Trening siłowy, wycisk w górach i limitowane jedzenie. "Nasi klienci, to masochiści z wyboru"

W weekend SPA, a na wakacje do Tunezji? Już nie! Współczesny pracownik korporacji odkłada na bok cywilizacyjne dobra i jedzie w polskie góry. Po co? O tym rozmawiamy z propagatorką idei obozów kondycyjnych w wersji luksusowej.

Barbara Olszewska od 12 lat organizuje 7-dniowe, ekskluzywne wyjazdy pod hasłem "Daj sobie wycisk". "Nasz program, to fitness w wersji max" - przekonuje pani Barbara na swojej internetowej stronie. Wielogodzinny trekking, ćwiczenia wzmacniające i dwie sesje jogi, to rzeczywiście ogromny bodziec dla każdego, kto został dopiero co wyrwany z wygodnej kanapy. I wyjazdy te nie różniłyby się specjalnie od tradycyjnych treningowych obozów, gdyby nie luksusowa otoczka w postaci willi oraz dalekowschodnich masaży.  Zabawa dla znudzonych pracowników korporacji czy ogólnopolski wakacyjny trend? O tym, czym są ekskluzywne turnusy kondycyjne, kto i w jakim celu na nie jeździ, rozmawiamy z ich organizatorką. 

Iwona Ludwinek-Zarzeka: Program "Daj sobie wycisk", to z jednej strony luksusowa willa, joga, wschodnie masaże, z drugiej górska wyrypa (wyjście w góry, wymagające dużej wytrzymałości - przyp. red.), a zaraz po niej - ćwiczenia wzmacniające. Do tego te limitowane porcje jedzenia... O co w tym chodzi?

Barbara Olszewska: - Rzeczywiście nasz program, to połączenie tego wszystkiego. „Słodki reżim”, jak to określają niektórzy. Nasi klienci to masochiści z wyboru. Ludzie, którzy bez wymówek, bez alibi, schowają pod łóżko zegarek, laptopa, telefon komórkowy i oddadzą się rygorowi, który im serwujemy. Dają się odizolować od cywilizacji, gazet, wiadomości, internetu. Nie to, że im zabraniamy. Na takie rzeczy po prostu nie ma w ciągu tych siedmiu dni czasu. Plan dnia jest zapełniony.

Jak wygląda typowy dzień turnusu?

- Pobudka jest o 5:40, bo o 6:00 już wszyscy są na porannej jodze. Później śniadanie, trekking po górach przez 6-7 godzin, powrót, lunch, sesja ćwiczeń wzmacniających, masaż, wieczorem znów joga.

Dwie sesje jogi dziennie?

- Na tatrzańskich turnusach tak. To bardzo istotny element naszych wyjazdów. Jednak warto wspomnieć, że przyjeżdżają do nas nie tylko wytrawni jogini, a osoby, które nigdy z taką formą aktywności nie miały nic wspólnego. Traktują wtedy te ćwiczenia, jak bardzo zaawansowany stretching. I my też do tego tak podchodzimy, nie próbujemy sprzedać nikomu ideologii, a jedynie poprawić samopoczucie, wpłynąć na zdrowie, a także umożliwić zrelaksowanie się, zdystansowanie do codziennych spraw.

Kto zgłasza się na tego typu turnusy? 7 dni takiego wysiłku, to spory wyczyn...

- Przyjeżdżają do nas bardzo różne osoby. Często są to ludzie pracujący w korporacjach, w zawodach obciążających psychicznie, np. lekarze. To także ludzie z małych miasteczek. Jest także duża rozpiętość wiekowa: od 26 do 68 lat, głównie panie.  Zdarza się, że na całym turnusie jest tylko jeden pan i zwykle trafia na nas po frazie „obozy treningowe”.

To także osoby, które chcą coś zmienić w swoim życiu, chcące nabrać psychicznej siły. Ale zdarzają się też „turyści”, którzy po prostu zaliczają różne kondycyjne turnusy.

Osoby zgłaszające się do Was, to zazwyczaj fani zdrowego trybu życia?

- Niekoniecznie! Byli u nas sportowcy, maratończycy, przyjechała dziewczyna, która na co dzień trenuje kolarstwo szosowe. Zgłaszają się jednak głównie osoby, które z aktywnością niewiele miały wcześniej wspólnego, a chcą po prostu zmusić się do zmian, bo coś im doskwiera, chcą schudnąć, nauczyć się zasad zdrowego stylu życia.

I oni też dają radę?

- Na każdym turnusie jest dwóch przewodników, dzięki czemu możemy uczestników podzielić ze względu na poziom zaawansowania. Nikt nie zostaje z tyłu. Ponadto zawsze pytamy, czy nie ma przeciwwskazań do intensywnego wysiłku. Ludzie są świadomi, że z kontuzjami, czy chorobami, które uniemożliwiają im kilkugodzinne chodzenie po górach, nie skorzystają z tego, co oferujemy na turnusie.

Natomiast te osoby, które są stosunkowo zdrowe, ale dotychczas nie uprawiały sportu, przyjeżdżają po to, by się przełamać. I robią to. Przełamują się i czerpią z tego niesamowitą satysfakcję. Odpukać, ale przez te wszystkie lata nie mieliśmy żadnej większej kontuzji. Trzeba pamiętać, że intensywny wysiłek jest połączony ze zdrowym jedzeniem, jogą i masażami, więc ta regeneracja przebiega sprawniej.

Niektórzy uczestnicy turnusów nigdy nie byli w  górachNiektórzy uczestnicy turnusów nigdy nie byli w górach fot: 'Daj sobie wycisk'

 Zdarzają się kryzysy? Momenty, w których ktoś chce wracać do domu?

- Tak, zazwyczaj dzieje się to drugiego, trzeciego dnia. Zwykle wtedy człowiek zaczyna się zastanawiać, po co mu to było, dlaczego nie zdecydował się na wakacje pod palmą. Jednak to mija, nadchodzi czwarty dzień i ludzie się przestawiają na nowy tryb. Jeszcze się nie zdarzyło, by ktoś się wycofał. 

Co uczestnicy jedzą w ciągu tych siedmiu dni?

- Serwujemy dania wegetariańskie, potrawy oparte na produktach niskoprzetworzonych, o ile to możliwe - sezonowych. Dla osób pragnących się odchudzić, wielkości porcji nie są duże, ale wystarczające. Na śniadanie zazwyczaj jest jaglanka lub owsianka z bakaliami. Podczas trekkingu przewodnicy serwują orzechy i suszone owoce, po powrocie jest lunch, zwykle kasza z warzywami, następnie podwieczorek w postaci koktajlu owocowo-warzywnego i kolacja - zupy lub pieczone warzywa. Przy tym dbamy o wysoką jakość produktów. Wszystko jest pięknie podane, by uczestnicy czuli się w pełni zrelaksowani i zaopiekowani.

 Dlaczego dieta jest wegetariańska?

- Chodzi głównie o to, by w tym czasie maksymalnie odejść od śmieciowego jedzenia, by się oczyścić, a w tym zdecydowanie pomaga dieta oparta na warzywach, owocach, bakaliach, kaszach. Oczywiście uwzględniamy też takie sytuacje, gdy ktoś ma specjalne zalecenia od lekarza lub np. od lat jest na specjalnej diecie.

Wiele osób po powrocie stara się kultywować nowe zwyczaje. Proszą nas o przepisy, opowiadają o tym, jak do pracy zaczynają zabierać jedzenie w pojemnikach. W tym jest cała siła tego typu wyjazdów, że pokazują nowe rozwiązania, są rodzajem bodźca, kopniaka.

Organizuje Pani turnusy już od 12 lat. Czy osoby zainteresowane wyjazdami różnią się od tych sprzed dekady?

- Na początku hasło „Daj sobie wycisk” wabiło ludzi po pięćdziesiątce. Dzieci odchowane, sytuacja zawodowa ustabilizowana, czas zrobić coś dla siebie. Jednak obawiali się, czy wypada jechać w pojedynkę. Teraz nie ma z tym problemu. Bycie singlem nie jest niczym wstydliwym.

Obecnie nasi klienci to osoby od 25 do 65 lat. Zauważamy jednak, że osoby w dojrzałym wieku nierzadko lepiej sobie radzą z przestawieniem się na nowe tory. Być może wynika to z tego, że młodzi od maleńkości siedzą przy komputerze.

Organizuje Pani dwa rodzaje turnusów: „de luxe” w Tatrach, którego koszt to ponad 4 tys. zł i „basic” w Beskidach - 2 tys. zł. Różnice znaczne. Czy ta tańsza opcja powstała z potrzeby rynku?

- Tak, otrzymywałam wiele maili od ludzi, którzy chcieli wziąć udział w naszym projekcie, ale nie było ich na nie stać. I tak powstała opcja „basic”. Tak, jak w Tatrach pokoje są 1-osobowe, dwa razy joga, masaż Lomi-Lomi, to w Beskidach oferujemy pokoje 3-osobowe, raz dziennie jogę i masaż sportowy. Filozofia jednak jest ta sama.

Obozy kondycyjne - przeczytaj więcej na Myfitness.pl

Jak Pani myśli, dlaczego Pani klienci wybierają wycisk, a nie SPA?

- SPA jest bardzo fajnym rozwiązaniem, jednak poza relaksem i swoistą odnową biologiczną, zwykle nie niesie niczego głębszego.

Na nasze turnusy przyjeżdża nierzadko umęczona kobieta, a wyjeżdża dojrzała dziewczyna. Błysk w oku, rumieniec, nawet włosy się lepiej układają. Jadąc w góry i mając cały dzień wypełniony aktywnościami, zostawia się z boku problemy. Tam ma się do wykonania konkretną robotę: przejść tyle i tyle kilometrów, poddać się jodze, ćwiczeniom. Próbując sprostać wyzwaniu, lepiej poznajemy siebie, z dystansem zaczynamy patrzeć na codzienne problemy, przestajemy się nimi tak przejmować.

Była u nas pani - księgowa, 58 lat, po raz pierwszy w górach. Nie była w stanie przejść dłuższej trasy bez potknięcia. Jej nogi dosłownie ociekały krwią, jednak zaparła się. W połowie turnusu śmigała jak gazela. Pod względem mentalnym, to była zupełnie inna osoba.

Ja sama przeszłam podobną drogę. Miałam 30 lat, męża, świetną pracę, ale czegoś brakowało. Wtedy gdzieś przeczytałam, że na świecie są organizowane takie wyjazdowe Boot Campy. Pomyślałam, że to coś dla mnie. Chciałam pobyć sama, poznać się lepiej, zrozumieć, czego chcę w życiu. Pojechałam i to było to. Myślałam, że jak wrócę, to zmienię całe moje życie, wszystko przewrócę do góry nogami. Ale stało się coś przeciwnego. Wróciłam uspokojona, z dystansem. Z chęci rewolucji, przeszłam ewolucję.

Dostaje Pani sygnały od klientów, że taki wycisk dał długofalowe efekty?

- Wiele. Ale z takich bardziej spektakularnych pamiętam jedną. Pan przyjechał do nas po stracie bliskiej osoby. Później zwierzył mi się, że po powrocie w końcu zaczął się wysypiać, skopał ogródek.

W czym tkwi tutaj zatem tajemnica?

- W kompleksowym podejściu do człowieka.Nie można skupić się tylko na ciele, ważna jest również praca nad duchem. Ludzie przyjeżdżają do nas, by zaczerpnąć siły, by nie musieć się o nic martwić. A my im to oferujemy. 

Czy uważasz, że takie turnusy to dobry pomysł?
Więcej o: