"Tato, muszę odejść". Ojciec śmiertelnie chorego chłopca o najtrudniejszej obietnicy, jaką przyszło mu złożyć

Jako wojskowy lekarz, który ratował umierających na wojennym froncie żołnierzy, Bill Kohler wie, jak wygląda cierpienie. Ale to nie przygotowało go na osobisty dramat.

"Tato, muszę odejść". W pamięci Billa Kohlera właśnie tak zaczęła się najtrudniejsza rozmowa w życiu, jaką przyszło mu przeprowadzić. "Nie jestem w stanie jeść, nie mogę przełykać. Nie potrafię już chodzić", powiedział mu jego własny 10-letni syn.

"Mogą cię podłączyć do specjalnej karmiącej rurki", odparł na to ojciec, który bał się tej rozmowy każdego dnia od ponad siedmiu miesięcy, kiedy od onkologa usłyszał diagnozę, że jego własne dziecko cierpi na rzadką i nieuleczalną formę raka.

"Nie chcę tego", usłyszał w odpowiedzi. Ayden nie chciał też, by - kiedy nie będzie już w ogóle mógł oddychać o własnych siłach - lekarze ratowali go podłączając do respiratora. On już zdecydował. Miał dość wyniszczającego go przez niemal osiem miesięcy bólu i cierpienia, które z chłopca kochającego sport i zabawę zamieniło go w przykuty do wózka cień samego siebie.

Wtedy Bill zrozumiał, że właśnie nadszedł moment, w którym musi złożyć najcięższą do zrealizowania obietnicę; obietnicę, która rozdziera serce każdemu rodzicowi:

Obiecuję ci, że jeśli walczyłeś tak bardzo, jak tylko byłeś w stanie i tak mocno, jak tylko potrafiłeś i czujesz, że tak właśnie było to... to obiecuję ci, że pozwolę ci odejść

Cztery dni później Ayden zmarł. Tak, jak chciał i jak mu przyrzekł ojciec - w domu, w otoczeniu bliskich i bez aparatury sztucznie podtrzymującej go przy życiu.

Jak na wojnie

Dzień, w którym dzielny 10-latek odszedł, nastąpił zaledwie niecałe osiem miesięcy po tym, jak jego rodzice usłyszeli tragiczną i nie dającą nadziei diagnozę. Jak wspomina jego ojciec, który jako wojskowy lekarz zetknął się już ze śmiercią na polu walki, poczuł się wtedy, jakby znów był na wojnie.

Okazało się, że Ayden cierpiał na rzadką formę raka - glejaka pnia mózgu. Nie zdradzając szczegółów Bill Kohler ujawnił, że nowotworu nie dało się usunąć operacyjnie, a chemioterapia pomogła, ale na nie na długo.

Mimo to, kiedy dzięki niej stan 10-latka się poprawił, cała rodzina odzyskała nadzieję, którą od momentu poznania diagnozy i rokowań (lekarze dawali chłopcu od ośmiu do 12 miesięcy życia) z takim trudem utrzymywali. Była ona zresztą ich jedyną bronią przeciwko rozpaczy i zarazem narzędziem, które miało pomóc Aydenowi.

Jego ojciec wyznał, że nie chciał mu powiedzieć, że umiera. Uznał, że nie wyjawiając synowi całej prawdy, będzie go w ten sposób chronił, dając mu nadzieję. Zwłaszcza, że sam do ostatniej chwili liczył na to, że jego dziecko okaże się wyjątkiem, cudownym przypadkiem ozdrowienia, chłopcem, co do którego lekarze się pomylili.

"Tato, czy ja umieram?"

Ale coraz bardziej podupadający na zdrowiu Ayden i tak wiedział. Nie pomogło to, że kiedy nie był już w stanie poruszać się o własnych siłach, ojciec wiozący go na wózku do szpitala specjalnie odwracał go tak, by chłopiec nie widział napisu "Instytut Raka".

Nie zwiodło go też uporczywe unikanie tematów związanych ze śmiercią, choć kiedy pierwszy raz zapytał swojego tatę o to, czy umiera, Billowi udało się jakoś zmienić temat.

Po paru miesiącach, dosłownie chwilę po Bożym Narodzeniu, Ayden spróbował znowu. Dzięki sześciu tygodniom chemioterapii chłopiec czuł się wtedy na tyle dobrze, że ojciec zabrał go na ryby. "Tato, czy ja umieram?", padło pytanie, które zmroziło Billa. Tyle zrobił, by chronić go przed tą straszną prawdą.

Jak wspomina, chciał być szczery wobec swojego dziecka, choć jeszcze mocniej pragnął, by syn nie przestawał walczyć. I sam ciągle miał nadzieję, że jednak "się uda".

Tego dnia pochylił się więc nad swoim synkiem, który do tego momentu zdążył przeżyć zaledwie dziewięć lat, i ze złamanym sercem powiedział mu, że "tak, ludzie umierają z powodu takich guzów, jakie ma i z powodu raka, który go zaatakował".

Po czym obiecał - sobie i dziecku - że będą walczyć. Razem.

Po raz ostatni przytulić małego misia

I walczyli. Dokładnie przez siedem miesięcy i siedem dni od momentu, w którym padła diagnoza. Przez ten czas Ayden, mimo że nie miał sił nawet na to, by chodzić, przeżył z bliskimi wiele wspaniałych momentów. Jego rodzice, którzy nie byli już razem, zjednoczyli się w staraniach o to, by każdy dzień ich dziecka był niezapomniany.

Dzięki temu chłopiec, który kochał przyrodę, miał szansę wziąć udział w polowaniach, wybrać się na ostatnią wycieczkę do lasu, a nawet poznać i poprzytulać małe niedźwiadki. Spotkał się też ze swoimi idolami-wrestlerami z WWE i świętował własne 10 urodziny.

Wiele z tych chwil zostało uwiecznionych na zdjęciach, które zostały zebrane w filmiku opublikowanym - razem z historią o Aydenie opowiedzianą przez jego ojca - w serwisie Ydr.com.

Mężczyzna podzielił się nią dlatego, że razem z mamą chłopca wciąż walczą - już nie razem z Aydenem, ale wciąż w jego imieniu. Nie chcąc, by pamięć o nim przeminęła, a zarazem starając się, by inne dzieci cierpiące na glejaka pnia mózgu mogły liczyć na lepsze leczenie, założyli fundację zbierającą pieniądze na badania tej formy raka.

Zobacz też:

"Dziękuję ci, chłopie, że byłeś!" współpracownicy o księdzu Janie Kaczkowskim

Tata nie doczeka ważnych chwil w życiu dzieci. Wpadł na pomysł, który pozwoli mu być z nimi mimo wszystko

Nie żyje Zbigniew Wodecki. Za co go kochaliśmy? [WIDEO]

Więcej o: