Za nią 4 poronienia. "Dziś mija 10 tygodni od straty. Boli okropnie, ale chcemy walczyć dalej" [LIST]

Z wielką łaską dostaliśmy dokumenty i mogliśmy godnie pożegnać naszego małego Karolka. Dziś mija 10 tygodni od straty... - pisze w liście do redakcji czytelniczka, poruszona naszym cyklem artykułów o doświadczeniach kobiet po poronieniu ciąży.

Po naszym artykule o cierpieniu kobiet, które poroniły ciążę, do redakcji przyszło wiele listów. Poniżej jeden z nich - pełen nadziei i wiary naszej czytelniczki, że kiedyś urodzi zdrowe dziecko.

***

Cztery poronienia za mną. Nie mam ziemskich dzieci.

Pierwsze poronienie nastąpiło w 7. tygodniu ciąży. Wystąpiło krwawienie i na USG było czyściutko. Nie bolało aż tak bardzo, bo przecież "może się tak zdarzyć, dziecko mogło być poważnie chore". Skoro lekarz tak mówi, to tak ma być.

W drugą ciążę zaszłam zaraz po pierwszej. 12. tydzień minął, więc już będzie dobrze - myślałam. W 29. tygodniu zostałam odesłana z jednego małego miejscowego szpitala do drugiego , "lepszego", bez USG. Niestety w drodze, w karetce, nasza córeczka odeszła. Dojechaliśmy na SOR i nie było już tętna, a ja się wykrwawiałam.

Uczestniczyłam w scenie jak z filmu, gdzie na łóżku leży zakrwawiony pacjent, a personel biegnie korytarzami i krzyczy "Szybko, szybko, bo się wykrwawi". Kiedy się obudziłam było już po wszystkim. Położyli mi na chwilkę Oliwkę na piersi. Tak bardzo płakałam, że nie mogłam złapać oddechu, więc mąż poprosił o zabranie dziecka. Kolejnego dnia przyszła przesympatyczna pani, która wytłumaczyła wszystkie procedury rejestracji i pochówku. Proponowali psychologa.

Trzecia ciąża była zaplanowana pół roku po Oliwce. Niestety HCG rosło nieprawidłowo, na USG tez nic nie było widać i doktor kazała odstawić wspomagacze. Wystąpiło krwawienie.

Czwarta ciąża zapowiadała się dobrze. Po 12 tygodniach już miało być OK wraz z całym kompletem leków podtrzymujących, przeciwzakrzepowych i od ciśnienia. Niestety w 16. tygodniu we wspominanym wyżej małym szpitalu zaczęłam ronić naszego Synka. Leki rozkurczowe nie działały, a ból był coraz mocniejszy. Leżałam na sali z czterema innymi ciężarnymi, które nie mogąc patrzeć i słuchać jak wyję z bólu, siedziały kilka godzin na korytarzu, a ja w tej zakrwawionej pościeli roniłam kolejne moje Marzenie.

Co jakiś czas przychodziła położna sprawdzić, czy może już. I stało się. Skurcze co dwie minuty zakończyły akcję. Po wszystkim zawieźli mnie do gabinetu zabiegowego i poprosili męża. Na korytarzu siedziały ciężarne z mojej sali, a ja tak krzyczałam ostatnimi siłami. Lekarz rozerwał błony płodowe i na moją prośbę pokazał mi synka. Powiedział, że jest już aniołkiem. Zrobiło mi się bardzo miło po tych słowach, mimo ogromnego cierpienia.

Najbardziej zołzowata położna z oddziału przytuliła mnie i dała buziaka. Pod narkozą wyczyścili mnie. Spytali czy chcę pochować sama synka, czy wolę, żeby szpital go pochował w zbiorowej mogile dzieci utraconych w naszym mieście. Chciałam, żeby był razem z Oliwką. Myślałam, że to już koniec problemów. Ale te się dopiero zaczęły po wypisie ze szpitala, który nie chciał mi wydać karty martwego urodzenia. Tłumaczyli, że ciąża była zbyt mała, a oni takiego czegoś nie praktykują.

Pomyślałam wtedy o tych wszystkich dziewczynach, które nieświadome są odsyłane ze szpitala z kwitkiem, bo ten nie chce obniżać swojej reputacji kolejnymi zgonami. Tłumaczyłam, że mam do tego prawo, i pytałam, jak mam pochować syna bez tych dokumentów? Na moją pisemną prośbę o kartę urodzenia, dostałam od dyrektora odmowę wydania dokumentu. Musiałam napisać odwołanie od decyzji, w którym przytaczałam rozporządzenia ministra zdrowia i inne prawne dokumenty.

Dzień po wyjściu ze szpitala siedziałam pod gabinetem dyrektora wypraszając o wyrozumiałość. Zostaliśmy odesłani: raz do zastępcy dyrektora, dwa razy do ordynatora. Zamiast położyć się w łóżku w domu i spokojnie zakończyć gehennę, lataliśmy po szpitalu i dochodziliśmy swoich praw. Po moim odwołaniu w końcu chyba stwierdzili, że jeśli już raz miałam taką sytuację, to znam swoje prawa i ze mną nie wygrają. Z wielką łaską dostaliśmy dokumenty i mogliśmy godnie pożegnać naszego małego Karolka. Dziś mija 10 tygodni od straty. Boli okropnie, ale chcemy walczyć dalej o nasze Szczęście.

****

Bardzo zależy nam na Waszych listach. Jeśli chcecie podzielić się z nami swoją historią, piszcie na adres kobieta@agora.pl. Opublikowane listy docenimy książkami.

Więcej o: