskich.

'Harcerz, muzykant, ratownik TOPR' - ta inskrypcja na tablicy nagrobnej, na cmentarzu zasłużonych na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem, nie oddaje w pełni niezwykłej dynamiki życia, charakterystycznej dla Marka Łabunowicza. Mimo zaledwie 29 lat, stał się ikoną regionu, przykładem dla młodych i dumą dla starszych Górali.

Od najwcześniejszych dni było go wszędzie pełno. Szkoła, kościół, harcerstwo, kluby sportowe, narciarstwo biegowe i alpejskie, biegi górskie, wspinaczka, speleoklub. Niemal każda istotna instytucja i środowisko znały 'Maję', bo tak wszyscy na niego wołali. Był wszędzie i dla wszystkich. Został zapamiętany jako radosny, stale roześmiany, najczęściej z jakimś instrumentem muzycznym w ręku, niezwykle sympatyczny chłopak.

Otrzymał dar niezwykły - słuch absolutny i nieprzeciętne umiejętności manualne. Czego się nie dotknął, wszystko w jego rękach grało. Skrzypce, fortepian, gitara, piscołka, organy, to zaledwie najpopularniejsze instrumenty, na których grywał. Zasłynął jednak tym, że sprowadził na Podhale umiejętność gry na cymbałach węgierskich, a grał na nich po mistrzowsku. Grywał z Edytą Geppert, braćmi Golec, Piotrem Majerczykiem, Jerzym Bekiem, Zbigniewem Namysłowskim, Marylą Rodowicz. Swoim talentem dzielił się także z młodym pokoleniem mieszkańców Podhala.

Zafascynowany muzyką góralską prowadził lekcje grupowe i indywidualne gry na skrzypcach, nieraz przemieszczając się mimo deszczu na rowerze, w niedostępne okolice Podhala. Żył pełnią góralskiego życia. Nie tracił czasu na sen. Dzielił się i zarażał radością wszystkich, z którymi się spotykał.

Marek pozostawił żoną i córkę. Hania miała wówczas cztery lata. Dziś jest studentką etnologii i antropologii kulturowej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wcześniej skończyła Liceum Plastyczne w Zakopanem na kierunku lutniczym. Podobnie jak jej tata zafascynowana jest i pielęgnuje kulturę Górali Podhalańskich, gra, śpiewa i tańczy, a także wyrabia instrumenty muzyczne. Hania, chociaż czuje żal, że znała tatę tak krótko, cieszy się, że miała tak niezwykłego ojca, a Marek na pewno dumny jest ze swojej córki, bo może być pewien, że dzięki niej 'nie wszystek umarł'. Ania ma dziś 20 lat. Fundacja Dorastaj Z Nami opiekuje się nią od 2011 roku.

Mariusz Pasztetnik Mariusz Pasztetnik Fot. Archiwum prywatne

Mariusz Pasztetnik - tata Julki, strażak

Nikt nie rodzi się bohaterem. I choć w teorii każdy może nim zostać, niewielu ma do tego odwagę. Mariusz był wyjątkowy. Pomimo znacznie utrudnionych warunków i znikomej ilości tlenu w płonącym mieszkaniu, rzucił się w ogień, niósł pomoc synowi przerażonego lokatora.

Mariusz Pasztetnik całe życie wierzył, że gotowość do poświęcenia i zapewnianie wsparcia innym są najważniejsze. Kierował się tymi przekonaniami do końca. Sam dość wcześnie stracił matkę. Zaraz po wyjściu z wojska przejął opiekę nad młodszą siostrą i zaciągnął się do straży pożarnej.

Nie bał się odpowiedzialności ani ryzyka - radził sobie w ciężkich chwilach tak dobrze, jak umiał. W końcu udało mu się zarobić na dom. Jakiś czas później poznał Annę, swoją przyszłą żonę, z którą doczekał się córeczki Julii. Nie znosił momentów rozłąki. Bał się nawet, że mała o nim zapomni, gdy wyjeżdżał do Niemiec zbierać szparagi.

Dziś Julka jest już nastolatką - wysoką, wysportowaną i kochającą ruch, tak jak ojciec. Odwaga taty stała się dla niej inspiracją. Dziewczyna udziela się w Ochotniczej Straży Pożarnej w Minkowicach Oławskich, bierze udział w zawodach strażackich i z dumą nosi mundur galowy podczas uroczystości.

Choć od czasu katastrofy minęło wiele lat, ojciec wciąż odwiedza i motywuje ją w myślach. "Tatuś cię kocha i niedługo wróci" - nagrywał się jej na kasetach wraz z wykonywanymi na gitarze utworami. Gdy odszedł na zawsze pamiątki po nim stały się bezcenne. Julka ma 17 lat. Fundacja opiekuje się nią od 2012 roku.

Andrzej Zielke Andrzej Zielke Fot. Archiwum prywatne

Andrzej Zielke - tata Patryka i Eryka, żołnierz

Znacznie silniejsze emocje niż rozbrajanie min, w Andrzeju Zielke wzbudziły narodziny syna. Nie było mu jednak dane doczekać jego pierwszych urodzin.

Poznali się jeszcze jako nastolatkowie. Andrzej od razu poczuł, że z Marzeną połączyło go coś więcej. Mimo młodego wieku, wygospodarowanie kawałka rodzinnego mieszkania dla siebie i ukochanej nie stanowiło dla niego większego problemu.

Zawsze był zaradniejszy od rówieśników, a przy tym wyróżniał się zdyscyplinowaniem, wrażliwością i ciekawością świata. Posiadając tyle cech odpowiednich dla wyborowego żołnierza, trudno się dziwić, że służba wojskowa szybko stała się jego pasją.

"Jeśli mnie kochasz, poczekasz" - powiedział Andrzej tuląc żonę do piersi, gdy wyjeżdżał na misję w Iraku. Choć serce krajało mu się na myśl o pozostawieniu w domu ciężarnej żony i trzyletniego synka, Patryka, czuł wzywające go powołanie. Rola zwykłego żołnierza nigdy mu nie odpowiadała, od zawsze marzył o braniu udziału w akcjach specjalnych. I choć dla niego nocne skoki na spadochronie były niesamowicie ekscytujące, Marzena nie kryła przerażenia, gdy opowiadał jej o swoich przeżyciach przez telefon.

Bez wątpienia Andrzej darzył mundur uczuciem, lecz jego największą miłością byli synowie. Gdy na świat przyszedł Eryk, dumny tata z niesłychaną radością dzielił się jego zdjęciami z kim tylko mógł. "Ten wielki chłop cieszył się jak dziecko, pokazywał kolegom zdjęcia i szalał z radości" - wspominali jego kompani z pułku. Niestety, nie doczekał spotkania z synkiem, ginąc podczas jednej z akcji. I tak jak dla wielu zapisał się w pamięci jako wzorowy żołnierz, dla swoich chłopców był kimś znacznie ważniejszym - kochającym ojcem. Patryk ma dziś 17 lat. Fundacja Dorastaj Z Nami opiekuje się nim od 2011 roku.

Andrzej Struj Andrzej Struj Fot. Archiwum rodzinne

Andrzej Struj - tata Krysi i Moniki, policjant

"Z popielnika na Wojtusia iskiereczka mruga. Chodź opowiem ci bajeczkę, bajka będzie długa" - śpiewał do snu swoim ukochanym córeczkom Andrzej Struj, podkomisarz Komendy Głównej Policji w Warszawie. I choć dziś pozostały po nim jedynie wspomnienia, obie lubią wracać myślami do chwil spędzonych z tatą na wspólnych zabawach.

Dziewczynki zawdzięczają swojemu ojcu także zdolności artystyczne - Krysia odziedziczyła po nim talent wokalny, zaś Monika uwielbia występować przed publicznością na scenie teatralnej. Andrzej był dla nich wspaniałym, cierpliwym i kochającym ojcem. Również na komendzie cieszył się sympatią współpracowników, którzy widzieli w nim dobrego przyjaciela oraz mentora.

Pomimo stonowanego charakteru, uśmiech rzadko znikał z jego twarzy, a każdy zawsze mógł liczyć na jego dobre słowo, czy poradę. Andrzej bardzo aktywnie udzielał się również na forum policyjnym, gdzie dzielił się swoją wiedzą z piętnastoletniego doświadczenia zawodowego.

"Struś" uchodził za osobę oddaną służbie, pilnującą prawa i porządku także poza godzinami pracy. Niegdyś był członkiem elitarnej grupy "Puma', zajmującej się ściganiem gangów samochodowych. W mundurze czy bez, Andrzej nigdy nie odpuszczał przestępcom. Właśnie dlatego, podczas urlopu, zainterweniował, gdy chuligani zaczęli demolować tramwaj na jego oczach. Niestety, w trakcie szamotaniny podkomisarz został zraniony nożem, co skończyło się dla niego tragicznie. I choć dla wielu policjantów tego dnia zginął wzorowy stróż prawa, dla Krysi oraz Moniki odszedł ktoś znacznie ważniejszy. Krysia ma dziś 13 lat, a Monika - 15. Fundacja opiekuje się nimi od 2011 roku.

Grzegorz Kordasz Grzegorz Kordasz Fot. Archiwum rodzinne

Grzegorz Kordasz - tata Patrycji i Michała, żołnierz

"Miłość rośnie wokół nas" - mała Patrycja wspina się ojcu na kolana, mówiąc wierszyk. Z przejęcia gubi kolejne słowa. Za kilka godzin tatuś będzie znów na służbie.

Patrycja Kordasz, córka Grzegorza Kordasza: Tato był oddany swojej służbie i jej właśnie podporządkował swoje życie. Jako jego rodzina rozumieliśmy to i podziwialiśmy, że każdego dnia z zapałem, entuzjazmem i niesłabnącą miłością do Wojska Polskiego, poświęcał się swoim obowiązkom.

W swojej pracy był dla nas wszystkich wzorem, byliśmy z niego dumni, cieszyliśmy się z każdego jego awansu, odznaczenia i pochwały. Codziennie wpajał nam wartości, w które sam wierzył - honor, odwagę, uczciwość, pracowitość. Uczył nas nie tylko słowami, ale przede wszystkim własnym przykładem. Przez obserwację tego, jak podchodzi do każdego z nas, do swoich współpracowników i do służby - mogliśmy wykształcić własne systemy wartości i oprzeć je na solidnym fundamencie. 

Poświęcenie taty dla Wojska Polskiego wiązało się dla nas z częstymi jego nieobecnościami i tęsknotą, zwłaszcza w okresach jego misji zagranicznych. Choć rozumieliśmy, że taki jest właśnie charakter jego służby, brakowało nam go i nie chcieliśmy się z nim rozstawać. Taty nie było z nami podczas niektórych ważnych wydarzeń z naszego życia, komunii, bierzmowania, matury - podczas gdy nasi koledzy i koleżanki przeżywali te wydarzenia ze swoimi rodzinami, my tęskniliśmy za ojcem, wiedząc równocześnie, jak bardzo chciał być przy nich obecny. 

Jako jego jedyna córka miałam w nim wzór ojca i męża, kochającego i troskliwego, który robił wszystko, by jego rodzinie niczego nie brakowało, oraz żeby czuła się bezpieczna. Każda spędzona z nim chwila jest droga w mojej pamięci, tym bardziej, że żadna już nigdy się nie powtórzy. Z dzisiejszej perspektywy żałuję, że chwil tych było tak niewiele.  

Nic nigdy nie będzie w stanie zastąpić mi ojca, jednak wiem, że wszystko czego uczył mnie przez całe moje życie pozwalają mi być dzisiaj tym kim jestem i robię wszystko, by postępować zgodnie z wyznawanymi przez niego wartościami. Wiem, że tato był dumny z każdego ze swoich dzieci i wspierał nas w podejmowanych przez nas działaniach i nie chciałby, by jakiekolwiek problemy przeszkadzały nam w nauce i rozwoju naszych pasji.

Patrycja ma 23 lata, a jej brat Michał - 10. Fundacja opiekuje się nimi od 2016 roku.

Mariusz Deptuła Mariusz Deptuła Fot. Archiwum redakcji

Mariusz Deptuła - tata Julki, żołnierz

Tata Julki był żołnierzem. Zginął na misji w Afganistanie. Pod pojazdem, którym kierował, eksplodował ładunek wybuchowy. Chociaż został ciężko ranny, ratował kolegów i wyciągał ich ze zniszczonego pojazdu.

Mariusz Deptuła zawsze stawiał rodzinę na pierwszym miejscu. Każdy, kto go znał, mówi o nim podobnie: otwarty, ciepły, dobry kolega, dobry żołnierz, zakochany w córce ojciec. Praca w armii była jego pasją, przynosiła mu spełnienie i liczne pochwały. Kochał zwierzęta, szczególnie konie. Miał też wielkie zamiłowanie do wędkarstwa - przekonywał do niego wszystkich swoich kolegów, zabierał na ryby żonę i córkę.

Narodziny dziecka były dla Mariusza i Iwony wielkim szczęściem. Miłość ojca do córki odzwierciedla ogromna liczba zdjęć z rodzinnego albumu: tata i Julka na lodach, tata i Julka w zoo, nad jeziorem, w parku. Poświęcał jej każdą wolną chwilę, chociaż w domu bywał rzadko. Jakby przeczuwał, że mają mało czasu.

Julka pamięta tatę, ale nie może przypomnieć sobie jego głosu. Często wracają z mamą do nagrań z dnia ślubu, mama często opowiadała jej o tacie przed snem. 23 października 2011 roku kolumna Rosomaków wracała do bazy w Ghazni. Pod pojazdem, którym kierował Mariusz, nagle eksplodował ładunek wybuchowy. Próbował ratować kolegów i wyciągać ich ze zniszczonego pojazdu. Niestety sam nie doczekał pomocy, choć był przytomny, kiedy go zabierali. Obrażenia były zbyt wielkie. Julka ma 9 lat. Pod opieką Fundacji Dorastaj Z Nami jest od 2013 roku.

Krzysztof Staniszewski Krzysztof Staniszewski Fot. Archiwum prywatne

Krzysztof Staniszewski - tata Anieli i Zosi, policjant

Krzysztof zawsze miał przeczucie, że umrze młodo i często mówił o tym swojej żonie. Tego dnia radiowóz, którym jechał do zgłoszonego napadu, zderzył się na skrzyżowaniu z innym pojazdem na sygnale.

(...) Krzysztof często mówił o śmierci. Nie, nie w żartach, zawsze poważnie. Mówił, odkąd się poznali. A to było jeszcze w podstawówce. Patrycja miała 13 lat, on 15. Już wtedy zostali parą. Któregoś dnia przyszła do domu, przejęta cała, i wyznała, że Krzysio powiedział, że długo nie będzie żył, a jak umrze, to cała Polska przyjedzie na jego pogrzeb.

W maju 2007 roku przyjechali generałowie, politycy, urzędnicy, policjanci, były salwy honorowe. Żegnano trzydziestoletniego policjanta, który zginął kilka dni wcześniej w wypadku samochodowym. To był pościg, chciał złapać włamywaczy, którzy napadli na miejskie delikatesy.

(...) Zawsze kiedy wracał ze służby, mówił, co się działo. Roztrzęsiony był, kiedy interweniował w domach, w których dzieci były bite i maltretowane. Zdarzało się, że ktoś wyskoczył do niego z nożem, z siekierą albo pościg był, ktoś drogę zajechał. Mówił, że śmierć widział wiele razy, i powtarzał, że może ze służby nie wrócić. Patrycji wyjaśnił, gdzie ma go pochować. (...)

Zosia taty nie pamięta, miała niewiele ponad dwa miesiące, kiedy tata umarł. Anielka też nie pamięta. Zosia zna tylko opowieść o tacie. Anielka bardzo późno zaczęła mówić, kiedy tata odszedł, to umiała tylko: mama, tata. Jednak język migowy miała opanowany do perfekcji. Przez pierwsze tygodnie od śmierci, od razu po przebudzeniu mówiła: tata? Kiedy babcia jej powiedziała, że tata jest w niebie, wyłaziła z łóżeczka i jednym susem już była przy balkonowym oknie. Patrzyła w niebo, machała rączką, jakby chciała tatę przywołać.

Cytowane fragmenty pochodzą z albumu "Dorosnąć do śmierci" autorstwa Magdaleny i Maksymiliana Rigamonti.

Aniela ma dziś 13 lat, Zosia - 11. Są pod opieką Fundacji od 2014 roku.

Robert Frąszczak Robert Frąszczak Fot. Archiwum prywatne

Robert Frąszczak - tata Kamila, żołnierz

Tata Kamila wyjechał na swoją pierwszą i ostatnią misję do Kosowa, kiedy jego syn miał 7 lat. Utalentowany żołnierz i troskliwy ojciec - dla dorosłego dziś Kamila autorytet i wzór do naśladowania, człowiek, który pozostawił po sobie pustkę nie do zapełnienia. Zginął w tragicznym wypadku w drodze powrotnej do kraju i do synka.

Kamil Frąszczak: Mój tata, Robert, urodził się w 1972 roku w Bydgoszczy. Mamę poznał jeszcze w czasach młodzieńczych, przed ukończeniem szkoły średniej. Swoją przygodę z wojskiem rozpoczął od służby samochodowo-czołgowej w Pile, niedaleko rodzinnego miasta. Ze względu na to, że tatę przydzielono do 10. Opolskiej Brygady Logistycznej, rodzice zdecydowali się na przeprowadzkę prawie na drugi koniec Polski.

W roku 2002 tata wyjechał na misję w ramach PKW KFOR w Kosowie. Nie wrócił do domu, zginął wracając z misji do kraju. Choć tatę widziałem po raz ostatni jako niespełna ośmiolatek, do dziś pamiętam wspólnie spędzone z nim chwile i często wracam do tych miłych wspomnień.

Zapamiętałem go jako człowieka rodzinnego, towarzyskiego, wiecznie uśmiechniętego. Był osobą energiczną - często spędzaliśmy czas aktywnie, grając w piłkę czy jeżdżąc na rowerze; ogólnie z tatą nigdy nie było nudno. Okres, w którym tata wyjechał na misję, był dla mnie ciężki. Pamiętam, jak ciągnęły się tygodnie w oczekiwaniu, aż wróci do domu. Chcąc zrobić mu niespodziankę, zacząłem uczyć się jego ulubionej piosenki Krzysztofa Krawczyka, niestety nigdy nie miałem okazji mu jej zaśpiewać.

Tata został ze mną na zawsze w sercu i wspomnieniach. Wcale nie musiał być wielkim człowiekiem. Wystarczy, że w oczach tego ośmiolatka był bohaterem. Pozostał nim do dzisiaj. Kamil ma dziś 23 lata. Jest pod opieką fundacji od 2011 roku.

Fundacja Dorastaj Z Nami opiekuje się dziećmi osób, które zginęły lub zostały poszkodowane na służbie. Wśród podopiecznych znajdują się dzieci strażaków, policjantów, żołnierzy i ratowników górskich. Fundacja zapewnia wykształcenie, finansując szkoły, studia, korepetycje i zajęcia pozalekcyjne. Członkowie fundacji są ze swoimi podopiecznymi w ich codziennych zmaganiach, dając im czas, radę i serce. Fundacja wspiera dzieci i młodzież dopóki się uczą - nawet do 25. roku życia. Później fundacja pomaga młodym ludziom wejść na rynek pracy.

Komentarze (9)
'Nie znosił rozłąki. Bał się, że mała o nim zapomni' - ojcowie, którzy zginęli na służbie [DZIEŃ OJCA]
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • kocurxtr

    Oceniono 8 razy 8

    Tata to Tata
    niezależnie gdzie pracuje ...

    wszystkim Tatusiom którzy odeszli [*]

  • Gość: Va52

    Oceniono 9 razy 5

    Mój syn pełni teraz służbę na misji w Kosowie - oby wrócił szczęśliwie.

  • Gość: Mańka

    Oceniono 4 razy 4

    A ja nie rozumiem! Naprawdę staram się bardzo, ale za nic nie mogę zrozumieć. Jeśli tato jest kierowcą taksówki i ginie bo w jego samochód wjechała ciężarówka to on nie jest bohaterem! Bo taki zawód wybrał. A jak strażak ginie to jest bohaterem bo taki zawód wybrał! A jak ginie przedstawiciel handlowy w karambolu, to to nie był bohater ale jak bandyci zastrzelą policjanta to to był bohater! Jak weterynarza kopnie krowa i od tego umrze, to to nie był bohater a jak żołnierz jedzie na misję bo tam dobrze płacą i samochód którym jedzie wylatuje w powietrze to to był bohater. Jak pana sprzątającego magazyny, przygniata wózek widłowy to to już nie był bohater.... i tak można do jutra. Wiecie co? To gloryfikowanie niektórych grup zawodowych jest podłe!

  • littoral

    Oceniono 8 razy 4

    Andrzej Struj - zawsze, gdy przejeżdżam trasą przy centrum handlowym Fort Wola, gdzie został zabity, wracam do niego myślami, choć go nie znałem... Jakoś szczególnie zapadło mi w pamięć to jego nieszczęście... I nieszczęście jego bliskich.

  • Gość: sfsfszf

    Oceniono 2 razy -2

    Tatuś poszedł z paralizatorem na służbę "wyrwać chwasta" w ubikacji na komendzie. Oby szczęśliwie wrócił i żył długo i szczęśliwie na zasłużonej emeryturze. Tatuś to bohater.

  • Gość: fitek

    Oceniono 14 razy -2

    Dlaczego nie, budowlaniec (więcej ginie na budowach robotników niż policjantów i żołnierzy), robotnik drogowy i lakiernik (rak płuc), archeolog (choroby tropikalne, grzyby, choroby odkleszczowe) i wielu innych, których ginie wielokrotnie więcej niż sługusów Babilonu

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX