"Opakowanie kremu z filtrem SPF powinno starczyć na... sześć aplikacji"

Nie igrajcie ze słońcem, bo i tak przegracie! Jak nie od razu, to za 20 lat. Większość filtrów słonecznych w popularnych kosmetykach chroni przed poparzeniem, ale nie przed szkodliwym dla skóry działaniem promieni UV: fotostarzeniem i pojawianiem się plam posłonecznych. Jak mądrze chronić się przed promieniami?

Ruszyliśmy na Kobieta.gazeta.pl z nowym urodowym cyklem "Na własnej skórze". Co tydzień w piątek znajdziecie materiały poświęcone urodzie: testy sprzętów (m.in. depilatora IPL, który trwale usuwa owłosienie) oraz rozmowy ze specjalistami.

.. Rys. Shutterstock

Kilka lat temu bardzo boleśnie doświadczyłam niszczącej siły oddziaływania promieni słonecznych. Ja dostałam bardzo konkretną nauczkę, a dla postronnych osób stałam się namacalnym dowodem na to, co promienie UV mogą zrobić z człowiekiem.

Jak ofiara szalonego chirurga plastyka

Stało się to podczas kwietniowej jazdy na snowboardzie we włoskich Alpach. W górach, na śniegu, gdzie dystans do słońca mniejszy, a promienie odbija dodatkowo śnieg, kremy z filtrami stosuję z żelazną konsekwencją. Musiało się jednak zdarzyć tak, że maska na ustach starła warstwę pomadki ochronnej z warg.

Wieczorem przy kolacji usta zaczęły mnie piec i swędzieć. Zrobiły się też czerwone, jakbym pomalowała je szminką w kolorze karminowym. A potem spuchły! Zrobiły się ogromne, bolały do tego stopnia, że nie byłam w stanie spać.

Przez dwa kolejne dni wyglądałam jak ofiara szalonego chirurga plastyka. Dolna warga była gigantyczna i tak ciężka, że nie mogłam zamknąć na dłużej ust. Ludzie dziwnie na mnie patrzyli - kobiety z potępieniem wymieszanym z politowaniem, mężczyźni z zainteresowaniem. A ja się czułam fatalnie. Kiedy opuchlizna zeszła, przez dwa kolejne tygodnie skóra złaziła mi płatami z ust. Walka była nierówna, ale ostatecznie usta się wygoiły.

Na pewno każdy z was ma własne doświadczenia z poparzeniem słonecznym. Wiecie więc, że w tym temacie nie ma zbyt szerokiego marginesu błędu: słońce nie wybacza niechlujnego rozsmarowania kremu czy krótkiej drzemki przy basenie bez ochrony skóry.

 

Za to, że w ogóle możemy się przed poparzeniem chronić, podziękujmy Franzowi Greiterowi, młodemu austriackiemu chemikowi, którego w latach trzydziestych minionego wieku, podczas wspinaczki na szczyt Piz Buin, konkretnie spaliło słońce. Poparzenie skóry dało mu do myślenia i po eksperymentach w laboratorium urządzonym w rodzinnym domu, w 1938 roku, stworzył pierwszy w historii krem przeciwsłoneczny - marka Piz Buin istnieje zresztą do dzisiaj, a po przygodzie w Alpach to właśnie jej sztyft ochronny SPF zawsze zabieram na wakacje.

To także Greiter 40 lat później zdefiniował wskaźnik ochrony przeciwsłonecznej - SPF [ang. Sun Protection Factor], który stał się standardem dla wszystkich producentów.

Ochrona? Nie do końca!

Tu pojawia się jednak pierwszy problem, o którym w książce pt. "Bez parabenów. Jak bronić się przed kosmetycznymi oszustwami i mądrze dbać o urodę" pisze Beatrice Mautino, dr nauk neurologicznych i biotechnolożka [Wydawnictwo Literackie, przekład Hanny Szulczewskiej]. Jak tłumaczy naukowczyni:

Wartość SPF obliczana jest na podstawie badań przeprowadzonych na około dwudziestu wolontariuszach. Według przepisów europejskich konieczna jest ekspozycja obszaru skóry na plecach na działanie standardowych promieni ultrafioletowych wytwarzanych przez lampę działającą w charakterze "stymulatora słonecznego". Obszar podzielony jest na równe części, z których jedna pozostaje czysta, czyli bez zastosowania ochrony, a na innych zaaplikowany zostaje testowany krem. (...)
Następnego dnia operatorzy rejestrują różnice pomiędzy różnymi obszarami skóry i ustalają stosunek między dawką minimalną UV konieczną do wywołania rumienia na skórze chronionej kremem a jej ekwiwalentem dla skóry niechronionej. Wynik stanowi wartość SPF. W praktyce, jeżeli do wywołania rumienia na skórze chronionej kremem wymagana jest cztery razy większa dawka promieniowania UV, oznacza to, że SPF tego kremu wynosi 4.

Czyli ja, która czuję poparzenie po dziesięciu minutach w pełnym słońcu, posmarowana "pięćdziesiątką" mogłabym leżeć na nim pięćset minut? Trochę dłużej niż osiem godzin?! To tak nie działa!

Jak tłumaczy Mautino: "Po pierwsze, słońce to nie lampa, a w ciągu dnia ilość promieniowania UV, które dociera do skóry, jest różna. Nie bez powodu mówi się, że słońce w południe jest 'silniejsze' niż o świcie lub o zachodzie. Drugi problem związany jest z warunkami środowiskowymi i meteorologicznymi. Godzina ekspozycji na słońce w zimie w mieście takim jak Mediolan oznacza o wiele słabsze działanie promieniowania niż ten sam czas spędzony na trasach narciarskich w Cortinie".

Jak się chronić, to przed wszystkim

Żeby krem SPF był naprawdę skuteczny i chronił nas przed szkodliwymi skutkami promieniowania ultrafioletowego, powinien chronić zarówno przed UVB, jak i UVA. Dlaczego? Bo promienie UV różnią się między sobą pod względem intensywności, ilości i szkodliwości.
UVA to promienie ultrafioletowe, które stanowią 90 procent promieniowania UV, na które codziennie się wystawiamy. UVB z kolei w 90 procentach blokuje warstwa ozonowa. UVB są nieliczne i zatrzymują się w powierzchownych warstwach skóry - to one jednak odpowiadają za poparzenia, i to na ochronie przed nimi koncentrują się kremy z filtrami.

UVA nie powodują poparzeń, ale za to przenikają do głębokich warstw skóry i systematycznie, dzień po dniu, krok po kroku przyczyniają się do uszkadzania skóry. Powstają przez to zmarszczki, przebarwienia (plamy posłoneczne) i mutacje w skórze, przez które zwiększa się ryzyko zachorowania na raka skóry. Działanie promieni UVA (to "A" najlepiej zapamiętać jako "Agresywne") przenikających przez szyby i chmury widać na zdjęciach połowy twarzy kierowców TIR-ów latami wystawianych na ich działanie (TU link do zdjęcia).

Z tego powodu, myśląc perspektywicznie, powinniście nakładać krem SPF z ochroną przed UVB i UVA. Bo to UVA uszkadza komórki, nie dając objawów bólowych. Które kosmetyki chronią skórę przed promieniowaniem UVA? Te, które posiadają oznaczenie UVA-PF, IPD lub PPD oraz pochodzące z koreańskiego systemu określającego ochronę przed promieniowaniem UVA: PA, PA+, PA++ oraz PA+++ (im więcej plusów, tym wyższa ochrona).

Jeśli na opakowaniu jest wzmianka o UVA, np.: "ochrona przed UVA/UVB" lub napis "UVA" otoczony kółkiem, to zgodnie z prawem europejskim oznacza to, że krem ten zawiera filtr przeciw promieniowaniu UVA równy co najmniej jednej trzeciej wskaźnika ochrony przeciwsłonecznej wskazanego na etykiecie. Jeżeli więc mamy krem z SPF 30, UVA-PF wyniesie minimum 10. Wartość, która jest nadal zbyt niska, by mieć pewność, że jesteśmy dobrze zabezpieczeni.

Jeśli jesteś kobietą i zbliżają się twoje 37. urodziny, pewnie dostrzegłaś już przebarwienia na twarzy. Być może masz plamę na czole albo pod nosem. To właśnie efekt działania promieni UVA. I sygnał, że czas działać - rozjaśniać, ale także codziennie stosować ochronę przeciw promieniom UVA.
Ja codziennie rano przed wyjściem z domu nakładam koreański krem ochronny (Non-chemical Sun Block SPF50+ PA+++ marki Skin79). Uważam, że wydanie na niego 89 zł było doskonałą inwestycją. Jak pokazało porównawcze badanie skóry, w ciągu miesiąca stosowania go przebarwienia zmniejszyły się - a te większe plamy rozdzieliły na mniejsze.

 

Źle, źle i jeszcze raz źle!

W uproszczeniu, SPF wskazuje ilość promieniowania "zatrzymanego" przez filtr. SPF 6 przepuści jedną szóstą promieniowania, czyli około 17 procent. Zapewni nam zatem ochronę w 83 procentach. Analogicznie SPF 30 przepuści jedną trzydziestą, zapewniając ochronę w 97 procentach, a SPF 50 da ochronę w 98 procentach. Im wyższa wartość SPF, tym mniej promieniowania UVB przedostaje się do skóry, ale wraz ze wzrostem SPF różnice te są coraz mniej wyraźne. Między 97-procentową ochroną zapewnioną przez SPF 30 a 98-procentową, którą gwarantuje SPF 50, różnica jest niewielka. SPF 100 daje ochronę rzędu 99 procent.

Żeby nie wprowadzać konsumentów w błąd, Unia Europejska poprosiła producentów o nieprzekraczanie SPF 50. Obecnie przyjmuje się, że SPF między 6 a 10 oznacza niską ochronę przeciwsłoneczną, między 15 a 25 - ochronę średnią, a między 30 a 50 – wysoką, oraz bardzo wysoką w przypadku SPF 50+.

Całkowita ochrona przed UV nie jest możliwa, ponieważ jakaś część promieniowania UVB zawsze dociera do skóry, podobnie jak duża ilość promieni UVA. Z tego powodu zabroniono pisania na opakowaniach "całkowita ochrona" albo "całkowita blokada". Jedynym realnym sposobem ochrony przed promieniami słonecznymi jest pozostawanie w cieniu.

Rodzaj ochrony słonecznej powinniśmy dobierać bardzo konkretnie do naszego fototypu, który tworzy nasza karnacja, kolor oczu i włosów, to, czy łatwo ulegamy poparzeniom i czy w ogóle nasza skóra brązowieje.

Poparzenie słonecznePoparzenie słoneczne Fot. Shutterstock/Tama Kushch

Jedna aplikacja i już?

Krem przeciwsłoneczny nie jest parasolem, który daje nam stałą ochronę. Już teraz powinniście wyrzucić opakowania kremów z filtrami, które zostały wam po poprzednich wakacjach. Noszony w torbie w gorące dni, prawie rok od otwarcia, nie ochroni was jak nowy preparat.

Jak pisze Mautino, filtry przeciwsłoneczne obecne w kremach z czasem ulegają rozkładowi, a sam krem wchłania się lub wyparowuje, kiedy pocimy się, poruszamy czy wycieramy ręcznikiem. Jeżeli zaaplikujemy krem o dziewiątej rano, myśląc, że będziemy chronieni do piątej po południu, możemy być pewni tylko jednego - że z plaży wrócimy poparzeni" - przestrzega włoska biotechnolożka.

Kremy z filtrami powinno się nakładać 15-30 minut przed wyjściem na plażę. Od razu po dotarciu na miejsce konieczne jest uzupełnienie aplikacji. Później smarujemy się ponownie po każdym wyjściu z wody (nawet jeśli producent napisał, że krem jest wodoodporny) lub co dwie godziny.

Ile wystarczy, żeby było dobrze?

Beatrice Mautino w swojej książce pyta, ile kremu nakładamy na skórę. I od razu sama odpowiada: "Za mało". Jak tłumaczy biotechnolożka, zalecana dawka, na podstawie której wykonywane są badania w celu ustalenia SPF, wynosi dwa miligramy na każdy centymetr kwadratowy skóry. Policzmy więc. U osoby o wzroście 160 cm i wadze 60 kg powierzchnia skóry wynosi około 1,5 metra kwadratowego, czyli piętnaście tysięcy centymetrów kwadratowych. Potrzeba zatem około trzydziestu gramów kremu, by odpowiednio zabezpieczyć całe ciało. Trzydzieści gramów odpowiada trzydziestu mililitrom. Opakowanie o pojemności dwustu mililitrów powinno wystarczyć na mniej więcej sześć aplikacji, czyli na dwa dni opalania dla jednej osoby. Z badań opublikowanych w 2007 roku w "British Journal of Dermatology" wynika, że średnio nakładamy na skórę od połowy do jednej czwartej dawki kremu, która pozwoli na ochronę opisaną w wartości SPF kremu.

Chemiczne, mineralne, nano

Skoro już ustaliliśmy, że chronić przed promieniami UVA i UVB musimy się wszyscy, a dzieci przede wszystkim, pora zadać sobie pytanie, jakie filtry stosować. Tym samym przechodzimy do tematu najbardziej kontrowersyjnego. Bo na pewno trafiliście na opinie, że "filtry chemiczne to samo zło, a fizyczne - czyste dobro". Do tego dochodzą jeszcze filtry chemiczne przenikające (w składach kremów mogą się znaleźć filtry chemiczne, które mają zdolność przenikania do krwiobiegu i mogą mieć delikatne działanie estrogenne) i kremy z filtrami z cząsteczkami nano, które także mogą wnikać do układu hormonalnego i szkodzić nam.

Beatrice Mautino uważa, że takie podziały w ogóle nie mają sensu. "Składniki stosowane w kremach przeciwsłonecznych są tylko chemiczne, nawet te, które określa się mianem fizycznych. Chodzi o cząsteczki, których działanie polega na wchłanianiu promieni ultrafioletowych, by przekształcić je w coś mniej szkodliwego, lub na odbijaniu ich, co powoduje efekt lustra". Tradycyjnie gdy mówimy o filtrach fizycznych, odnosimy się do cząsteczek o pochodzeniu mineralnym, takich jak tlenek tytanu lub tlenek cynku, które odbijają promienie UV. Natomiast filtry chemiczne to na przykład cząsteczki oksybenzonu lub metoksycynamonian, których działanie polega na wchłanianiu promieni UV.

 

Mautino przekonuje, że to, co naprawdę jest ważne w kremie przeciwsłonecznym, to skuteczność wszystkich tych filtrów w ochronie przeciw szkodliwym skutkom promieniowania ultrafioletowego, a w szczególności promieniowania UVA i UVB. Dodaje, że "proste odpowiedzi nigdy nie są poprawne. Wszystko należy umieścić w kontekście i przeanalizować pod kątem bilansu ryzyka i korzyści. Wszystko może nam szkodzić, ale istnieje tak zwane mniejsze zło (...). To, co wiemy dotychczas, to fakt, że stosowanie kremów przeciwsłonecznych z pewnością zmniejsza występowanie raka kolczystokomórkowego skóry”.

 

Ja wybrałam codzienną ochronę filtrami (UVB 50, PA++++) określanymi jako mineralne - w skład takiego filtra wchodzą dwie substancje: dwutlenek tytanu (Titanium Dioxide) oraz tlenek cynku (Zinc Oxide). Można założyć, że kremy określane jako mineralne mają lepsze składy niż kremy z filtrami chemicznymi. Jak już jednak wspomniałam, według Beatrice Mautino filtry mineralne są wciąż filtrami chemicznymi (TU>>> znajdziecie przegląd produktów polecanych). 

 

Na wakacjach stosuję daszek nad twarzą i niewystawianie się na słońce na plaży przed 15, a na twarz inny, mocniejszy, specjalistyczny krem. W opisie określany jest jako "zapobiegający nieczerniakowym formom nowotworów" skóry oraz rogowaceniu słonecznemu (w przypadku czerniakowych form nowotworów wciąż nie ma wystarczających danych, żeby stwierdzić, że filtry przeciwsłoneczne im zapobiegają).

A co z witaminą D? - zapytacie. Skoro się tak chronię, to pewnie w ogóle jej nie dostarczam organizmowi? Prawie cały rok suplementuję ją, co - jak zapewniają lekarze - w naszej szerokości geograficznej powinno być normą. W wypadku ochrony przeciwsłonecznej to czas zweryfikuje, kto ma rację. I jakoś zniosę uwagi, że skoro z wakacji wróciłam taka blada, to chyba nie wypoczęłam.

Beatrice Mautino 'Bez parabenów. Jak bronić się przed kosmetycznymi oszustwami i mądrze dbać o urodę'Beatrice Mautino 'Bez parabenów. Jak bronić się przed kosmetycznymi oszustwami i mądrze dbać o urodę' Fot. Materiały prasowe

Cytowane fragmenty pochodzą z książki Beatrice Mautino "Bez parabenów. Jak bronić się przed kosmetycznymi oszustwa i mądrze dbać o urodę" wydanej przez Wydawnictwo Literackie, w przekładzie Hanny Szulczewskiej.

Ola Długołęcka. Redaktorka, która inspirację do tematu potrafi znaleźć w podbitym niechcący oku. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Chodzący spokój i zorganizowanie. Wieloletnia wielbicielka Roberta Redforda.

Więcej o: