"Kochamy francuskie kosmetyki. Z niemieckich tylko Nivea się przyjęła"

Monika Nowak-Bartyzel pracuje w branży kosmetycznej od ponad ćwierć wieku. Była przy wprowadzaniu na polski rynek zagranicznych gigantów sprzedających najpopularniejsze marki - zna nasze zwyczaje i potrzeby. Nam wyjaśnia, czy za ceną zawsze idzie jakość i dlaczego tak bardzo kochamy wypełniacze.

"Na własnej skórze" na Kobieta.gazeta.pl to cykl poświęcony urodzie. Co tydzień w piątek znajdziecie materiały poświęcone pielęgnacji i nowościom technologicznym: testy sprzętów oraz rozmowy ze specjalistami i szczegółowe informacje np. o tym, jak prawidłowo stosować kremy z filtrami UV.

Od jak dawna zajmujesz się kosmetykami i pracujesz w branży kosmetycznej?

Z przerwami od 1993 roku, czyli ponad 25 lat.

To masz ogromne doświadczenie. Jak zmieniała się w Polsce ta branża?

Rok 1993 był rokiem przełomu. Jakiekolwiek kosmetyki pojawiały się na rynku, były rozchwytywane. Pracowałam wtedy w L’Oréal, miałam więc do czynienia z produktami w tamtych latach z najwyższej półki. Wtedy pojawił się krem Plénitude z liposomami i firma nie nadążała z dostawami. Kiedy była emitowana jego reklama w telewizji, magazyny pustoszały.

To był głód zagranicznych marek?

Też, do tego zagraniczne pochodzenie kosmetyków było gwarancją dobrej jakości. Alternatywą dla nich w tamtych czasach były polskie kremy z laboratoriów zakładanych w garażach. Potem pojawiły się marki dermokosmetyczne Vichy, La Roche-Posay, niedługo po nich SVR. Sprzedawane były w aptece. To był kolejny trend, za którym podążyły Polki, bo za dermokosmetykami stał autorytet lekarza, farmaceuty, gwarancja bezpieczeństwa, skuteczności.

Dzisiaj liderami rynku, wielkimi rybami, są nadal koncerny kosmetyczne, ale coraz większe zagrożenie stanowią dla nich ławice małych rybek - niewielkich, niszowych, ekologicznych, ale charakterystycznych i cenionych marek, które podbierają im klientki.

Tak, i nowością jest zalew marek dystrybuujących swoje kosmetyki przez Internet. Kobiety mają odwagę kupować produkty w sieci. Mają zaufanie do formuł roślinnych, ekologicznych, wegańskich.

Sama kupiłam przez Internet produkty z kwasami kanadyjskiej marki kosmetycznej, nie mając szansy ich wcześniej przetestować. Kierowałam się składami produktu, koncepcją firmy, rekomendacjami i opiniami.

Właśnie! Certyfikaty także budzą zaufanie. Na rynek wchodzi też coraz więcej marek naturalnych, które są luksusowe, selektywne, drogie.

Dla kobiet, które podążają za ekotrendami i dla których wysoka cena jest gwarancją skuteczności?

Trochę tak (śmiech).

Co się zmieniło jeszcze przez te ćwierć wieku? Przestałyśmy wierzyć reklamom?

Dalej im wierzymy i ulegamy. Ale jesteśmy bardziej wymagające i potrzebujemy dostępu do większej liczby informacji na temat produktu. Obserwujemy to podczas dermokonsultacji w aptekach. Klientki chcą wiedzieć więcej, szukają informacji w Internecie, u specjalistów, znajomych. I potem znowu wracają do Internetu, żeby dokonać zakupu. Proces decyzyjny się wydłużył, jeśli chodzi o wybór kosmetyku, a sama pielęgnacja dzięki modzie na koreańskie kosmetyki stała się czynnością rytualną. Używamy coraz większej liczby produktów. To już nie jest przemywanie twarzy wodą albo mycie jej mydłem.

Kosmetyk przestał być jedynym środkiem do spowalniania procesów starzeniowych, doszły zabiegi. Parę lat temu kobiety przychodziły do lekarzy medycyny estetycznej na rozległe, mocne wypełniacze na całą twarz, lasery. To było jak remont generalny. Teraz nie doprowadzamy się do sytuacji, w której taka rewolucja jest potrzebna - dbamy odpowiednio o skórę, chroniąc ją przed fotostarzeniem.

Obniża się jednak zdecydowanie wiek pacjentek, które zaczynają stosować zabiegi medycyny estetycznej - np. prewencyjnie, żeby nie powstawały zmarszczki, toksynę botulinową [tzw. botoks - przyp. red.] i wypełniacze do powiększenia ust czy uwydatnienia kości policzkowych. Kiedyś „grupą docelową” dla kampanii reklamujących zabiegi medycyny estetycznej były kobiety 35+, z dużych miast. Dzisiaj to jest 25+.

Dwa lata temu zabieg na twarz robiła mi 24-latka, która z dumą mówiła, że stosuje prewencyjnie ostrzykiwanie botoksem.

W Polsce i w Europie Wschodniej firma, w której pracuję, wciąż sprzedaje więcej niż w Europie Zachodniej produktów zmieniających wygląd twarzy, czyli wypełniaczy. Ale dzisiaj tendencja do zmiany, a wręcz przebudowywania wyglądu nie wynika już z konieczności zrobienia "remontu", tylko oczekiwań estetycznych, jakie mają klientki. 

Zagraniczne gwiazdy filmowe otwarcie mówią, że owszem, flirtowały z botoksem, ale już tego nie robią. Wypełniacze i botoks trafiły pod strzechy, ale może Polki - jak sławne aktorki - za chwilę także się opamiętają?

Mamy skłonność upodabniania się do wzorców urody - stąd kobiety, które chcą wyglądać jak Kim Kardashian czy Natalia Siwiec. Taka jest estetyka, gust, i jest grupa kobiet, które będą do tych wzorców równać. Z drugiej strony coraz modniejsze są naturalność, wegetarianizm, ekologia. Ten trend obejmie także wygląd.

A co z kobietami, które są już po pięćdziesiątce, po sześćdziesiątce? One przecież nie równają do instagramowych wzorców, a także potrafią przesadzić z ostrzykiwaniem i wypełniaczami.

Musimy rozróżnić grupę pięćdziesięcio- i sześćdziesięciolatek - dekada, która je dzieli, to okres, w którym bardzo wzrosła świadomość na temat pielęgnacji skóry. Pięćdziesięciolatki jeszcze w dobrym momencie załapały się na zabiegi nowej generacji. Dlatego teraz często nie wyglądają na swój wiek. Mówi się, że dzisiejsza pięćdziesiątka to jak czterdziestolatka dwadzieścia lat temu. 

Madonna w  2018 roku.Madonna w 2018 roku. Fot. Shutterstock/J Stone

Dzisiejsze sześćdziesięciolatki plus nie słyszały w młodości o prewencji przeciwstarzeniowej, intensywnie się opalały, a to skutkuje w niektórych przypadkach tym, że wyglądają na starsze, niż wskazuje na to metryka.
Mają też niewiele możliwości, żeby osiągnąć spektakularny efekt odmłodzenia: zabiegi HIFU [zabieg wykorzystujący ultradźwięki - przyp. red.] kondycjonują skórę, ale nie wyrównują zmarszczek, lasery nieco poprawią wygląd, ale nie usuną oznak starzenia. Dlatego takim kobietom często najłatwiej ostrzyknąć twarz wypełniaczami, a żeby "wyprostować zmarszczki" w tym wieku, potrzeba więcej kwasu hialuronowego.

Wracając do pielęgnacji. Jak dobrze znamy potrzeby swojej skóry, czy dobrze dobieramy produkty?

Brakuje nam świadomości, że stan naszej skóry nie jest nam dany raz na zawsze. Nie możemy się przyzwyczajać do jednego typu produktów, bo one mogą z czasem przestać odpowiadać na potrzeby naszej cery.

To jak z biustem - zmienia się przez całe nasze życie i stanik trzeba dobierać do jego aktualnego rozmiaru.

Tak. Skórę trzeba obserwować, wiązać jej stan z ogólnym stanem organizmu. Grypa z wysoką gorączką może przyczynić się do wypadania włosów. Stres wyzwala różnego rodzaju reakcje - w szczególności to powiązanie widać u chorych na atopowe zapalenie skóry czy łuszczycę. Nadmierne pocenie również może być efektem dużego stresu. 
Skóra się z czasem starzeje, przesusza, pojawiają się na niej przebarwienia, w dojrzałym wieku może wystąpić tzw. trądzik dorosłych. I to u osób, które nie miały trądziku młodzieńczego. Trzeba się obserwować i w miarę możliwości korzystać z konsultacji dermatologa, lekarza medycyny estetycznej czy kosmetyczki lub kosmetologa, a nawet z bezpłatnych dermokonsultacji kosmetologów w aptekach. Lepiej samemu przy skórze w takich wypadkach nie majstrować.

Kosmetyki, które kochają PolacyKosmetyki, które kochają Polacy Fot. Shutterstock/Ekaterina Minaeva

Świadomość stanu skóry to jedno, ale możemy też stosować kosmetyki, których składniki wzajemnie się wykluczają lub potęgują swoje działanie. Nie pomaga nam także reklama, w której mówi się o działaniu danego składnika, ale nikt nie zagwarantuje nam, że zadziała on właśnie w ten sposób na naszą skórę. Kolejna sprawa - kiedy poszłam do dermatolożki i powiedziałam, że marzę o zdrowej, świetlistej cerze bez przebarwień, to lekarka popatrzyła na mnie, jakbym się z choinki urwała. Bo przecież nie mam liszajów, trądziku, egzem - moje marzenie to z medycznego punktu widzenia jakaś fanaberia.

Dermatolog z zacięciem kosmetologicznym - to byłby ideał. W 1997 roku postanowiliśmy, że główną rolę w komunikacji marki, dla której wtedy pracowałam, będzie odgrywał lekarz jako rekomendujący stosowanie
dermokosmetyków. Gdy zaczęliśmy odwiedzać lekarzy, aby przedstawić im nasze produkty, często słyszałam: "Z kremem kosmetycznym do dermatologa? Nie ośmieszaj się". Dzisiaj dermatolog, który zaleca dermokosmetyki, to standard.

Ulegamy modom w pielęgnacji?

Mody, które nie przeminęły i są niekwestionowanymi liderami, jeśli chodzi o pielęgnację przeciwstarzeniową, to: retinol i witamina C. To są najpotężniejsze składniki w kosmetyce. Technologia idzie do przodu, więc sposób podania witaminy C jest dzisiaj o wiele lepszy - witamina jest stabilniejsza, jej skuteczność i przenikanie także. Składnikiem, który króluje niepodzielnie od lat osiemdziesiątych - dzięki działaniu nawilżającemu - jest kwas hialuronowy.

A które rozwiązania się u nas nie sprawdziły?

Lata temu wprowadzono do Polski plastry oczyszczające zaskórniki. Nie sprawdziły się. Inna firma za wcześnie, bo już ponad 10 lat temu, wprowadziła do polskich aptek wegańskie kosmetyki Sanoflore i one się u nas nie przyjęły. We Francji ta marka świetnie funkcjonuje. 
Nie utrzymała się na naszym rynku marka dermokosmetyków Eucerin. Mój kolega z branży zapytany o różnicę między francuskim Vichy a niemieckim Eucerinem mówił, że jest ona taka jak między Pepsi a Coca-Colą - i sprowadza się do kwestii gustu. Ale my generalnie kochamy kosmetyki z Francji, to, co niemieckie - poza Niveą - gorzej się przyjmuje. Teraz po zachłyśnięciu się zagranicą doceniliśmy to, co polskie. Lubimy nasze marki, mamy do nich zaufanie.

Ile Polacy średnio wydają na kosmetyki?

W Europie jesteśmy na miejscu szóstym, jeśli chodzi o pieniądze wydawane na kosmetyki [średnio 341 zł rocznie, jak wynika z raportu Gfk - przyp. red.]. Na pierwszym miejscu - wymiennie - są Francja i Włochy. Z wewnętrznych badań przeprowadzonych na potrzeby naszej firmy na reprezentatywnej grupie kobiet między 30. a 60. rokiem życia, zamożnych, wykształconych, z dużych miast, wynika, że Polska jest absolutnym liderem, jeśli chodzi o korzystanie z zabiegów medycyny estetycznej: przy średniej w innych krajach sięgających 8 procent, w Polsce około 12 procent badanych kobiet zadeklarowało, że z nich korzysta. Lubimy jak jest tanio - to nas odróżnia. Stąd u nas zabiegi robi się często w gabinetach kosmetycznych, nie u lekarza.

Rozmawiałam z kobietą, która walczy z martwicą skóry na czole po zabiegu, który zrobiła jej kosmetyczka w gabinecie. Ta pani nie wiedziała, że bezpieczniej jest robić zabieg w gabinecie lekarskim, a co dopiero, że powinna świadomie wybrać markę kwasu, który ma być jej wstrzykiwany.

Pochodzenie produktu ma ogromne znaczenie. Tym bardziej że nie brakuje chińskich podróbek produktów renomowanych firm - zwłaszcza kupowanych przez Internet. Produkty złej jakości, zanieczyszczone, mogą powodować reakcje uczuleniowe, powstawanie tzw. ziarniniaków, czyli wyczuwalnych pod skórą zgrubień. Im lepszy produkt, tym większa gwarancja jego bezpieczeństwa, jakości i skuteczności. A różnica w cenie to nawet 100 procent na jednej strzykawce.

Skoro już przy podróbkach jesteśmy. Co sądzisz o podejrzanych produktach do pielęgnacji i makijażu, które można kupić na chińskich portalach aukcyjnych?

To duże ryzyko. Trzeba uważać. Rynek chiński jest znany z tego, że stara się podrabiać 1:1, ale przy niskiej cenie podróbka nigdy nie będzie jakościowo odpowiadać oryginałowi.

A ty - ze swoją wiedzą, doświadczeniami i dostępnością do produktów - na co stawiasz w dbaniu o skórę?

Na połączenie medycyny estetycznej i kosmetyków. Po latach prób i błędów - a całe szczęście mogłam sobie pozwolić na różne eksperymenty - na mnie świetnie działa dobry krem nawilżający, mezoterapia, peeling i od czasu do czasu niewielka ilość toksyny botulinowej.

A co z ideą godnego starzenia się - samoakceptacji, niefarbowania siwych włosów, niemalowania się - która coraz bardziej przebija się w kolorowych miesięcznikach dla kobiet?

Jest niewątpliwie taki trend, ale obawiam się, że kobiety chcą ładnie wyglądać, a unikanie malowania się demaskuje nasze niedoskonałości.

Ale do tego jest właśnie potrzebna samoakceptacja. Kluczem jest polubienie się w swoim naturalnym wydaniu!

Na pewno będzie grupa kobiet, którym pasuje takie podejście - jak piękna Lidia Popiel, która zawsze była naturalna. Jej to pasuje, ale czy będzie optymalne dla kobiety, która chodzi do biura? Nie wiem. Jedno to samoakceptacja, a drugie to akceptacja społeczna. Trend na absolutną naturalność jest na razie nowy i niszowy.

Monika Nowak-BartyzelMonika Nowak-Bartyzel Fot. Archiwum prywatne

Monika Nowak-Bartyzel, dyrektor generalna FILLMED Polska, producenta preparatów do komórkowej terapii przeciwstarzeniowej oraz koktajle do zabiegów mezoterapii. W branży kosmetycznej, pracując dla różnych marek, przepracowała ponad 25 lat.

Ola Długołęcka. Redaktorka, która inspirację do tematu potrafi znaleźć w podbitym niechcący oku. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Chodzący spokój i zorganizowanie. Wieloletnia wielbicielka Roberta Redforda.

Więcej o: