"Wyrzucić z domu alkoholika zimą to wóz albo przewóz: ogarnie się albo zamarznie"

Joanna ma 40 lat, dwójkę dzieci, udane życie zawodowe. Po trudnym rozwodzie z jeszcze trudniejszym mężem wyglądało na to, że wyszła na prostą - poznała Tomka, troskliwego mężczyznę, który robił wszystko, by czuła się kochana. Niestety, człowiek, którego pokochała, okazał się alkoholikiem, który zmienił jej życie w piekło. Nam opowiada o procesie wychodzenia z niszczącej ją relacji.

Co czuje osoba, która wzywa policję do partnera, by pozbyć się go z mieszkania, bo jest pijany i agresywny?

Za pierwszym razem – bo potem to powszednieje – jest to osobliwe uczucie. Zastanawiasz się, czy to się naprawdę dzieje. Czy to ty dzwonisz? Czy to jest potrzebne, żeby policja przyjechała? Przecież takie rzeczy dzieją się tylko w patologicznych rodzinach.

Ile razy wzywałaś policję do Tomka?

Kilka, chyba trzy. Z tym że ten trzeci raz był już ostateczny.

Jak długo byliście razem?

Dwa lata. Plus pół roku "dawania ostatniej szansy", między innymi po odwyku w ośrodku zamkniętym.

Jak się poznaliście?

Znaliśmy się dość długo, ale przelotnie. Był osobą, która pojawiała się w towarzystwie, z którym łączyły mnie wspólne pasje. Zawsze można było z nim pogadać, tak od serca. To był otwarty, uczuciowy chłopak. Na pewno bardziej wrażliwy od innych.

Tym cię ujął? 

Zaczęliśmy się spotykać po tym, gdy zadzwonił do mnie w święta, zrozpaczony, bo zostawiła go kobieta. Jechałam, by ratować jego związek. Relacja okazała się nie do uratowania – bo "tamta kobieta" to był "potwór", i do tego "strasznie go skrzywdziła”, na koniec "poszczuła psami i kazała zabierać się z jej życia, zrywając wszelkie kontakty". Ona odeszła, a my zaczęliśmy się spotykać. Dużo spacerowaliśmy, rozmawialiśmy. To przerodziło się w coś poważniejszego.

Nie miałaś żadnych podejrzeń, że jest z nim coś nie tak?

Nic nie budziło moich wątpliwości. Spotykaliśmy się na mieście, jak kumple. A jak kumple się spotykają, żeby pogadać, to zamawiają sobie piwko w barze. Nic niezwykłego. Dopiero potem się okazało, że te piwka to czubek góry lodowej.

Czy miało znaczenie to, że byłaś świeżo po rozwodzie, sama z dwójką dzieci, poraniona?

Kolosalne. Tomek odnosił się do mnie z szacunkiem i podziwem – to był wielki kontrast wobec zachowań mojego byłego męża. Miałam wrażenie, że po raz pierwszy jest w moim w życiu ktoś, kto zwraca uwagę na moje uczucia, kto jest delikatny, czuły, troskliwy. Kto stara się mnie rozpieszczać: gotuje pyszny obiad, przygotowuje mi kąpiel, parzy kawę. Po ponad pół roku zażyłej, opartej na przyjaźni relacji zamieszkaliśmy razem. Najpierw kilka dni w tygodniu, później na stałe. Wiele osób nam kibicowało. Wszyscy myśleli, że wreszcie trafiły na siebie dwie bratnie, mocno poranione dusze.

A jak ułożył sobie relacje z twoimi dziećmi?

Bardzo dobrze, mądrze. Pomagał im, starał się rozbudzać w nich pasje, zachęcał do różnych aktywności poza domem, wciągał je w różne zabawy: a to robienie ludzików z kasztanów, a to jakieś majsterkowanie.

Kiedy to się zaczęło sypać?

Zorientowałam się, że to nie jest tak, że on raz na jakiś czas wypija piwko – jak każdy, tylko że on się musi codziennie napić. A piwka są najpierw cztery, potem sześć, a z czasem 12. Nie bardzo wiedziałam, jak na to reagować, bo wcześniej nie miałam z czymś takim do czynienia.

Po alkoholu robił się agresywny?

Początkowo nie. Najpierw robił się bardzo rozżalony. Ciągle chciał ze mną rozmawiać o swojej przeszłości, pełnej bólu i braku zrozumienia ze strony otaczających ludzi. To zaczęło przybierać charakter całonocnych nasiadówek, bardzo trudno jest się wyrwać z rozmowy, gdy ktoś bliski otwiera przed tobą serce i wylewa emocje. Czułam, że powinnam mu pomóc, że jestem odpowiedzialna za jego samopoczucie, skoro on tak mi ufa.

Coś jednak sprawiło, że Tomek w końcu trafił na odwyk.

Pracowałam wtedy w dużej, zagranicznej firmie, na odpowiedzialnym stanowisku. Do moich zadań należał kontakt i nadzór nad pracą osób z różnych stron świata, to wymagało skupienia i staranności. Nie mogłam w tym czasie jednocześnie odbierać prywatnych telefonów, chyba że naprawdę chodziłoby o coś bardzo poważnego. A on dzwonił i pytał, czemu nie odbieram, że przeze mnie cierpi, że mu smutno. Te telefony stawały się coraz częstsze, coraz bardziej natarczywe. Już nie było, że kocha i tęskni, tylko że za moment popełni samobójstwo.

Za pierwszym razem, kiedy usłyszałam taki komunikat, potraktowałam to poważnie. Wybiegłam z pracy i taksówką pognałam do domu. Przyjeżdżam przerażona, nie wiedząc, co zastanę. A tu Tomek cały rozpromieniony: "Cześć, kochanie! Zrobiłem ci kanapki, herbatkę, chodź, odpocznij, robaczku". Stałam w drzwiach i nie wiedziałam, jak zareagować. Niby wspaniale, ale jednak powinnam być w pracy i wykonywać swoje obowiązki, a mój partner powinien w tym czasie umieć funkcjonować beze mnie. To był pierwszy poważny sygnał alarmowy.

Innych nie było?

To się działo powoli i stopniowo. Nie było żadnej radykalnej zmiany, którą dałoby się wyłapać. Pewnie miało znaczenie też to, że Tomek był szalenie inteligentny, przez wiele lat piastował wysokie stanowiska, odbywał szkolenia i miał dużą wiedzę z zakresu psychologii. Pewnie nawet nie widziałam, że jestem manipulowana. A gdy te manipulacje dostrzegłam, nie wiedziałam, jak się przed nimi bronić.

Od pewnego momentu nie dało się jednak już dłużej nie zauważać problemu: Tomek jest alkoholikiem, a ja się go po prostu boję.

'Wyrzucić z domu alkoholika zimą, to wóz albo przewóz: albo się ogarnie, albo zamarznie''Wyrzucić z domu alkoholika zimą, to wóz albo przewóz: albo się ogarnie, albo zamarznie' Fot. Shutterstock

Dlaczego? Zrobił ci coś, awanturował się?

Jego stany emocjonalnego rozżalenia zaczęły dryfować w kierunku wybuchów złości. Ja i dzieci nie czuliśmy się w domu jak u siebie. Ktoś porównał życie z alkoholikiem do mieszkania ze słoniem. On może tylko siedzieć i patrzeć, ale dla ciebie zaczyna brakować miejsca i powietrza. Tomek był w naszym domu nawet, gdy wychodził.

Sprawy nabrały tempa, gdy zachorował – co było jednym ze skutków jego alkoholizmu. Przestał jeść regularnie, niemal wyłącznie pił. Zarówno ja, jak i dzieci słyszeliśmy, że za głośno chodzimy po domu, za głośno stukamy sztućcami, a on musi odpocząć.

Trafił do szpitala z powodu picia?

Tak. On się latami leczył na rzekome "wrzody żołądka" i wielu lekarzy pierwszego kontaktu mu wierzyło – zapisując leki i L4. W pracy musiał być bezwzględnie trzeźwy, to było kontrolowane. Przez jakiś czas potrafił tak sobie dobrać dawkę alkoholu, żeby wytrzeźwieć na moment przyjścia do pracy. Ale z czasem już nie umiał nad tym zapanować. Zaczęły się więc choroby i kolejne zwolnienia. A na zwolnieniu chlał bez ograniczeń. Aż wątroba przestała wyrabiać, trafił do szpitala. A tam nikt się już z nim nie patyczkował, nikt też nie wierzył mu na słowo, że on nie pije. Został wypisany z diagnozą "ostre zatrucie alkoholowe" i cześć.

To mu dało do myślenia?

A skąd! Był oburzony, że potraktowano go jak pijaka! Terapeutka okazała się osobą ostrą, więc ze spotkania z nią wyszedł zbulwersowany. Potem zaczęły się jednak poważniejsze problemy, bo w końcu stracił pracę.

Ty na tym etapie dalej miałaś jakieś nadzieje? Wierzyłaś, że ten związek jest dobry i można go uratować?

Wierzyłam, że można mu pomóc, że można wygrać z chorobą alkoholową. A jednocześnie bałam się go do tego stopnia, że potrafiłam sama mu kupić alkohol, żeby tylko nie wpadł w szał. Bo niepostrzeżenie przeszliśmy do kolejnego etapu – zaczął mnie fizycznie atakować. Pod pretekstem, że dla własnego bezpieczeństwa muszę się umieć obronić, gdy ktoś napadnie mnie na ulicy. Zaczął mnie więc ciągnąć za włosy, przyduszać, zadawać ból. Kiedy zaprotestowałam, tłumaczył, że "to są tylko ćwiczenia" i że to dla mojego dobra. 

Wtedy pierwszy raz wezwałaś policję?

Tak. Zamknęłam dzieci w pokoju i czekałam na policję. Policjanci zachowali się bardzo wspierająco: sprawdzili, jak się czuję, jak czują się dzieci, zadbali o nasze bezpieczeństwo, dopiero potem zajęli się Tomkiem. Jeden z funkcjonariuszy cały czas był z nami, wezwał też psycholożkę, żeby z nami porozmawiała. Zostawił mi też rozmaite telefony kontaktowe: do darmowej pomocy prawnej i psychologicznej, do organizacji wspierających osoby doświadczające przemocy domowej. Od tamtej pory zaglądał też do nas regularnie.

Policja zabrała Tomka, ty zakazałaś mu wstępu do domu. I co dalej?

Najpierw poczułam wielką ulgę, potem bałam się wyjść z domu, bałam się, że będzie się gdzieś czaił. Cały czas tliła się we mnie jednak taka myśl, że to przecież nie on robił coś złego, to alkohol. W tym czasie zgodziłam się na to, by założono naszej rodzinie Niebieską Kartę, obawiałam się, że przez jego pijaństwo mogę stracić dzieci. Pod tym pretekstem udało mi się go nakłonić do pójścia na pierwszy odwyk. Niestety, nie skończył go.  

'Wyrzucić z domu alkoholika zimą, to wóz albo przewóz: albo się ogarnie, albo zamarznie''Wyrzucić z domu alkoholika zimą, to wóz albo przewóz: albo się ogarnie, albo zamarznie' Fot. Shutterstock

Mieszkał wtedy z wami?

Pomieszkiwał, przychodził, ale na stałe przeniósł się do rodziców. Pozwoliłam mu wrócić do nas na święta Bożego Narodzenia. Efekt był taki, że drugiego dnia świąt znów wzywałam policję. Postawiłam Tomkowi ultimatum: albo przejdzie cały detoks i odwyk, albo z nami koniec. Poszedł na odwyk i wytrzymał go. Na koniec była rozmowa z psychologiem, na którą zostałam zaproszona. Poprosił mnie wtedy, żebym po drodze kupiła mu papierosy, ale w kiosku nie było tych, które chciał. Szłam na tę rozmowę przerażona, że znów coś źle zrobiłam, że się nie postarałam dostatecznie.

Nie dało ci to do myślenia? Że się go do tego stopnia boisz?

Nie. Chociaż już wtedy zaczęłam swoją terapię dla współuzależnionych. Początkowo wydawało mi się, że taka terapia nie jest mi potrzebna, że przecież byłam z Tomkiem zaledwie dwa lata, to niemożliwe, żebym miała problem.

Poszłam głównie dlatego, że miałam poczucie winy: wyrzucić z domu alkoholika, i to zimą, to wóz albo przewóz: albo się ogarnie – adres ośrodka zna, albo nie i zamarznie. Dla mnie te miesiące szarpaniny były bardzo trudne psychicznie, ale niezachwianie wierzyłam, że jemu się uda, że będzie w tym nikłym procencie alkoholików, którzy wychodzą z nałogu. Dopiero na terapii usłyszałam: odpuść sobie, to nie twoja odpowiedzialność. Ale jak to? Przecież ja kocham tego człowieka! Chcę, żeby wyszedł na prostą, to przecież świetny facet. Problemem jest alkohol, nie on. Najtrudniejsze było dla mnie zrozumienie – i to dała mi terapia – że aby jemu się udało wyjść z nałogu, trzeba go zostawić samemu sobie. Żadnej pomocy. Żadnej herbatki, kanapki, żadnego wpuszczania do domu. Ja za niego nie wytrzeźwieję.

Co sprawiło, że zdecydowałaś się ostatecznie zakończyć ten związek?

Początkowo wszystko szło dobrze: znalazł sobie nową pasję, która miała mu wypełnić miejsce po alkoholu i być źródłem trzeźwości. Próbował nas tą pasją zafascynować, co było fajne. I tak krok po kroku do nas wracał. Aż przyłapałam go na tym, że ma w ubraniach schowane otwarte już piwo. A mieliśmy zasadę, że w domu nie ma żadnego alkoholu.

Powiedziałam mu, że wychodzę, a jak wrócę, ma go już nie być, to koniec. Dzieci na szczęście nie było w domu, wyjechały z moimi rodzicami. Wsiadłam do samochodu i pojechałam w jakieś pole słoneczników, żeby ochłonąć. Zadzwoniłam do znajomego, żeby się komuś wyżalić. Rozmowa trwała długo, a kiedy ją skończyłam, okazało się, że mam kilkadziesiąt wiadomości od Tomka: że on już łyka clonazepam [lek nasenny, przeciwlękowy, rozluźniający – przyp. red.], popija go wódką i żegna się z życiem. Wróciłam do domu – drzwi zamknięte od środka. Zadzwoniłam po pomoc: przyjechało pogotowie i policja. W międzyczasie Tomek jakoś dał radę dojść do drzwi. Ratownikom powiedział, że łyknął 10 tabletek i popił je wódką i że będzie skakał z balkonu. Kiedy usłyszał, że w takim razie zabierają go na obserwację psychiatryczną, zmienił front i próbował to obrócić w żart. Nic to nie dało, policja i tak wyprowadziła go z mieszkania, a jeden z policjantów na odchodne powiedział mi: "Ale sobie pani wybrała". Powiedziałam mu wtedy: To ostatni raz, kiedy widzę tego człowieka.

'Wyrzucić z domu alkoholika zimą, to wóz albo przewóz: albo się ogarnie, albo zamarznie''Wyrzucić z domu alkoholika zimą, to wóz albo przewóz: albo się ogarnie, albo zamarznie' Fot. Shutterstock

I był ostatni?

Potem się pojawiał, i do dziś się pojawia, w różnych miejscach, w których bywam. Czasami znajdowałam karteczkę za wycieraczką w samochodzie: "Nadal cię kocham, jestem ci wierny, byłaś najlepszym, co mnie w życiu spotkało". Podrzucał mi liściki – nic zastraszającego, wszystko bardzo miłe, czułe.

Reagowałaś na to?

Nie. Po terapii i po tym wszystkim, co się wydarzyło między nami, nie wzbudzało to już we mnie żalu, smutku czy tęsknoty. Tylko obojętność.

Rozmawiasz o nim z dziećmi?

Na początku rozmawialiśmy, ale idąc za radą psychologów, starałam się raczej obserwować dzieci i nie robić z tego wielkiego tematu, do którego będziemy wracać latami. Młodszy syn czasami go wspomni, raczej w kontekście jakiejś rzeczy albo miejsca, w którym byliśmy razem. Po dwóch latach od tamtych wydarzeń chłopcy więcej się też śmieją, odzyskują nieco utraconej beztroski.  

Potrafiłaś po czymś takim znów komuś zaufać?

Mnie najtrudniej było nauczyć się na nowo żyć w miejscu, w którym to wszystko się działo. Otwierać te drzwi, które on z trzaskiem zamykał, kroić mięso nożem, którego on używał, pokazywania swoich "sztuczek" z samoobrony. Reagowałam agresywnie za każdym razem, gdy w kolejce w osiedlowym spożywczaku stawał za mną jakiś zionący alkoholem mężczyzna. Miałam ochotę szarpać za płaszcz kobiety, które rano, gdy szłam po bułki, chowały do torebki dwie małpki wiśnióweczki.

Długo zajęło mi oduczanie się diagnozowania znajomych. Chcą pić? Niech piją. Chcą się oszukiwać? Niech się oszukują. Nauczyłam się czegoś, co najpewniej lata temu odczytałabym jako okrucieństwo. Nie pochylam się nad każdym "kulawym szczeniakiem" napotkanym w życiu. Nauczyłam się asertywności. Nie zbawię świata. Wystarczy, że zadbam o siebie i o dzieci.

Najtrudniej przychodzi mi zaufanie do mężczyzn. Dwóch ważnych facetów w moim życiu wyrządziło mi krzywdę, wykorzystali moje dobre serce. Powoli, systematycznie stanęłam wreszcie na nogi, otrzepałam się. Teraz idę dalej. To cholernie trudne, ale da się. 

Kasia Nowakowska - dziennikarka, redaktorka, felietonistka. Od wielu lat związana z mediami kobiecymi i lifestyle’owymi. Tłumaczy gry i komiksy, uwielbia przeprowadzać wywiady (i nienawidzi ich potem spisywać).

Więcej o: