"Mam szczęście. Mieszkam w mieście, mam abonament w prywatnej klinice. Pigułkę 'po' miałam od ręki" [LIST]

Nasza czytelniczka przekonała się sama, że każdemu może być potrzebna antykoncepcja awaryjna. I dlaczego ona miała dużo szczęścia, że udało jej się szybko i łatwo załatwić tabletkę "po".

Mam 42 lata, dwóch synów (13 i 7 lat) i głębokie przekonanie, że nie chcę mieć więcej dzieci. Chodziła za mną myśl o tym, żeby założyć sobie spiralę, ale ostatecznie wciąż z mężem zabezpieczamy się stosując prezerwatywy. Tak wiem, antykoncepcyjny ciemnogród, ale od 18 lat skuteczny. Znam swoje ciało na tyle dobrze, że wiem, kiedy mam owulację i wtedy po prostu w ogóle nie kusimy losu, a mąż omija mnie szerokim łukiem.

Wczoraj - pierwszy raz w życiu - zawiodła nas gumka. Pękła. Kiedy mąż zobaczył, co się stało, krew dosłownie odpłynęła mu z twarzy.

- Musimy kupić tabletkę „po” - powiedział przerażony o 00:45.

- Najpierw to musimy zdobyć receptę - uświadomiłam go o aktualnym ograniczeniu naszego prawa do swobodnego dostępu do antykoncepcji awaryjnej.

Ja byłam jeszcze wtedy spokojna, bo wiedziałam, że dni płodne mam już za sobą. Za cztery dni powinnam mieć okres, ryzyko ciąży było według moich wyliczeń minimalne. Na wszelki wypadek napisałam wiadomość do znajomej ginekolożki, która jak na złość była właśnie na miesięcznych wakacjach w Azji. Przez zmianę czasu obudziłam ją bladym świtem, ale na szczęście szybko dopisała. I mnie niestety nie uspokoiła, odpisała: Póki masz macicę i przynajmniej jeden jajnik ryzyko zajścia w ciążę masz zawsze. I każe natychmiast umówić się do lekarza po receptę. Przypominam jest pierwsza w nocy.

Mąż - wciąż blady - leży w łóżku i główkuje:

- Może podjadę rano do wujka i poproszę, żeby wypisał receptę? Albo sam wypiszę, a on tylko podstempluje? Wujek ma 89 lat i jest emerytowanym laryngologiem.

- Ty pamiętasz, że on głosował na PiS? Obawiam się, że może się zasłonić klauzulą sumienia - rzucam.

Ja jestem już spokojna, bo jeszcze w łazience zdążyłam się umówić przez aplikację w 30 sekund do ginekologa w prywatnej klinice, w której mamy abonament. Kolejną minutę zajęło mi upewnienie się, że w naszej klinice zasłanianie się klauzulą sumienia kończy się zawieszeniem współpracy z lekarzem.

W tym czasie do męża wreszcie dociera czarna rzeczywistość, w której żyją polskie kobiety. Rozumie, dlaczego wyciągam go na marsze i czarne protesty.

- Ku*wa! A jakbyśmy tak mieli po piętnaście lat i mieszkali w tej wsi na Podlasiu, w której byliśmy w majówkę? Co byśmy zrobili? - mówi z przerażeniem.

- Bylibyśmy w czarnej dupie, mój drogi - odpowiadam. - Przede wszystkim ja bym musiała pójść do ginekologa z którymś z rodziców. Po drugie musielibyśmy zorganizować 160 zł. W najczarniejszym z czarnych scenariuszy za dziewięć miesięcy zostalibyśmy rodzicami dziecka z wadami wrodzonymi, którym opiekowalibyśmy się do końca naszych dni - ja pewnie bym nie pracowała - ty musiałbyś zarabiać na wszystko. Chociaż nie. W najczarniejszym scenariuszu zostałabym z chorym dzieckiem sama, bo ty byś nas zostawił. Mąż kwaśno na mnie patrzy.

Rano jedziemy razem do kliniki. W sumie mogłabym spokojnie dotrzeć tam sama, ale uważam, że załatwienie antykoncepcji awaryjnej to nasza wspólna sprawa, a nie tylko odpowiedzialność kobiety.

Ginekolożka po zapoznaniu się z moją sprawą od razu wypisuje receptę. Chwilę jeszcze rozmawiamy o kłodach rzucanych nam pod nogi, o absurdach prawnych i generalnie atmosferze zastraszania i pozbawiania praw reprodukcyjnych. Po wyjściu od lekarza od razu lecimy do apteki. Kupujemy tabletkę (niecałe 40 zł). Łykam ją na miejscu. Mąż oddycha z ulgą. Ale moglibyśmy mieć 15 lat i mieszkać w małej wsi gdzieś w Polsce...

Martyna (i Jacek)

***

Macie za sobą podobne doświadczenia? Podzielcie się swoją historią - piszcie na kobieta@agora.pl. Opublikowane listy docenimy książkami.

Więcej o: