Makijażystka: Polki zawsze dbały o siebie i lubiły nowości, ale to, jak się teraz zmalowują, to jest przesada

Ola Długołęcka
Stałam ostatnio przed klubem nocnym. Na 30 dziewczyn 26 wyglądało identycznie - mówi Sylwia Rakowska, która tym się wyróżnia na tle innych makijażystów, że stawia na naturalność i lekkość. Domalowuje piegi, podkreśla zalety urody, zamiast kamuflować jej braki. To także dzięki niej gwiazdy na okładkach pism wyglądają... normalniej.

Ola Długołęcka, Kobieta.gazeta.pl: Od kiedy ruszyłaś z akcją „odmalowywania Polek” #TwarzToNiePisanka, minęło już trochę czasu. Jakie wnioski z niej wyciągnęłaś?

Sylwia Rakowska, makijażystka, lansuje umiar w malowaniu: Wczoraj rozmawiałam z wykładowczynią, która uczy makijażu, i powiedziała mi, że dopóki nie było mojej akcji, nie miała dla swoich studentów argumentów przemawiających za naturalnym wyglądem. Bo dziewczyny lubią nakładać wszystkiego dużo. Teraz może im powiedzieć, że znani makijażyści są zwolennikami naturalnego wyglądu, że właśnie naturalność trzeba podkreślać, a zadaniem make-upu nie ma być ukrywanie, tylko podkreślanie urody.

W moim podejściu nic się nie zmieniło. Nadal chcę, żeby Polki - podobnie jak Francuzki - miały swój styl w malowaniu się. Bo brakuje nam pewności siebie, świadomości własnych atutów. Chciałabym pomału edukować, że naturalnie też można pięknie wyglądać. Nauczyć kobiety, jak wybierać podkład, korektor, jak dobrze dobrać kolor pomadki. Przekazać, że niekoniecznie musimy być mocno umalowane.

 

A jak się malują Polki?

- Jest grupa dziewczyn zafascynowanych makijażem z Instagrama. One są najbardziej widoczne na ulicach i do nich moja akcja jest przede wszystkim skierowana. Mają mocno przerysowany, przesadzony makijaż, który na dodatek upodabnia je wszystkie do siebie. Ich wygląd ma wspólny mianownik: mocne, grube brwi, duże usta, wytuszowane rzęsy, wykonturowane rysy. Pójdź pod klub nocny, a przekonasz się, o co mi chodzi. Ja ostatnio stałam przed jednym i na 30 dziewczyn 26 wyglądało identycznie.

Widzisz, ja byłam ostatnio przed klubem w Płocku i tam akurat były tłumy nieumalowanych nastolatek - z pięknymi długimi włosami, ładnymi cerami. To chyba inny rodzaj podejścia do makijażu.

- Owszem. W Warszawie tak wyglądają dziewczyny przed Planem B [modne miejsce w stolicy przy pl. Zbawiciela - przyp. red.]. Delikatnie się malują, głównie podkreślają usta mocniejszym kolorem. One są naturalne, świadome swojej urody, pewne siebie. Choć pozornie może się wydawać, że nie zwracają uwagi na to, jak wyglądają, a jednak są bardzo zadbane. Wydaje mi się, że jak one patrzą w lustro, to widzą fajną osobę i nie mają potrzeby zmieniania siebie na siłę.

 

Kobiety z łatwością dostrzegają sztuczność u innych: dorysowane brwi, doklejone rzęsy, paznokcie. A mężczyźni?

- Wydaje mi się, że nie. Nawet w mojej branży panowie fryzjerzy - nie wiem, jakim cudem - nie wszyscy to dostrzegają. A bardzo umalowana osoba wyróżnia się wyglądem na ulicy i mężczyźni widzą ją w pierwszej kolejności.

Może to moda, która przeminie?

- Nie wiem, czy ta moda przeminie, chociażby dlatego, że kobiety robią sobie permanentne zmiany - tatuując brwi. Z czasem one zmienią kolor na siny, a wywabienie tatuażu wartego 300 złotych może kosztować nawet kilka tysięcy, to jest kilkadziesiąt zabiegów laserem. Widziałam już tatuaż na tatuażu - bo kiedyś był modny kształt brwi przypominający skrzydła mewy, a teraz modne są grube krechy. Mocne wypełnianie ust wypełniaczami też często nie schodzi symetrycznie, wargi są nierówne.

Te trwałe zmiany wyrządzają dużo szkód, bardzo trudno jest wrócić do naturalnego wyglądu, do stanu sprzed. Mam klientki, które ingerencji żałują i próbują wrócić do punktu wyjścia, a to nie jest proste i nie zawsze się udaje.

To po co twoje klientki tak bardzo ingerowały w urodę?

- Bo chciały móc rano wstać i być gotowymi do wyjścia. Oszczędzić czas, dobrze wyglądać, mieć zrobione brwi, rzęsy, usta. Kiedyś, co mnie do dzisiaj szokuje, usłyszałam z ust pewnego pana, że dla niego kobieta ostrzykana to kobieta zadbana. I rzeczywiście dla wielu osób to symbol statusu społecznego i troski o wygląd. Nieważne, jak wyglądasz, ważne, że cię stać.

 

Jak udało ci się przekonać znane kobiety, żeby zdjęły z siebie kilka warstw makijażu?

- Przy niektórych osobach to była długa praca i złożony proces udowadniania, że mocny makijaż postarza, że pięknie wyglądają naturalnie. Ale ten delikatny też trzeba potrafić zrobić i też potrzeba na to czasu - ostatnio pracowałam po dwie godziny z każdą modelką.

Co można robić przez dwie godziny, jeśli nie jest to konturowanie, nakładanie tysiąca cieni i doklejanie rzęs?

 - Zaczynam od zadbania o skórę - nałożenia kremu, olejku. Później dobieram kolory, nakładam podkład aerografem [coś na kształt urządzenia do lakierowania samochodów - przyp. red.]. Od kilkunastu lat pracuję na podkładach Temptu i nawet zaczęłam robić szkolenia z tej metody, a jest niezwykła, bo daje spektakularne efekty. Podkład rozpylany jest mgiełką, która nie obciąża skóry, wystarczy cienka warstwa. Nakładany jest kropkowo, a zdjęcia, telewizja i HD to także "kropki", czyli piksele, więc skóra wydaje się idealna. Tą metodą nakładam też rozświetlacze, róż na policzki. Dobrze dobrany róż niesamowicie odmładza i rozświetla twarz, liftinguje. Czasami robię też - ale bardzo, bardzo delikatne - konturowanie. Sprawdzam na telefonie efekt. Rzęsy też czasami doklejam, znalazłam bardzo naturalne. 

Większe usta bez zastrzyków? Wystarczy ten sprytny makijażowy trik

Zawsze stawiałaś w makijażu na minimalizm? 

- Tak. Zaczynałam pracę makijażystki w Nowym Jorku, gdzie spędziłam 12 lat. I przekonałam się, że zamożne panie z Manhattanu, z Upper East Side, nie są zmalowane, chcą być pomalowane bardzo delikatnie, stawiają na naturalność. W Nowym Jorku nie nosi się ciężkich makijaży.

Niektóre kobiety w ogóle nie pokazują się poza domem bez makijażu. Nawet śmieci nie wyrzucą bez pomalowanych rzęs.

- Jak ktoś chce koniecznie mieć wytuszowane rzęsy, to ja nie mam nic przeciwko. Staram się tylko przekonywać i pokazywać, że można malować się delikatniej. Trzeba jednak poradzić sobie z akceptacją własnej urody. To jest ciężki proces: uświadomienie sobie, co się ma ładnego, polubienie siebie. Dobrze w takim wypadku działa inspirowanie się kimś innym. Mam trzy koleżanki, które pod moim wpływem odczepiły rzęsy i są szczęśliwe, że już nic nie muszą. Dobrym przykładem do naśladowania i inspirowania się jest aktorka Weronika Książkiewicz. 

 

Ona o doklejkach i dopinkach mówi "protezy urody”. Chociaż akurat ta aktorka jest tak piękną kobietą, że nawet w worku po ziemniakach będzie wyglądać zjawiskowo.

- Tak. Ale wyobraź sobie, że są kobiety, które wstają dwie godziny wcześniej, żeby się porządnie wyszpachlować, ułożyć włosy, a pewnego dnia wchodzą na Plotka i natykają się na naturalną Książkiewicz, która mówi, że jest piękna bez ozdobników. I wszyscy się jej postawą zachwycają. Może to da do myślenia pani, która do tej pory uważała, że jej piękno tkwi w makijażu, a nie w niej samej.

Parę lat temu przeszłam batalię o okładkę z pewną gwiazdą. W końcu zgodziła się na bardziej naturalny wygląd. Później dalej malowała się na co dzień mocno, ale teraz prawie wcale nie używa kosmetyków kolorowych. Czasami to musi być proces.

Proponujesz naturalność, a to dziś jest coś nowego. Jesteś w związku z tym teraz na topie, modna wśród gwiazd?

- Nie wiem. Mam długą listę osób, z którymi pracuję właśnie dlatego, że mam lekką rękę. Na pewno wzrosło zainteresowanie naturalnym makijażem. Wiem, że na mieście makijażystom też ręka zelżała. Fotografowie mówią, że nawet ci, którzy krytykowali moją akcję, przestali tak mocno malować. Więcej jest naturalności na okładkach pism.

 A dlaczego inni makijażyści cię krytykowali?

- To byli głównie makijażyści instagramowi. Według nich namawianie, żeby malować delikatniej, jest jak strzał w kolano. Oni przecież żyją z reklamowania kosmetyków. Im więcej ich użyją, tym lepiej.

Powiedziałaś, że Francuzki mają swój styl. Czy to jest dla ciebie wzór dobrego makijażu?

- Byłam ostatnio razem z mamą w Paryżu i nie mogłyśmy się napatrzeć. Paryżanki są bardzo naturalne. One się ładnie ubierają, mają zdrowe włosy, ich makijaże są stonowane. Sztuczne rzęsy pojawiły się dopiero na lotnisku w samolocie do Polski.

Ja też ostatnio dużo czasu spędziłam na lotniskach i w samolocie. I chyba nigdzie nie widziałam tylu kobiet z doklejonymi rzęsami, zrobionymi ustami i paznokciami, ostrzykniętych, zbotoksowanych w jednym miejscu.

- A widziałaś, jak wyglądają, wracając? U tych z przesadnie długimi rzęsami mocno widać ubytki. Smutny to obraz. Mają po dwie-trzy rzęsy. Od razu rzuca się w oczy, że wracają z wakacji i nie miały gdzie uzupełnić rzęs.

Czy poza Polską dostrzegasz gdzieś taki trend na zmalowywanie się?

- No właśnie nie. Ta moda wzięła się z Instagrama. Polki ją podchwyciły, bo zawsze lubiłyśmy nowości, dbałyśmy o wygląd, uchodziłyśmy za zadbane i podążałyśmy za trendami. A Instagram nie jest, niestety, najlepszym wyznacznikiem trendów. Ale jest dostępny. I pokazywane tam graficzne, mocne makijaże najłatwiej jest skopiować. Rozumiem, że dziewczyny chcą być modne, ale to nie jest dobry kierunek. A media bardziej doceniają mocny make-up.

 

Twój makijaż Ewy Chodakowskiej z naturalnymi rzęsami, za to z mocnymi czerwonymi ustami nie spotkał się z uznaniem prasy.

- No nie. Ewa wyglądała świetnie. Miała makijaż bardzo w trendach z pokazów mody, a to dla mnie jest wyznacznikiem tego, co jest na topie. Ale w Polsce na ulicach i na ściankach wszyscy muszą wyglądać tak samo, nikt nie może wychodzić przed szereg. Jeśli jednak ktoś dużo wyjeżdża poza Polskę i wraca, to chce równać do tego, jak się wygląda w Nowym Jorku, Amsterdamie i Paryżu. I zmywa, a nie dodaje kolejne warstwy makijażu. Jak ktoś ma za dużo pieniędzy, to lepiej je wydać na zadbanie o skórę. Bo to zadbana cera pozwala zaoszczędzić czas, nie makijaż permanentny.

Jak masz ładną cerę, nie musisz niczego kamuflować, wystarczy róż i gotowe. Zauważam, że kobiety powoli rezygnują z wypełniaczy, nowe technologie w medycynie estetycznej także stawiają na pobudzanie naturalnych procesów, odchodzi się od zmieniania rysów twarzy, stawia na karboksylację, mezoterapię. Sama odkryłam niedawno masaże po powięzi twarzy, które poprawiają owal, liftingują. Po czterech masażach efekt jest niesamowity.

 

Skoro mamy nie przesadzać, to które produkty wystarczą, żeby zrobić cały makijaż?

- Powiem, co ja mam: podkład, korektor pod oczy, tusz do rzęs, kredkę do brwi, róż i kolorową pomadkę w dobrze dobranym wyrazistym odcieniu. Podobnie jak Gucci Westman, Charlotte Wheeler, Pat McGrath należę do pokolenia makijażystów, którzy potrafią pomalować innych. My nie malujemy siebie.

A jak twój minimalizm przekłada się na kosmetyki, których używasz w pracy? Masz jedną walizeczkę?

- Nie. Mam dwie walizki po 30 kilogramów każda i jeszcze dziewięć szuflad w domu. Patrzę na te walizki i sama się zastanawiam, czy te wszystkie produkty są mi potrzebne. Ale okazuje się, że są. Jak jakiegoś kosmetyku zapomnę, to mi go potem na sesji brakuje. Cały czas dokupuję nowe produkty. Na sesji nigdy nie wiadomo, czego się użyje.

Co jest dla ciebie zbrodnią w makijażu?

- Przesadny konturing, żywcem wyjęty z Instagrama. Wygląda, jakby twarz była brudna, czymś wysmarowana. Nie jestem także fanką mocno kryjących podkładów, zwłaszcza kiedy nie ma potrzeby ich używania. Wystarczy lekki podkład i korektor – używany miejscowo, tam, gdzie trzeba. Polki mają ładne cery, nie potrzebujemy kryjących i matowych podkładów. A mamy manię zamatowywania. Rozumiem, że chodzi o to, żeby się nie świecić, ale zapewniam, że mało której kobiecie - może poza Magdaleną Cielecką - pasuje mocno matowa skóra.

 

Miewasz tremę przed malowaniem konkretnych osób?

- Nie. No chyba że miałabym malować Madonnę. Chociaż patrząc na to, jak wygląda na swoim Instagramie, mogłoby to być duże wyzwanie, bo jest dość napompowana wypełniaczami. Zmarł jej chirurg plastyczny i ktoś nowy ją prowadzi. Do tego odeszła od niej dawna makijażystka, a nowa osoba robi jej bardziej wyrazisty make-up, grubszą kreskę na oczach.

Stresowałam się na początku, jak nie miałam jeszcze doświadczenia, umiejętności. Zwłaszcza gdy jako świeżynka miałam malować gwiazdy na Oscary - np. Winonę Ryder. Dopiero po sześciu latach praktyki poczułam się pewnie w tym, co robię.

Kogo się najtrudniej maluje?

- Osoby mocno poprzerabiane medycyną estetyczną. Pewne rzeczy trzeba ukryć, inne spłaszczyć, żeby wyglądało to na zdjęciach naturalnie. Ostrzykane botoksem oczy ciężej się podkreśla, a doczepione długie rzęsy sprawiają, że makijaż oka staje się drugoplanowy, bo rzęsy zgarniają całą uwagę.

A najłatwiej?

- Jak dostrzeżesz w kimś coś, co cię zainspiruje. A ja w każdym dostrzegam to coś.

 

Dlatego zostałaś makijażystką?

- Studiowałam grafikę i fotografię na ASP w Gdańsku. I już na studiach zaczęłam robić makijaże. Chciałam zostać modelką i poszłam do szkoły modelek na kurs, na którym między innymi odbywały się lekcje makijażu. Po pierwszym pokazie stwierdziłam, że do modelingu psychicznie i fizycznie się nie nadaję, ale spodobały mi się lekcje make-upu. Skończyło się tak, że szybko to ja zaczęłam uczyć dziewczyny makijażu i malować je do sesji zdjęciowych. Potem od razu wyjechałam do Nowego Jorku. 

Na początku nie miałam tam szans, żeby pracować jako makijażystka. Najpierw  pracowałam w ciężkich warunkach przy renowacji mebli, przy dekorowaniu ulic Manhattanu w firmie American Christmas. Jak dostałam pierwszą kartę kredytową, to rzuciłam tę pracę i zaczęłam szukać fotografa, z którym mogłabym zrobić sesje do portfolio. Po roku poznałam Kevina Sinclaire’a, z którym pracuję do dzisiaj. W dwa miesiące zrobiłam z nim portfolio, robiąc testy dla modelek [zdjęcia, które trafiają do portfolio modelki - przyp. red.]. Po przejrzeniu moich prac przyjęła mnie agencja Ford. Do Europy wróciłam siedem lat temu. Tęskniłam za Polską, za rodziną, chciałam coś zbudować tutaj.

W Polsce pracuje się inaczej niż w Stanach?

- Nie, bardzo podobnie. Jedyne różnice to stawki i kontakt z "wielkim światem”. Za dzień pracy dla największych gwiazd honorarium wynosi kilka tysięcy dolarów. Wiele gwiazd w Stanach wspiera swoich makijażystów - na przykład siostry Kardashian. 

Co mnie w Polsce ujęło to luźna, prawie rodzinna atmosfera pracy. Tutaj wszyscy się znają, a do gwiazd dzwoni się bezpośrednio. W USA na drodze do sławnej osoby stoi agent, PR-owiec, asystent i jeszcze trzeba czekać na swoją kolej wśród innych chętnych do współpracy makijażystów.  

 

Pracujesz także z klientkami spoza świata gwiazd?

- Tak. Dobrze mi robi mieszanie zleceń: reklamy, sesje, makijaże na czerwony dywan, a z drugiej strony spotkania z klientkami, które nie są gwiazdami. To mój kontakt z normalnym światem. Robię makijaże wizytowe, ślubne. Mam prywatnie klientkę, która ma liczną rodzinę i ciągle chodzi na chrzciny, wesela.

 Makijaż, który robię, jest bardzo trwały, jedna z moich panien młodych napisała mi, że zmył się po weselu dopiero we wtorek. Bo to nie jest tak, że przychodzisz do mnie, płacisz pięć stówek, a wychodzisz jakbyś była nieumalowana.

Z czego jesteś najbardziej dumna?

- Z tego, że bardzo szybko zrealizowałam swoje marzenia. Jak pracowałam przy renowacji mebli, to miałam widok na okna budynku, w których całe dnie błyskały flesze. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to było słynne studio fotograficzne Milk Studios, w którym odbywają  się najlepsze sesje zdjęciowe. Wyobrażałam sobie tylko, że na pewno ktoś tam robi zdjęcia i marzyłam, że kiedyś tam trafię. Kiedy trzy lata później - już jako makijażystka podczas pracy przy reklamie - znalazłam się pierwszy raz w Milk Studios, stanęłam przy znajomych mi oknach i od razu rozpoznałam to miejsce. Przez te okna spojrzałam na swoją starą pracę, popłakałam się i pomyślałam: "Sylwia, udało ci się, przeszłaś na drugą stronę!”. 

Od lewej: Makijaż wykonany przez osobę na zdjęciu, makijaż zrobiony przez Sylwię Rakowską (bez pomalowanych rzęs), efekt końcowy z pomalowanymi rzęsami.Od lewej: Makijaż wykonany przez osobę na zdjęciu, makijaż zrobiony przez Sylwię Rakowską (bez pomalowanych rzęs), efekt końcowy z pomalowanymi rzęsami. Fot. Archiwum redakcji

Więcej o:
Komentarze (40)
Makijażystka: Polki zawsze dbały o siebie i lubiły nowości, ale to, jak się teraz zmalowują, to jest przesada
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • Gość: Marta

    Oceniono 55 razy 51

    "...stawia na naturalność i lekkość. Domalowuje piegi..."

    Domalowane piegi są naturalne?

  • kato-rznik

    Oceniono 63 razy 49

    Przede wszystkim, Polkom brakuje dobrego smaku i samokrytyki. Nie widzą się w lustrach. Te przerysowane, ohydne, czarne, nienaturalne brwi, paskudne rzęsy, grube i tłuste, nienaturalnie długie... Szkarady po prostu. A najgorsze jest to, że ofermy przez cały dzień mają to przyklejone do twarzy, zamiast tylko na specjalną okazję. Wolałbym się z koniem całować, niż z pasztetem, który ma nienaturalną twarz.

  • Gość: zrzka

    Oceniono 28 razy 28

    Pani Ola na ostatnim zdjęciu we własnym makijażu wygląda bardzo świeżo, naturalnie i ładnie, natomiast z tą wersją makijażystki jest coś bardzo nie tak... Pani Ola wygląda, jakby przesadziła z solarium, ma pomarańczową twarz! Niedobrany kolor podkładu? A może zdjęcia zostały wykonane w różnych warunkach oświetleniowych? Poza tym makijaż oka je pomniejsza, no i generalnie twarz wygląda jakoś starzej.

  • Gość: kacper

    Oceniono 31 razy 19

    Brawo, brawo, brawo. Im mniej, tym lepiej! Zbliżenie z taką wymalowaną panią do przyjemnych nie należy, można się zwyczajnie pobrudzić...

  • Gość: Tremo

    Oceniono 14 razy 14

    Zapominacie ,że te " ohydne, czarne, nienaturalne brwi, paskudne rzęsy, grube i tłuste, nienaturalnie długie... " kreują ściankowe, dziennikarki , aktorki itp. , które są wzorcem dla reszty Polek. Dodać należy jeszcze wargulce pielęgnicy i oczy Chinki. Ohyda.

  • hanusinamama

    Oceniono 13 razy 11

    Mysle, ze ta Pani trafi do Polki ktora maluje sie lekko. One przemysli moze uzyje mniej podkładu. Panny ktore po ulicy chodzą jak klony (te same ciuchy, grube czarne brwi - niezaleznie od cery i koloru włosów, doklejone firany rzes i sztuczne szpony) uznają, ze nieumalowana znaczy brzydka. Znam taką: nie pojdzie na basen bo jej sie zachlapie, poodkleja, nad morzem na plaze nie szła bo pisaek cos tam moze zniszczyć na twarzy.

  • art_102

    Oceniono 10 razy 8

    Całkowicie sie z Panią zgadzam, ale jak mówimy o naturalności, to skąd u pani tyle botoksu i wypełniaczy. Mogą być, żeby odmłodzić twarz, w końcu wszystko dla ludzi, ale dlaczego ja to widzę.

  • l4vd0

    Oceniono 14 razy 8

    Pani w UA nie byla. Tam dopiero instagramy chodza...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX