Koszmary senne mają już dwulatki. Apogeum nocnych mar to okolice 10. roku życia

Jak pisze Alice Robb, urojenia senne bywają niezwykle sugestywne. Pewnej zamężnej pacjentce przyśniło się raz, że miała romans i czuła się winna z tego powodu "do czasu, gdy przypadkiem spotkała '[wyśnionego] kochanka' i uprzytomniła sobie, że nie widziała go od lat ani nie była z nim związana".

Cytowany fragment pochodzi z książki "Siła snów" Alice Robb w przekładzie Krzysztofa Umińskiego wydanej przez Agorę.

Bezsenność ze strachu

Umiarkowanie przykre sny są zdrowym przygotowaniem do prawdziwego życia, ale nie każdy zły sen ma działanie terapeutyczne; oczywisty wyjątek stanowią koszmary. Nieraz ktoś budzi się z koszmaru w stanie paniki i zagubienia, niezdolny ponownie zasnąć, a wiele osób ze strachu przed zmorą nie kładzie się nawet do łóżka – tak napędza się błędne koło bezsenności. A przecież dla milionów ludzi koszmary senne są brutalną rzeczywistością. Występować mogą już u dwulatków i zwykle nasilają się we wczesnym dzieciństwie, apogeum zaś osiągają około dziesiątego roku życia.

Większość dorosłych miewa je od czasu do czasu; naukowcy ustalili, że czterech na pięciu dorosłych potrafi przywołać co najmniej jeden koszmar z  poprzedniego roku. Najpowszechniej spotykanym scenariuszem koszmaru jest pościg (śniący ucieka przed nieznanym złoczyńcą, wrogiem z  prawdziwego życia lub fantastycznym monstrum), po nim plasuje się atak (śniący pada ofiarą brutalnej napaści).

Diagnostyczny i statystyczny przewodnik po zaburzeniach umysłowych szacuje, że około 6 procent dorosłych ma co najmniej jeden koszmar miesięcznie, a 1–2 procent cierpi na "częste koszmary", które są dwukrotnie pospolitsze u kobiet (chłopcy i dziewczęta doświadczają koszmarów ze zbliżoną częstotliwością, a różnica na tle płciowym rozwija się między trzynastym a szesnastym rokiem życia, kiedy to kobiety zaczynają też częściej niż mężczyźni cierpieć na zaburzenia w rodzaju depresji czy lęku).

.. Fot. Shutterstock

Wpływ snu na jawę

Zły sen potrafi zepsuć cały dzień, determinować nastrój śniącego, być szkiełkiem, przez które patrzy on na znajomych i bliskich. Być może nie jest to szczególnie sprawiedliwe, ale po przebudzeniu jesteśmy wściekli na łajdaków z naszych snów. W 2013 roku Dylan Selterman, psycholog z Uniwersytetu w Maryland, opracował eksperyment mający zbadać wpływ marzeń sennych na relacje w związkach. Przez dwa tygodnie uczestnicy – sześćdziesiąt jeden osób żyjących w  stałych związkach – notowali swoje sny i odpowiadali na pytania dotyczące swoich uczuć wobec partnerów. Zdrady i  wykroczenia, jakich dopuszczały się senne awatary partnerów, odciskały piętno na rzeczywistych związkach; jeśli kobiecie przyśniło się, że jej chłopak ją zdradził, następnego dnia mniej była skłonna mówić o zażyłości, rosło też prawdopodobieństwo, że para się pokłóci.

Urojenia senne bywają tak sugestywne, że śniący zastanawia się, czy nie są prawdziwe. Pewnej zamężnej pacjentce Erin Wamsley, narkoleptyczce, przyśniło się raz, że miała romans i czuła się winna z  tego powodu "do czasu, gdy przypadkiem spotkała ‘[wyśnionego] kochanka’ i uprzytomniła sobie, że nie widziała go od lat ani nie była z nim związana". Inna kobieta, z którą zetknęła się Wamsley, zaczęła planować pogrzeb pewnego członka rodziny, aż zorientowała się, że krewny umarł tylko w jej śnie. Dla osób, które i tak mają trudności z odróżnieniem jawy od sennego widu, mylenie snów z rzeczywistością [DRC – od dream-reality confusion] może stanowić poważny problem.

Ci ludzie budzą się z silnymi wspomnieniami i nie są w stanie rozstrzygnąć, co naprawdę miało miejsce – tłumaczy Robert Stickgold, profesor psychiatrii na Harvardzie.

Stickgold opowiedział mi o pewnym narkoleptyku, Angliku zamieszkałym w Australii, który odebrał od szefa telefon z  informacją, że został zwolniony. Skoro stracił pracę, uznał, że nic go nie trzyma na miejscu i pora wracać do domu.

Właśnie się pakował, kiedy zadzwonił do niego kolega spytać, co się dzieje, bo przez cały tydzień nie zjawiał się w pracy. Zwolniono go tylko we śnie.

W  okresie koledżu pisarka Julie Flygare zaczęła zasypiać w  krępujących momentach. Była ambitną studentką elitarnej uczelni i  kiedy pierwszy raz spostrzegła, że śpi podczas zajęć, przeraziła się; pobiegła do łazienki przemyć twarz zimną wodą, ale problem nie ustępował. Flygare wstydziła się porozmawiać z wykładowcami, a cierpiały na tym jej stopnie.

Przez wiele godzin jechała, żeby odwiedzić rodzinę z  okazji Święta Dziękczynienia, lecz większość pobytu spędziła, śpiąc na kanapie. Pewnego razu poczuła nawet, jak oczy zamykają jej się, gdy siedzi za kierownicą. Długo wyczekiwana diagnoza przyniosła jej ulgę: to była narkolepsja. Nieprzewidywalne epizody przytłaczającego wycieńczenia same w sobie były okropne, lecz z czasem prawdziwym źródłem strachu stały się dla Julie jej sny – sny tak sugestywne, że zaczęła zatracać poczucie rzeczywistości. Gdy dziś wspomina lata po koledżu, jej realistyczne koszmary pozwalają w skrócie odtworzyć trasę licznych wędrówek, które odbyła w trzeciej dekadzie życia.

.. Fot. Shutterstock

W Los Angeles wściekła się na swojego chłopaka za to, że rozbijał się po mieszkaniu, bekając i wrzeszcząc – sęk w tym, że tamtej nocy nie było go w domu. W Bostonie śniła, że nieznajomy mężczyzna wybił szybę w jej mieszkaniu i wszedł do środka, żeby ją zabić. "Pamiętam jego rękę wyciągniętą ku mojej szyi – opowiada. – Pamiętam, jak drżę ze strachu. Walczyłam i walczyłam. Potem podniosłam głowę, a jego nie było". Zebrała się na odwagę, żeby wstać z łóżka i poszukać intruza.

Dopiero gdy spostrzegła, że szyby są całe, a jej współlokatorka smacznie śpi, pojęła, że cały incydent był majakiem. - Miałam poczucie, że to się zdarzyło naprawdę – mówi Julie. – Nie mówię: 'Śniło mi się', że, tylko: 'Bandyta włamał mi się do domu', ponieważ tak to przeżyłam.

Od diagnozy minęło dziesięć lat i w tym czasie Julie nauczyła się nie ufać swojej pamięci. Mówi sobie, że wszystko, co – jak sądzi – zdarzyło jej się w okolicach pory snu, przypuszczalnie nie miało miejsca. Ale nawet po latach jej sny nie utraciły swego ładunku emocjonalnego. Czasami Julie budzi się z  płaczem, zdezorientowana. - Ledwie odzyskam przytomność, powinnam wiedzieć, że to się nie wydarzyło – mówi. – Ale ta granica jest bardzo płynna.

Od snu do manii

Ostre postaci DRC mogą nawet wywoływać manię. Mehmet Agargun, turecki naukowiec zajmujący się snami, zbadał przypadki pacjentów z chorobą afektywną dwubiegunową, u których okresy manii następowały w wyniku koszmarów sennych. Osiemnastoletni uczeń szkoły średniej, którego Agargun nazywa Panem A., obudził się pewnego ranka i opowiedział ojcu swój sen, w którym trzęsła się ziemia, a ludzie wybiegali z domów, przewracając się i krzycząc. Pan A. ostrzegł rodzinę, że nadchodzi dzień sądu, pouczył ich, żeby gotowali się na śmierć, po czym trafił do szpitala. O  ile sny o  stresujących sytuacjach nieraz pomagają w  ich oswojeniu, o  tyle odtwarzanie traumatycznych zdarzeń jest przeciwskuteczne.

W latach siedemdziesiątych psycholog Joseph De Koninck opracował eksperyment mający zbadać, w jaki sposób sen o szokującym incydencie rzutuje na to, jak śniący radzi sobie z męczącym wspomnieniem. Tuż przed snem De Koninck puścił uczestnikom starą, brutalną kronikę filmową o bezpieczeństwie w miejscu pracy. Dwóm robotnikom fabrycznym maszyny obcięły palce – kamera długo pokazywała zakrwawione kikuty; trzeci oberwał w tors deską przypadkiem wypuszczoną przez kolegę, upadł na ziemię i zmarł.

Kiedy jedna grupa studentów weszła w fazę REM, De Koninck puścił im szczególnie przykry fragment ścieżki dźwiękowej, na którym niezdarny sprawca wypadku przy wtórze rzężącej piły mechanicznej mówi grobowym głosem: "wtedy zrozumiałem, że ja, Lucky Williams, zabiłem człowieka, zupełnie tak, jakbym to zrobił własnymi rękami, i że to nie musiało się zdarzyć". W tym samym czasie druga grupa spała w cichym pokoju. Zgodnie z  przewidywaniami De Konincka w snach studentów, którym puszczono ścieżkę dźwiękową, film występował częściej. Kiedy wszyscy wspólnie obejrzeli kronikę po raz drugi, ci, którzy słyszeli ścieżkę dźwiękową i  śnili o  filmie, byli jeszcze silniej poruszeni.

Marzenia senne nie złagodziły wstrząsu, przeciwnie – zaostrzyły go na tej samej zasadzie, na jakiej koszmary nieraz pogłębiają skutki poważnych urazów psychicznych . Na osobę z zespołem stresu pourazowego koszmary wypełnione sugestywnymi migawkami ze scen, o których najbardziej chciałoby się zapomnieć, potrafią działać obezwładniająco. (…)

.. Fot. Shutterstock

Zawał po śnie

Zachodnia literatura medyczna zna wręcz przypadki pozornie zdrowych osób, które dostały zawału serca kilka godzin po przebudzeniu z ostrego koszmaru. Pewnemu mężczyźnie – był niepalący, w jego rodzinie nie było chorób serca – śniło się, że zginął w wypadku samochodowym; po przebudzeniu wymiotował, a dwie godziny później zgłosił się do szpitala z ostrymi bólami klatki piersiowej. Pewien dwudziestotrzylatek obudził się o szóstej rano z koszmaru, w którym on i jego ojciec zostali zamordowani, a o siódmej dostał ataku serca. Wczesny ranek i ostatnie godziny snu – kiedy cykle REM są najdłuższe, a koszmary najbardziej dojmujące – to szczególnie groźny okres dla pacjentów z chorobami układu krążenia; zawały serca występują najczęściej i są najostrzejsze między szóstą rano a południem. (…)

Nie ma niezawodnego sposobu na ujarzmienie koszmarów. Czasami pacjentom z PTSD przepisuje się prazosin, lek blokujący efekty noradrenaliny, spokrewnionej z adrenaliną substancji, która może sprzyjać koszmarom. Jest to jednak metoda zawodna; pacjenci są narażeni na efekty uboczne, takie jak mdłości i bóle głowy, niektórzy nawet miewają trudności z oddychaniem lub mdleją, gdy pierwszy raz biorą lek.

Pomóc może technika próby wyobrażeniowej (IRT – od imagery rehearsal therapy) – należąca do arsenału terapii poznawczo-behawioralnej – ale wymaga ona czasu; pacjent musi poświęcić co najmniej dziesięć minut dziennie na odtwarzanie swoich koszmarów i wizualizację nowych zakończeń. Proces jest tak nieprzyjemny, że mało komu udaje się w nim wytrwać. Szczególnie u pacjentów z PTSD odświeżanie traumatycznych snów może przynieść więcej szkód niż pożytku. (…)

Naukowcy od lat eksperymentują z wykorzystywaniem VR do leczenia fobii i PTSD. Ktoś, kto boi się latać, może na przykład siadywać na fotelu, który trzęsie się jak samolot w strefie turbulencji, i patrzeć przy tym na ekran imitujący widok nieba. Pacjent pragnący przezwyciężyć strach przed publicznymi wystąpieniami będzie stawać na wygenerowanej komputerowo scenie, naprzeciw tłumu wirtualnych słuchaczy. - Przyświeca temu założenie, że jeśli będziemy mierzyć się z traumą w bezpiecznym otoczeniu, rozmawiać o  niej i  przetwarzać ją w  warunkach laboratoryjnych, niepokój w  końcu wygaśnie – tłumaczył mi Skip Rizzo, który zajmuje się badaniem terapeutycznych zastosowań wirtualnej rzeczywistości.

Jest też inny skuteczny sposób na senne koszmary, który nie wymaga tak zaawansowanej techniki. Jeśli ktoś nauczy się uzyskiwać świadomość we śnie, wówczas może się umyślnie przebudzić lub nawet przegnać wyśnionych nieprzyjaciół. W 2006 roku psycholodzy z  Uniwersytetu w  Utrechcie w  Holandii przygotowali eksperyment mający sprawdzić, czy terapia za pomocą świadomego śnienia pomaga w przezwyciężaniu koszmarów. Zwerbowali dwadzieścia trzy osoby, które przynajmniej raz w tygodniu budziły się pod wpływem złych snów, i podzielili je na trzy grupy.

Osoby z grupy pierwszej odbyły jedną indywidualną sesję terapeutyczną, podczas której poznały techniki służące do wywoływania świadomego śnienia i dowiedziały się, że ilekroć poczują strach lub zidentyfikują sytuację przypominającą im koszmar senny, powinny przeprowadzić test rzeczywistości. Eksperymentowały też z alternatywnymi scenariuszami, wymyślając nowe zakończenia snów, w których obezwładniały swoje demony i  zapobiegały typowym katastrofom sennym. Członkowie drugiej grupy przeszli ten sam kurs, lecz technik uczyli się nie indywidualnie, ale w  małych grupach. Osoby z ostatniej grupy – kontrolnej – wpisano na listę oczekujących i nie poddano żadnej kuracji. Dwie pierwsze grupy odesłano do domu z poleceniem, żeby ćwiczyły dalej, a kiedy wróciły do pracowni po dwunastu tygodniach, wszystko wskazywało, że terapia przynosi owoce. W  chwili rozpoczęcia eksperymentu osoby z  grupy drugiej miały średnio 3,1 koszmaru na tydzień, lecz na koniec średnia ta wynosiła tylko 2,6; pacjenci z grupy z terapią indywidualną zaczynali ze średnią 3,6 koszmaru, a liczba ta spadła do 1,4, natomiast grupa kontrolna, która na starcie miała 3,7 koszmaru na tydzień, zachowała średnią 3,6. Powodzenie nie zależało od osiągnięcia świadomości we śnie; u kilku osób, którym ta sztuka nigdy się nie udała, i tak częstotliwość koszmarów spadła. Wymyślanie alternatywnych scenariuszy okazało się pomocne samo w sobie. (…)

Trwają jednak prace nad nowymi, obiecującymi formami leczenia, a stres towarzyszący koszmarowi nieraz wywołuje stan świadomości. Świadome śnienie – potrafi zmienić zły sen w pełną przygód podróż ku wolności. Prawdziwe koszmary stanowią zresztą drobną cząstkę naszych snów – większość, nawet tych złych, uzdrawia.

Cytowany fragment pochodzi z książki "Siła snów" Alice Robb w przekładzie Krzysztofa Umińskiego wydanej przez Agorę.

 

Alice Robb - amerykańska dziennikarka naukowa zafascynowana snem. A zwłaszcza tzw. świadomym śnieniem, czyli tym, jak możemy wpływać na to, co się dzieje w naszych snach - układać scenariusze, reagować, zatrzymać koszmary, który się powtarzają.

Więcej o: