Wchodziła i bez strachu mówiła, czego chce. Na tej zasadzie weszła do obozu w Sachsenhausen, żeby odwiedzić braci [STULATKOWIE NA STO LAT]

Nina Harbuz
"Frau Zegarski, jeśli wolno spytać, skąd tak doskonale zna pani język niemiecki?" - zapytał Irenę Becker SS-Obersturmbannführer Arthur Liebehenschel, kiedy przyjechała zupełnie sama z Gdańska do obozu w Sachsenhausen, żeby odwiedzić swoich dwóch braci. Chciała ich zobaczyć. Przywiozła im rodzynki i papierosy.

Z okazji setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości zapraszamy na cykl o stulatkach. Co środę publikujemy sylwetki osób, które przeżyły wraz z Polską burzliwy wiek wolności. Tydzień temu opowiedzieliśmy historię Pani Marii, a dziś kolejna opowieść.

"Mówi Beckerowa" - zwykła zwracać się do dzwoniącego Irena  Becker. W Gdyni to nazwisko zna prawie każdy, bo mało jest w tym mieście osób, których Irena Becker nie uczyła niemieckiego. A że dawała korepetycje jeszcze w wieku 95 lat, to udało jej się wychować kilka pokoleń. W sprawy uczniów angażowała się całą sobą. Kiedy miała 90 lat, wsiadła w taksówkę i pojechała do szkoły na spotkanie z dyrektorem, prosić o promocję dla chłopaka, któremu groziło niezdanie do następnej klasy. Żeby dodać sobie autentyczności, powiedziała, że jest jego matką chrzestną, choć, rzecz jasna, nią nie była.

- Studenci przynosili jej stare teksty w języku niemieckim, często pisane odręcznie, gotykiem, a babcia, z łatwością, z jaką my czytamy współczesne gazety, dyktowała studentom polskie tłumaczenie - opowiada wnuczka Ireny Becker, Weronika Haustein. - Kiedyś ksiądz z pobliskiej parafii przyniósł, również pisane gotykiem, materiały źródłowe potrzebne mu do książki, nad którą pracował i też mu pomogła. Spędzała nad tekstem po kilka godzin dziennie, a miała wtedy ponad 90 lat.

Wiersz za karę, wiersz w nagrodę

Irena Becker języka niemieckiego zaczęła uczyć się w domu rodzinnym. Jej ojciec, Teofil Zegarski, był nauczycielem łaciny, historii, niemieckiego oraz propedeutyki filozofii w prywatnym gimnazjum Heidelberg College. W domu wprowadził zwyczaj, że dzieci zarówno w nagrodę, jak i za karę uczyły się niemieckich wierszy. Irena Becker doskonale więc znała twórczość Schillera czy Goethego. W późniejszych latach, już jako nauczycielka, będzie starała się zaszczepić w uczniach wiedzę o Niemczech nie przez pryzmat krzywd wojennych, ale właśnie przez sztukę i literaturę. 

Portret Ireny Becker z czasów młodościPortret Ireny Becker z czasów młodości Archiwum prywatne rodziny

Znajomość niemieckiego, który studiowała na Politechnice Gdańskiej, a potem w Poznaniu, okazała się zbawienna w czasie wojny. "Frau Zegarski, jeśli wolno spytać, skąd tak doskonale zna pani język niemiecki?" - zapytał Irenę Becker SS-Obersturmbannführer Arthur Liebehenschel, kiedy przyjechała zupełnie sama z Gdańska do obozu w Sachsenhausen, żeby odwiedzić swoich dwóch braci. Chciała ich zobaczyć. Przywiozła im rodzynki i papierosy. -  Babcia pojechała bez strachu, bez zastanowienia, dokąd się wybiera - komentuje jej wnuczka. - Kiedy o tym myślę, mam wrażenie, jakby była nieświadoma tego, co się działo, i nie odczuwała lęku przed niczym. Przez całe życie była w stanie załatwić każdą rzecz, po prostu wchodząc i mówiąc, czego chce.  

I faktycznie, esesman, zauroczony barwną opowieścią Ireny Becker, która wspominała jego rodzinny Poznań i wiedziała, że od tego, jak i co będzie mówić, zależy, czy zobaczy rodzeństwo, czy nie, zadzwonił najpierw do Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, a następnie wystawił jej przepustkę na widzenie z  braćmi przebywającymi w Politische Abteilung, czyli w podobozie dla więźniów politycznych. Odprowadził ją do samej bramy i jeszcze uprzejmie się skłonił.

STULATKOWIE NA STO LAT

Szaleństwa panny Ireny

Irenie Becker nie udało się spotkać z braćmi po raz drugi, ale za pośrednictwem Liebehenschela przekazała im paczkę z maścią na owrzodzenia, lekami przeciwbólowymi, witaminami, papierosami, konserwami i załatwiła operację brata u lepiej wykwalifikowanego lekarza obozowego. Rozmowa z komendantem miała także wpływ na to, że chłopcy nie pracowali fizycznie, byli lepiej odżywieni i dostawali lepsze ubrania.

Kolejnym szaleństwem Ireny Becker była podróż do Wiednia, gdzie do przymusowej pracy trafił jej narzeczony i pracował jako szofer. Ona została z matką w Gdyni. Mieszkanie przy al. Zwycięstwa, przemianowanej na Adolf Hitler Strasse, zajęli Niemcy. Zostawili kobietom jeden pokój i nakazali pracować w Urzędzie Budowy Rzeszy. Dziś w tym gmachu mieści się sąd. Irena, stęskniona za ukochanym, któregoś dnia stwierdziła, że go odwiedzi, tym bardziej że od jakiegoś czasu ją zapraszał. Kupiła bilet na pociąg i pojechała nieniepokojona przez nikogo do Wiednia, bo każdy, kto słyszał, jak mówi po niemiecku, był pewien, że Irena jest rodowitą Niemką. Zamieszkała w hotelu Intercontinental, spotkała się ze swoją miłością, a po latach, zwłaszcza za czasów komuny, twierdziła, że w czasie wojny kolej lepiej funkcjonowała niż kiedykolwiek później.

Ślubna sukienka z jedwabnego spadochronu

Narzeczonego, Kazimierza Beckera, który później został jej mężem, poznała jeszcze w szkole założonej przez swojego ojca Teofila Zegarskiego. Marzyło mu się, żeby stworzyć placówkę na wzór prestiżowej Heidelberg College. Udało mu się to w 1927 roku. Wtedy przecięto wstęgę w drzwiach pierwszego Prywatnego Gimnazjum Koedukacyjnego w Gdyni, nieoficjalnie nazywanego "Orle Gniazdo". Kazimierz uczył się w równoległej klasie. Zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Ślub wzięli zaraz po wojnie, a na palce wsunęli srebrne obrączki, bo na złote nie było ich stać. - Dziadek po pobycie w Wiedniu służył w Anglii - opowiada Weronika Haustein. - Z wojny wrócił z jedwabnym spadochronem, z którego babcia uszyła sobie suknię ślubną, później przerobioną na abażur lampy wiszącej nad dużym, okrągłym, dębowym stołem w jadalni. Zresztą wystrój tego mieszkania nic się nie zmienił od czasów przedwojennych. Śmieję się czasem, że w Muzeum Miasta Gdyni można oglądać podobne eksponaty.

Centrum w mieszkaniu Ireny Becker, w którym spędziła całe życie, stanowi dębowy stółCentrum w mieszkaniu Ireny Becker, w którym spędziła całe życie, stanowi dębowy stół Szymon Szcześniak

Centrum w mieszkaniu Ireny Becker, w którym spędziła całe życie, stanowi stół z lampą. To przy nim udzielała korepetycji, kiedy kończyła pracę w dwóch szkołach i zajmowała się chłopcami mieszkającymi w internacie "Orlego Gniazda", po wojnie upaństwowionego. - Całe życie ciężko pracowała i  zawsze na pierwszym miejscu byli uczniowie - stwierdza wnuczka. - Dzięki temu wdzięczne matki, chcąc podziękować za edukowanie ich pociech, czasem przynosiły jedzenie, myły okna, sprzątały dom.

No to nara

Kiedy bogata biblioteka zaopatrzona w literaturę niemiecką i przedwojenne encyklopedie przestała wystarczać jako pomoc naukowa, bo pojawiły się kolorowe podręczniki, Irena Becker, tuż przed dziewięćdziesiątką, zażądała od syna kupienia jej ksero do domu, żeby mogła kopiować swoim uczniom zadania i artykuły z niemieckich gazet. - Babcia miała internet w domu szybciej niż ja - śmieje się Weronika. - Chciała być w mailowym kontakcie z podopiecznymi, więc wydawało jej się to niezbędne. Miała z młodzieżą świetny kontakt, i to od młodych ludzi czerpała siłę i energię. Dzięki nim ciągle czuła się młoda,  i to na tyle, że jeszcze po osiemdziesiątce jeździła na rowerze. Mówiła ich językiem, w lot podłapując aktualny młodzieżowy slang. Jeszcze niedawno na do widzenia powiedziała: "no to nara".

Irena Becker w dniu setnych urodzinIrena Becker w dniu setnych urodzin Archiwum prywatne rodziny

Studenci i uczniowie Ireny Becker swoją sympatię i wdzięczność okazują co roku, 23 lutego, w dniu jej urodzin. Przychodzą w odwiedziny i grają koncerty, recytują wiersze. - Z okazji setnych urodzin zaśpiewała sopranistka, dawna podopieczna, a akompaniował kolega na fortepianie - opowiada wnuczka. - Na 95. urodziny dała się jeszcze wyciągnąć na parkiet, wujek porwał ją do tańca. Teraz babcia nam gaśnie. Przeniosła się w lata 20., wydaje jej się, że ma 10 lat, a my, członkowie jej rodziny, jesteśmy jej koleżankami i kolegami z dzieciństwa. Oszukujemy się, że babcia będzie trwała wiecznie, bo przecież od zawsze była w naszym życiu. Jest dla nas żywym symbolem Gdyni, miasta, z którym jest nierozerwalnie związana. Choć znamy jej opowieści na pamięć, nie wyobrażamy sobie, że nie usłyszymy ich z jej ust po raz kolejny.

Więcej o:
Komentarze (96)
Wchodziła i bez strachu mówiła, czego chce. Na tej zasadzie weszła do obozu w Sachsenhausen, żeby odwiedzić braci [STULATKOWIE NA STO LAT]
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • placebo1999

    Oceniono 153 razy 149

    Przeczytałem ze wzruszeniem. Czasami trzeba się zatrzymać i docenić to co w życiu jest naprawdę ważne, rodzina, przyjaciele, poświęcenie dla innych nawet jeśli to jest praca. Ważne jest pozostawić po sobie dobre wspomnienia. Szanujmy życie i innych ludzi.

  • Gość: Michal

    Oceniono 131 razy 129

    Nie będę ukrywał ...wzruszyłem się. Piękny Człowiek

  • srull

    Oceniono 109 razy 105

    Też byłem Jej uczniem (biegałem do niej ponad trzydzieści lat temu na korki). Tak wbijała mi do głowy tych "Bremeńskich muzykantów', że obudzony w nocy wyrecytowałbym to chyba jeszcze dziś:-) Kapitalna osoba.

  • mikeangelo

    Oceniono 82 razy 80

    Gratuluję babci. Piękna historia, wspaniały człowiek, niezbędny przykład w dzisiejszym obrzydliwym świecie fundowanym przez pazernych szukających poklasku i władzy ludzi bez zasad moralnych. Czapki z głów.

  • Gość: AK

    Oceniono 69 razy 65

    wreszcie piękny cykl artykułów- mądrych, wzruszających, pouczających... warto poczytać, ile cudownych osób żyje na świecie. zdrówka dla wszystkich bohaterów cyklu! no i ogólnie dla wszystkich :)

  • 99venus

    Oceniono 48 razy 44

    Wspaniała,mądra i bardzo dobra kobieta.Wielki szacunek.

  • Gość: teresa

    Oceniono 36 razy 36

    bardzo się wzruszyłam .Cieszę się że znam panią

  • tetradrachma

    Oceniono 37 razy 31

    Niestety, dzisiejsza hołota, nie TAKIM Polakom,....wznosi pomniki .

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX