"Mieliśmy po 15 lat. Znalazł mnie, pisał, ale mama nie przekazała mi żadnego listu. Dowiedziałam się tego po latach, gdy zmarła" [LIST]

"Teraz po latach i rozwodzie z mężem zastanawiam się, czy może moje szczęście i przeznaczenie mnie ominęło. Może z nim miałam być szczęśliwa. I jego, i męża poznałam na tym samym obozie" - napisała Czytelniczka M.

Dawno, dawno temu kiedy miałam 15 lat pojechałam na obóz młodzieżowy, zorganizowany w namiotach postawionych na terenie ośrodka wczasowego w Jastrzębiej Górze.

Niewiele z tego pobytu pamiętam, oprócz jednego Krzysia, który czesał się jak Grzegorz Ciechowski i mówiliśmy na niego Grześ. Otóż między mną a nim nawiązała się bardzo przyjemna i bliska znajomość, można powiedzieć zauroczenie, coś bardzo delikatnego i subtelnego, co mogło mieć jakiś romantyczny dalszy ciąg. Byliśmy jeszcze dziećmi, choć budziły się w nas pierwsze emocje związane z moją kobiecością i jego męskością, jednak delikatne muśnięcia i czułe  pocałunki to było wszystko, na co sobie pozwalaliśmy.

Po kilku dniach na pole namiotowe znajdujące się po drugiej stronie ulicy przyjechali moi koledzy ze szkoły. Wśród nich jeden, z którym byłam trochę bliżej zaprzyjaźniona, a który został potem po latach moim mężem. Poszłam z nimi rozstawiać namiot, zabawiłam zbyt długo i spóźniłam się do mojego obozowiska. Niestety zostało to zauważone, a ja ukarana relegowaniem z obozu. Był to dla mnie straszny dramat i wstyd. Rodzic musieli stawić się osobiście, by mnie odebrać, a przecież nie zrobiłam nic złego. Pole namiotowe było tuż obok, nie oddaliłam się daleko. Niestety zabrano mnie do domu, a ja nawet nie pożegnałam się z Grzesiem.

Następnego dnia rano próbowałam uciekać z domu i pojechać znowu do Jastrzębiej Góry, by chociaż z nim porozmawiać. Niestety, przerażona mama zatrzymała mnie na dworcu kolejowym, tuż przed odjazdem pociągu. Czułam się strasznie, wylałam morze łez, ale nic nie pomogło. Nie pozwolono mi tam jechać.

Minęło kilka dni, obóz się zakończył i pewnego dnia pod moimi drzwiami stanął on - Grześ, czyli Krzyś. Przyjechał! A dzieliła nasze miejsca zamieszkania odległość kilkuset kilometrów. Mieliśmy po 15 lat, nie byliśmy aż tak samodzielni, a on przyjechał!

Niestety trafił dość pechowo. Nie spędziliśmy razem zbyt wiele czasu, gdyż tego samego dnia jechałam z rodzicami na wczasy. Zostawiłam go pod opieką mojego przyjaciela, tego właśnie, który potem został moim mężem. Liczyłam na kontynuację znajomości drogą listowną, telefoniczną, to przecież czasy, kiedy nie było komórek, Internetu. Nawet telefonu nie było w każdym domu.

Niestety nic więcej nie pamiętam. Grześ się chyba nie odezwał.

Po latach, kiedy zmarła moja mama, dowiedziałam się, że ten chłopiec z moich marzeń pisał do mnie, jednak mama nie oddawała mi jego listów. Nie wiem, czego się bała. Może tego, że wyjadę do niego na drugi koniec Polski, może tego, że nie będę się uczyć, tylko marzyć o wielkiej miłości? Nie wiem, co było w tych listach. Zapewne je czytała i coś sprawiło, że ją zaniepokoiły.

Teraz po latach i rozwodzie z mężem zastanawiam się, czy może moje szczęście i przeznaczenie mnie ominęło. Może to on był mi przeznaczony przez los? Może z nim miałam być szczęśliwa. Owszem, byliśmy bardzo młodzi, jednak znajomość z moim przyszłym mężem też wtedy się zaczęła i zamieniła w poważny, choć niezbyt udany  związek.

Nigdy się tego nie dowiem. Chłopiec na którego listy nie odpisywałam, nie z własnej winy, już dalej mnie nie szukał, zrezygnował. Sądził pewnie, że ja nie chcę kontynuować tej znajomości. A ja chciałam, ale to rodzice zdecydowali za mnie. Ciekawa jestem, co do mnie pisał i czy jest szczęśliwy. Dowiem się? Pewnie nie...

M.

Autorka listu otrzymuje wyróżnienie w naszym konkursie na list opisujący wakacyjny romans. Dziękujemy i gratulujemy!

Jeśli chcecie podzielić się z nami swoją historią - miłosną lub inną - piszcie! Adres: kobieta@agora.pl. Opublikowane listy nagradzamy książkami.

CZYTAJ TEŻ:
"Myślę, że zrozumiesz, Jola, czemu wtedy nie pojechaliśmy w góry. Bałem się zakochać w dużo starszej kobiecie" [LIST]