Magia świąt? Dla mnie to dziki tłum wściekłych ludzi w centrum handlowym. Potem jest tylko gorzej [LIST]

Nasza czytelniczka tuż przed Bożym Narodzeniem jeździ do centrum handlowego, żeby "poczuć magię świąt". Dla niej święta to ludzie rozjeżdżający wózkami innych ludzi, zagubione dzieci i męczące rozmowy przy stole - co roku o tym samym.

Nie cierpię świąt. Jestem w mniejszości? Oj nie - ja się po prostu szczerze do tego przyznaję. Na pytanie, gdzie spędzam święta, odpowiadam - zgodnie z prawdą - w samochodzie. Jedni rodzice, drudzy rodzice... Klnę w samochodzie albo za stołem.

Za stołom co roku jest tak samo. Niekończący się repertuar: "A ten polityk to skur****n" (polityka – ulubiony świąteczny temat wszystkich). "My byśmy byli świetnymi dziadkami, to kiedy dzieci?" (tak, bo to o to chodzi, żebyście wy byli świetnymi dziadkami). "Ze mną się nie napijesz?" (jesteśmy w Polsce, tu się pije nawet, gdy prowadzi się samochód). Na tapecie są jeszcze geje i lesbijki ("Nie mam nic przeciwko, ale to nie jest normalne. No i absolutnie żadnych dzieci!"), uchodźcy (nawet nie zacytuję) i oczywiście niewybredny żarty wujka Leszka na temat naszych tyłków i dekoltów.

Przynajmniej przestali mnie o męża męczyć, bo - jak kiedyś usłyszałam od szanownej cioteczki - "w końcu udało mi się jakiegoś złapać". Tak, bo my kobiety wciąż łapiemy mężów.

Święta sprzyjają awanturom. Nie tylko tym przy suto zastawionym stole. Żeby pokłócić się z dawno niewidzianą rodziną, trzeba najpierw pokłócić się z najbliższymi. Pierwsze starcie jest przy pytaniu: "to u kogo w tym roku Wigilia?". U twojej mamy czy u mojej? Zawsze można spędzić ją w samochodzie (ja tak robię). Ale wtedy pojawia się inny dylemat: u kogo zjeść pierwszą kolację, a u kogo drugą? Wiadomo - ci drudzy rodzice mają lepiej, bo u nich spędzi się więcej czasu. Losowanie i coroczne zmiany na niewiele się zdają. Zawsze któraś matka będzie miała pretensje. To jest patowa sytuacja, konflikt nie do rozwiązania. Najmądrzejsze umysły tego świata przegrają w rozgrywce teściowa-matka.

Jedyne, co nas może uratować, to święty spokój i akceptacja. Ale i tak zdarzają się wpadki. Mój mąż zapytany w zeszłym roku przez własną matkę, co mu smakowało najbardziej u teściowej, chlapnął nieroztropnie, że sałatka jarzynowa. Rozpętał aferę na miarę III wojny światowej. "Moja sałatka ci nie smakuje?", "Co jest nie tak z moją sałatką?", "Ja sobie tu żyły wypruwam, a ty nie potrafisz nic docenić!. Teściowa nie odzywała się przez kolejne dwa dni świąt, a potem wypominała mu to do Wielkanocy.

Ale i tak moim świątecznym koszmarem numer jeden jest wiercenie dziury o zjedzenie czegoś więcej. „Ale weź choć jednego pierożka spróbuj. Babcia się napracowała, zrobisz przykrość babci”. Tak, bo przez tego jednego pieroga babcia nie będzie mogła spać po nocach. To nic, że człowiek pęka w szwach, że prędzej zwróci, co zjadł, niż przyjmie kolejną dokładkę.

Ja tym bardziej jestem pod ostrzałem. Nie jem mięsa już przeszło 15 lat. Nie jadłam mięsa, zanim stało się to modne. Ale w mojej rodzinie, jak pewnie w każdej szanującej się polskiej rodzinie, to rzecz niewybaczalna i coś, co przy każdej okazji próbuje się zmienić. "Upiekłam taką piękną kaczuszkę, specjalnie dla ciebie", "Ty ciągle na tej dziwnej diecie?", "Może kurczaczka?", "Ale tak w zasadzie to po co ty się tak męczysz?", "No czemu nie jesz, przecież wyłowiłam ci kiełbaskę" - to się nie kończy. Od 15 lat słyszę to samo.

No nic, inni mają gorzej. Szwagierka ma celiakię i nie je glutenu – nie z mody, z konieczności. I co roku, każdemu z osobna, z uśmiechem na twarzy powtarza, że nawet jeden pierożek i jedna kluska jej zaszkodzi. Raz się uniosła i zmęczona odparowała, że nie wiedziała, że w rodzinie ma tylu lekarzy, którzy wszystko wiedzą lepiej. Szybko pożałowała. Obgadywali ją po kątach, że mojemu bratu trafiła się zrzędliwa żona. Teraz dziewczyna już tylko się uśmiecha.

Podczas tego szalonego okresu (a pamiętajmy, że zaczyna się tuż po zapaleniu zniczy na grobach we Wszystkich Świętych) lubię w zasadzie dwie rzeczy. Przede wszystkim atmosferę panującą w centrach handlowych.

Co roku wybieram się z mężem tuż przed świętami do jednego, ale nie po to, żeby oglądać kiczowate dekoracje czy w szale kupować brakujące prezenty. Uwielbiam ten koloryt świąteczny, który upewnia mnie, że dobrze wybrałam. Wybrałam świadome nielubienie świąt. Dziki tłum wściekłych ludzi, gigantyczne kolejki, ku*wy na ustach wszystkich, baby rozjeżdżające ludzi wózkiem, wrzaski rozhisteryzowanych bachorów i jeszcze bardziej rozhisteryzowanych rodziców, którzy śpieszą się, bo muszą zapisać się w rybnym na karpie, niemrawa obsługa, która zabija wzrokiem każdego kolejnego klienta. I te komunikaty obsługi: "Zapłakana Malwinka czeka na mamusię w punkcie obsługi klienta". Co rodzic ma w głowie, że gubi dziecko w centrum handlowym? Naprawdę aż tak duża była promocja na telewizory, żeby zapomnieć, że ma się dziecko? Tak, co roku jeżdżę do centrum handlowego, żeby poczuć „magię tych świąt”.

Drugie "zjawisko", które naprawdę lubię, to... pełna lodówka przy minimalnym nakładzie pracy. Jestem cwaniakiem gościnno-świątecznym. Zrobię jedną dużą blachę ciasta, a w zamian obławiam się po rodzinie. Ciotki, babki, matki produkują te karpie, kapusty, śledzie i potem ładują w słoiki. Nie mają co z tym zrobić, a ja korzystam. Jedzenia na cały tydzień. Kiedyś ja będę frajerką, będę robiła święta, zapraszała dzieci. I oczywiście będę pakowała jedzenie w pojemniki. Taka kolej rzeczy.

 Basia

Czekamy na Wasze historie, którymi chcecie się podzielić. Wybrane teksty, za Waszą zgodą oczywiście, będą publikowane na kobieta.gazeta.pl. Piszcie: kobieta@agora.pl.

Autorom nadesłanych do redakcji i opublikowanych przez nas listów rewanżujemy się drobnym upominkiem.

Więcej o: